Pokazywanie postów oznaczonych etykietą decyzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą decyzje. Pokaż wszystkie posty

piątek, 24 stycznia 2014

Numer 1

Ostatnio uważniej przyglądam się rzeczom i aktywnościom, które pochłaniają mój czas i zdecydowałam, że pora już zwolnić tempo. Zgadzam się z opinią, że ciąża to nie patologia, jednak czuję, że jest to stan zbyt szczególny (dla mnie), zbyt ważny (dla rozwoju dziecka), zbyt krótki i ulotny, żeby traktować go jak każdy inny okres w życiu. 

Wejście w trzeci trymestr

Oczywiście praca i ciąża są do pogodzenia, ale dostosowanie miejsca pracy do własnych potrzeb pochłania całkiem sporo energii np. w moim przypadku chodziło o wygospodarowanie przerwy na regularne posiłki, częste wstawanie od biurka żeby się przespacerować (profilaktyka przeciwobrzękowa, przeciwżylakowa, przeciwbólowa itp). Jeśli do tego dodać jeszcze coraz częstsze problemy ze snem (ból kręgosłupa, powiększający się brzuszek utrudniający znalezienie wygodnej pozycji), to okazało się, że do pracy chodziłam coraz bardziej zmęczona, a czas wolny po pracy zamiast przeznaczać na chociażby ćwiczenia, musiałam poświęcić na regenerację i odespanie. Nie mówiąc już o tym, że poranne wstawanie po coraz słabiej przesypianych nocach stało się koszmarem, a paradoksalnie musiałabym wstawać jeszcze wcześniej, żeby się ze wszystkim wyrobić na moich zwolnionych obrotach. Ostatecznie kończyło się na pospiesznym jedzeniu śniadania, czasem na stojąco, by po chwili wsiąść w auto i dojechać (za) szybko do pracy. 

Poza tym zima tego roku okazała się tak łaskawa, że za każdym razem gdy wyglądałam przez okno w pracy i widziałam bezchmurne niebo, myślałam sobie: "hej mamuśka! dziecko z pewnością miałoby teraz większy pożytek ze spaceru po parku, niż z tego twojego siedzenia przed komputerem!". W praktyce spacer (czy nawet marsz z kijkami) zapewniałam sobie prawie codziennie, ale dopiero po powrocie z pracy, czyli niestety już po zmroku.


Długa lista priorytetów to brak priorytetów

Gdy położyłam na szali to, co kobiecie w ciąży potrzebne jest najbardziej, czyli dużo ruchu na świeżym powietrzu, ćwiczenia, wystarczająca ilość snu, relaks, zdrowe jedzenie (plus czas potrzebny na jego przygotowanie i spokojne spożycie), redukcja stresu, to okazało się, że doba jest jednak za krótka, żeby zmieścić w niej jeszcze pracę na pełny etat. Bo przecież w domu też czekają obowiązki i dodatkowe zajęcia. Jeśli jeszcze pod uwagę wzięłam fakt, że z każdym tygodniem jest mi coraz ciężej fizycznie, uznałam, że nie warto się tak forsować. Decyzja była więc prosta.

Ostatni dzień w pracy był dość specyficzny. Gdy zrobiłam porządek na biurku, aby przygotować miejsce pracy dla mojego zastępcy i przekazałam resztę niedokończonych spraw pozostałym pracownikiem, byłam już właściwie wolna. A jednak przez długi czas nie potrafiłam po prostu powiedzieć "cześć" i wyjść. Plątałam się jeszcze przez jakąś chwilę, jakbym na coś czekała. Chyba nawet wiem, na co. Na czyjeś zapewnienie, że będą na mnie czekać. Albo że mam szybko wracać, bo jestem im potrzebna. Nie, nikt nie zatrzymywał mnie w ten sposób. Poczułam ten znajomy rodzaj ukłucia, którego doświadczyłam przed kilkoma miesiącami, kiedy szukali pracownika na moje miejsce. I znów wróciły refleksje sprzed ciąży, że nie ma właściwie dobrego momentu na zrobienie sobie przerwy w CV. Że trudno zignorować poczucie, że coś mnie ominie. 

Z dzieckiem na spacer!

Jednocześnie wychodząc miałam poczucie, że to niezwykle ważna chwila. Zaczyna się nowy rozdział. Poczułam ekscytację na myśl, że nazajutrz obudzi mnie co najwyżej słońce, bo na pewno nie budzik. I zorganizuję sobie dzień tak, jak mi na to siły pozwolą. I pójdę na długi spacer w samo południe. Bez pośpiechu i bez zegarka! Może i nawet bez torebki (no to akurat muszę jeszcze dobrze przemyśleć ;p). Ale na pewno z dzieckiem! :)


fot.www.disneybaby.com
fot.www.onlinehorsebollege.com
fot.www.womenworld.org


sobota, 21 września 2013

Szkoła rodzenia, uczenia czy straszenia?

