Święta w tym roku zapowiadają się bezstresowo.
Nic nie kupuję, nic nie przygotowuję, chałupa sprząta się sama przy innej okazji, nikogo nie zapraszam, do nikogo się nie wybieram. Nie trzeba wybierać, u których rodziców zjemy śniadanie wielkanocne i jak po równo podzielić spotkania z pozostałą częścią rodziny.
Jednocześnie nie wykluczam, że jednak gdzieś się wybierzemy - wszak kalendarzowy termin porodu przypada na trzy dni po świętach. Komfortowy jest jednak ten luz, że tym razem do niczego nie muszę się zobowiązywać i wszyscy to zrozumieją.
Najbardziej emocjonująca ewentualność jest taka, że może się zdarzyć, iż będę miała dodatkową parę jajeczek już na Wielkanoc :)))
fot.www.nibis.ni.schule.de
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą święta. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 31 marca 2014
poniedziałek, 6 stycznia 2014
Wzorce rodzicielskie - które pozytywne?
Świąteczny weekend (z bonusowym poniedziałkiem Trzech Króli) spędziliśmy nad wyraz towarzysko. Obskoczyliśmy rodzinne urodziny i spotkaliśmy się z trzema parami znajomych (oddzielnie oczywiście). Wszyscy oni są już dzieciaci, więc umawiając ich dzień po dniu przez chwilę zastanawialiśmy się, czy to aby nie za dużo szczęścia na raz. Mówiąc wprost, baliśmy się, że nas przytłoczą dzieciowymi tematami.
Teraz już mogę odetchnąć z ulgą i przyznać, że obawy były bezpodstawne. Jedni znajomi nawet nas zaskoczyli, ponieważ "sprzedali" kilkumiesięczną córę rodzicom, a sami z przyjemnością oderwali się od rodzicielskich obowiązków. Drudzy znajomi nie mieli komu zostawić dwójki dzieci, którą heroicznie wychowują praktycznie bez pomocy (rodzina daleko). Jednak i z nimi dało się porozmawiać, głównie dzięki ich dobrej organizacji i widocznemu partnerstwu w związku: każdy zajmował się jednym z dzieci, albo chwilami obojgiem, żeby ten drugi mógł napić się kawy.
Mam dzieci i nie zawaham się ich zabrać
Po tym weekendzie zdałam sobie sprawę z tego, że moje uprzedzenia odnośnie spotkań z dzieciatymi wynikają z wcześniejszych doświadczeń z innego typu rodzicami. Takimi mianowicie, którzy nigdy, ale to przenigdy nie ruszają się z domu bez dzieci. Takimi, którzy obrażają się, jeśli ktoś ich zaprasza bez dzieci. I dla których jest nie do pomyślenia, by jakieś popołudnie przeznaczyć wyłącznie dla siebie i swoją rozrywkę.
Tacy oto rodzice, nawet jeśli już wpadają z wizytą, na każdym kroku podkreślają, że mają dzieci i te dzieci są dla nich najważniejsze (w domyśle: przez co oni mają pełne prawo czuć się najlepszymi rodzicami). Spotkania z nimi są zawsze jednym wielkim skupieniem na dzieciach. Zwykle jestem mocno skołowana, bo nigdy nie wiem, czy zdanie które akurat wypowiada taka matka, będzie skierowane do mnie, czy do jej pociechy. Ze zdumieniem obserwuję wtedy, jak kobieta ciągle zagaduje do swojego dziecka, nawet w chwili gdy ono spokojnie zajmuje się sobą i wcale nie przeszkadza dorosłym w konwersacji!
Rodzic autentyczny
Cóż, sama się wkrótce przekonam, jak to jest. Na chwilę obecną bliższy wydaje mi się ten pierwszy model - rodzice, którzy nie wyrzucają do kosza całego swojego dotychczasowego życia z chwilą pojawienia się dzieci. Postawa tych drugich kojarzy mi się z próbą udowodnienia sobie, że jest się rodzicem doskonałym, rodzicem na 100%. Jej źródłem często jest faktyczny brak czasu dla dzieci (np. z powodu pracy) i związany z tym wyrzut sumienia zagłuszany wyolbrzymioną uwagą skierowaną na dzieci, gdy jest się wśród innych ludzi ("popatrzcie, mam dzieci i zajmuję się nimi w każdej wolnej chwili, nie mam czasu dla siebie").
Pewnie niebawem zobaczę jak to jest, gdy chce się uchodzić za dobrego rodzica. Jeśli nie przed sobą samym, to przynajmniej przed innymi. Mam jednak nadzieję, że nie zapomnę, iż wystarczy być rodzicem wystarczająco dobrym - nie jakimś ideałem. A już na pewno nie takim, który nie daje sobie ani odrobiny przestrzeni tylko dla siebie.
fot.www.edziecko.pl
fot.www.sexymamy.pl
Teraz już mogę odetchnąć z ulgą i przyznać, że obawy były bezpodstawne. Jedni znajomi nawet nas zaskoczyli, ponieważ "sprzedali" kilkumiesięczną córę rodzicom, a sami z przyjemnością oderwali się od rodzicielskich obowiązków. Drudzy znajomi nie mieli komu zostawić dwójki dzieci, którą heroicznie wychowują praktycznie bez pomocy (rodzina daleko). Jednak i z nimi dało się porozmawiać, głównie dzięki ich dobrej organizacji i widocznemu partnerstwu w związku: każdy zajmował się jednym z dzieci, albo chwilami obojgiem, żeby ten drugi mógł napić się kawy.
Mam dzieci i nie zawaham się ich zabrać
Po tym weekendzie zdałam sobie sprawę z tego, że moje uprzedzenia odnośnie spotkań z dzieciatymi wynikają z wcześniejszych doświadczeń z innego typu rodzicami. Takimi mianowicie, którzy nigdy, ale to przenigdy nie ruszają się z domu bez dzieci. Takimi, którzy obrażają się, jeśli ktoś ich zaprasza bez dzieci. I dla których jest nie do pomyślenia, by jakieś popołudnie przeznaczyć wyłącznie dla siebie i swoją rozrywkę.
Tacy oto rodzice, nawet jeśli już wpadają z wizytą, na każdym kroku podkreślają, że mają dzieci i te dzieci są dla nich najważniejsze (w domyśle: przez co oni mają pełne prawo czuć się najlepszymi rodzicami). Spotkania z nimi są zawsze jednym wielkim skupieniem na dzieciach. Zwykle jestem mocno skołowana, bo nigdy nie wiem, czy zdanie które akurat wypowiada taka matka, będzie skierowane do mnie, czy do jej pociechy. Ze zdumieniem obserwuję wtedy, jak kobieta ciągle zagaduje do swojego dziecka, nawet w chwili gdy ono spokojnie zajmuje się sobą i wcale nie przeszkadza dorosłym w konwersacji!
Rodzic autentyczny
Cóż, sama się wkrótce przekonam, jak to jest. Na chwilę obecną bliższy wydaje mi się ten pierwszy model - rodzice, którzy nie wyrzucają do kosza całego swojego dotychczasowego życia z chwilą pojawienia się dzieci. Postawa tych drugich kojarzy mi się z próbą udowodnienia sobie, że jest się rodzicem doskonałym, rodzicem na 100%. Jej źródłem często jest faktyczny brak czasu dla dzieci (np. z powodu pracy) i związany z tym wyrzut sumienia zagłuszany wyolbrzymioną uwagą skierowaną na dzieci, gdy jest się wśród innych ludzi ("popatrzcie, mam dzieci i zajmuję się nimi w każdej wolnej chwili, nie mam czasu dla siebie").
Pewnie niebawem zobaczę jak to jest, gdy chce się uchodzić za dobrego rodzica. Jeśli nie przed sobą samym, to przynajmniej przed innymi. Mam jednak nadzieję, że nie zapomnę, iż wystarczy być rodzicem wystarczająco dobrym - nie jakimś ideałem. A już na pewno nie takim, który nie daje sobie ani odrobiny przestrzeni tylko dla siebie.
fot.www.edziecko.pl
fot.www.sexymamy.pl
piątek, 27 grudnia 2013
Spełnienie (nie) na życzenie
Na lekcjach religii w podstawówce i corocznych roratach ksiądz zawsze powtarzał: "Adwent to czas oczekiwania na przyjście Bożej Dzieciny." i do dziś dźwięczy mi w głowie to zdanie. Oczekiwanie zakończone Bożym Narodzeniem, które tradycyjnie świętujemy jako chrześcijanie.
Właśnie mijają kolejne takie święta. Były jakieś inne, wyjątkowe. Ja czułam się wyjątkowo. Jako kobieta, która niebawem też urodzi swoje dziecko. I wyjątkowo nie krzywiłam się, gdy ktoś ciążę nazywał stanem błogosławionym, bo jak tak się dobrze zastanowić, to nie jest to zwyczajny stan. Nawet więcej, jest absolutnie nadzwyczajny, bo moje ciało jest teraz mieszkaniem dla maleńkiego człowieka!
Spodziewałam się, że podczas tegorocznego łamania się opłatkiem będą dominować życzenia związane z dzieckiem. Dość standardowo życzono mi szczęśliwego rozwiązania, zdrowia dla mnie i synka oraz stworzenia szczęśliwej rodziny. Ale jedne życzenia były nieoczekiwanie zaskakujące: "Żebyś była zadowolona z bycia matką".
Być może nie byłoby w tym nic szczególnego gdyby nie fakt, że autorem życzeń był mój ... teść. Nie dość, że mężczyzna, to jeszcze wcale nie najbliższy mi człowiek, a przebił wszystkie kobiece życzenia razem wzięte.
Byłam mile zaskoczona faktem, że ktoś (facet! jeszcze raz podkreślę) traktuje mnie podmiotowo na tyle, żeby nie postrzegać mnie jedynie w kategoriach matki swojego wnuka (nosicielki brzucha), ale przede wszystkim człowieka, dla którego macierzyństwo jest jedną z życiowych ról. Co więcej teść zdawał się mieć świadomość, że rola ta nie wszystkim kobietom daje spełnienie z automatu, że to nie żaden pewnik - więc tym więcej zyskał w moich oczach.
No dobra. Jest też wielce możliwe, że teściowi tak się po prostu powiedziało, a za tym zdaniem nie kryje się zbyt wielka empatia. Jednak tak wspaniale się czuję z moją interpretacją jego życzeń, że tak to zostawię :)
fot.www.sp2relifia.strefa.pl
Właśnie mijają kolejne takie święta. Były jakieś inne, wyjątkowe. Ja czułam się wyjątkowo. Jako kobieta, która niebawem też urodzi swoje dziecko. I wyjątkowo nie krzywiłam się, gdy ktoś ciążę nazywał stanem błogosławionym, bo jak tak się dobrze zastanowić, to nie jest to zwyczajny stan. Nawet więcej, jest absolutnie nadzwyczajny, bo moje ciało jest teraz mieszkaniem dla maleńkiego człowieka!
Spodziewałam się, że podczas tegorocznego łamania się opłatkiem będą dominować życzenia związane z dzieckiem. Dość standardowo życzono mi szczęśliwego rozwiązania, zdrowia dla mnie i synka oraz stworzenia szczęśliwej rodziny. Ale jedne życzenia były nieoczekiwanie zaskakujące: "Żebyś była zadowolona z bycia matką".
Być może nie byłoby w tym nic szczególnego gdyby nie fakt, że autorem życzeń był mój ... teść. Nie dość, że mężczyzna, to jeszcze wcale nie najbliższy mi człowiek, a przebił wszystkie kobiece życzenia razem wzięte.
Byłam mile zaskoczona faktem, że ktoś (facet! jeszcze raz podkreślę) traktuje mnie podmiotowo na tyle, żeby nie postrzegać mnie jedynie w kategoriach matki swojego wnuka (nosicielki brzucha), ale przede wszystkim człowieka, dla którego macierzyństwo jest jedną z życiowych ról. Co więcej teść zdawał się mieć świadomość, że rola ta nie wszystkim kobietom daje spełnienie z automatu, że to nie żaden pewnik - więc tym więcej zyskał w moich oczach.
No dobra. Jest też wielce możliwe, że teściowi tak się po prostu powiedziało, a za tym zdaniem nie kryje się zbyt wielka empatia. Jednak tak wspaniale się czuję z moją interpretacją jego życzeń, że tak to zostawię :)
fot.www.sp2relifia.strefa.pl
czwartek, 26 grudnia 2013
Pokaż kotku, co masz...
Jeden z prezentów świątecznych: koszulka ciążowa ze smerfikiem umiejscowionym dokładnie na wysokości brzucha.
Czyż nie urocza??!
Żeby mnie takie rzeczy na łopatki rozkładały... nie do pomyślenia jeszcze niedawno...
:)
Czyż nie urocza??!
Żeby mnie takie rzeczy na łopatki rozkładały... nie do pomyślenia jeszcze niedawno...
:)
środa, 18 grudnia 2013
Już się nie boję!
Po raz pierwszy obejrzałam dziś filmik promujący szpital, w którym najprawdopodobniej będę rodzić. Jak na mnie i moje niemałe obawy, to już ogromny krok :)
Obserwuję, jak z tygodnia na tydzień coraz bardziej oswajam się z ciążą. Mam coraz większy brzuch, coraz większą świadomość, coraz większą ciekawość, coraz większą więź z synkiem i... coraz mniejszy strach przed rozwiązaniem!
Choć akceptacja nieuchronnego jest jedynym (i prawdopodobnie najlepszym) co można zrobić, to i tak uznaję ją za swoje spore osiągnięcie. A najlepszą tego konsekwencją jest zamiana lęku w radość oczekiwania.
W końcu coraz bliżej święta :)
fot.www.dobryporod.pl
Obserwuję, jak z tygodnia na tydzień coraz bardziej oswajam się z ciążą. Mam coraz większy brzuch, coraz większą świadomość, coraz większą ciekawość, coraz większą więź z synkiem i... coraz mniejszy strach przed rozwiązaniem!
Choć akceptacja nieuchronnego jest jedynym (i prawdopodobnie najlepszym) co można zrobić, to i tak uznaję ją za swoje spore osiągnięcie. A najlepszą tego konsekwencją jest zamiana lęku w radość oczekiwania.
W końcu coraz bliżej święta :)
fot.www.dobryporod.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)