Jeszcze dobrze nie zdążyłam się zastanowić, czy będę chciała uczestniczyć w zajęciach szkoły rodzenia, a już zostałam do niej skutecznie zniechęcona. Wszystko zaczęło się od znajomej, którą spotkałam wracającą z kolejnego spotkania w szkole rodzenia. Jej mina mówiła sama za siebie, ale dla jasności musiałam dopytać, czy było aż tak źle. Potęga ciężarnej wyobraźni No i cóż - tym razem zajęcia dotyczyły karmienia piersią i osoby prowadzące chyba nie do końca wzięły pod uwagę, że forma podania mało optymistycznych informacji ma ogromne znaczenie dla ich odbioru. Zwłaszcza w przypadku kobiet w ciąży, dla których stres jest raczej mało wskazany, a zatem oddziaływanie strachem średnio trafionym pomysłem.
Znajoma wyglądała na przerażoną i zniesmaczoną jednocześnie. Opowiadała o filmie puszczonym w szkole, na którym kobiece piersi wyglądały jak jedna wielka mleczarnia sięgająca kolan, a prowadząca raz po raz wtrącała soczyste komentarze o tym, że "będziecie płakały z bólu przy karmieniu, ale nie ma nic piękniejszego"... A że mnie nie trzeba wiele, to moja wyobraźnia szybko podążyła za słowami znajomej i oto zobaczyłam w głowie wizerunek murzynki z dzikiego plemienia, która nigdy nie nosiła biustonosza, z piersiami leżącymi na brzuchu i sięgającymi co najmniej pasa. Taaa, bardzo zachęcająca przyszłość. Natomiast ową prowadzącą ze szkoły rodzenia wyobraziłam sobie jako nawiedzoną posłankę dobrej nowiny, której życiową misją jest promowanie kampanii pod hasłem: "albo w pokorze i z uśmiechem na twarzy znosisz torturę karmienia piersią, albo nie masz prawa nazywać siebie matką!". No bo że butelka absolutnie nie wchodzi w grę, nie muszę dodawać?
Porażona tą opowieścią czym prędzej wygadałam się kuzynce (która karmiła dziecko przez 8 miesięcy) przebywającej za granicą, ciekawa jak tamtejsze kobiety zapatrują się na tą kwestię. Krótko i na temat powiedziała: "Wyluzuj, nie jest tak źle. A zawsze możesz podejść do tematu jak Francuzki - nie karmią, bo to źle robi na piersi" :)
Odpowiedź była strzałem w dziesiątkę, bo zyskałam trochę dystansu do sprawy. Jak już się bardziej uspokoiłam, zaczęłam się zastanawiać, gdzie znajduje się granica poświęcenia. Mojego poświęcenia w ogóle i poświęcenia dla dziecka. Czyż już sama decyzja o ciąży, bądź co bądź zmieniającej trochę ciało, nie jest przejawem wyjścia poza własny egocentryzm i ukłonem w stronę nowego człowieka? Jeśli dodatkowo wezmę pod uwagę, że okres połogu to też nie bułka z masłem, a całkowita rekonwalescencja rozłożona jest na kilka miesięcy po porodzie, to mam wrażenie, że wydając na świat dziecko, kobieta daje z siebie naprawdę sporo.

Spodziewaj się niespodziewanego!
W podobnym czasie rozmawiałam z koleżanką, która wspominając swoją pierwszą ciążę powiedziała, że do szkoły rodzenia nie chodziła. "Przygotowują cię na coś konkretnego, a ty i tak nie wiesz, jaki będzie rozwój wydarzeń w twoim przypadku. Uczysz się specjalnego oddychania, a na porodówce lekarz ci powie "proszę nie oddychać, bo dziecko ma obrzęk głowy i będzie cesarka". I na co ci cała edukacja?". 
Inna znajoma zachwalała zajęcia w szkole rodzenia w swoim mieście ze względu na praktyczne informacje i oswojenie z tematem w czasie ciąży. Jednak zapytana po porodzie, czy faktycznie skorzystała z tej wiedzy, powiedziała, że nie. Na porodówce postawiła na współpracę z położną, bo i tak nic przydatnego jej się w tym momencie nie przypominało. Zaproponowała, że może mi skserować notatki ze szkoły, bo właściwie uczestnicząc w zajęciach osobiście i tak nie będę w stanie "nauczyć się rodzenia". Po kilku takich opiniach doszłam do wniosku, że wartość szkoły rodzenia wyraża się głównie w zabezpieczeniu informacyjnym. A wiedząc więcej mogę być spokojna, że po pierwsze - wiem, co się ze mną dzieje teraz, a po drugie - nie spanikuję później, gdyż będę przygotowana, przynajmniej teoretycznie, na to, co nastąpi. Nie ma tu obietnicy, że dzięki tej wiedzy poród będzie łatwiejszy, ani że psychicznie lepiej poradzę sobie z sytuacją. 
To zależy od człowieka - niektórzy im wiedzą więcej, tym mają poczucie większej kontroli nad sytuacją. Inni lepiej radzą sobie na bieżąco, bez uprzedniego nastawiania się miesiącami na to, co na się wydarzyć. 
Czego oczy nie widzą... Jakim typem jestem ja? Cóż, na dzień dzisiejszy nie garnę się do wertowania książek, podrzuconych przez kobiety-matki z rodziny. Nie, żebym nie próbowała. Otworzyłam ze dwa razy książkę w dowolnym miejscu i gdy moim oczom ukazała się lista zmian, które może zaobserwować kobieta w swoim ciele np. w 6. miesiącu, stchórzyłam. Jakoś wizja wszechobecnych żylaków mało mi współgra z radością, którą aktualnie odczuwam na myśl, że rośnie we mnie mały człowieczek. Dlatego na razie podaruję sobie te lektury. Podobnie ze szkołą rodzenia - opowieści i filmy o karmieniu nie są tym, czego teraz mi najbardziej potrzeba. Jak już będzie tak daleko, zmierzę się z tym, ale to nie znaczy, że muszę myśleć o tym już dziś. Tym bardziej, że moje nastawienie jest w tej chwili negatywne, co nie służy ani mnie, ani dziecku. Jak dobrze być świadomym swoich potrzeb! 


fot.www.deon.pl
fot.www.wiadomosci.onet.pl

sobota, 7 września 2013

Bilans zysków i....zysków (?)

Co się zmieniło w moim myśleniu o dzieciach? Właściwie wszystko. Jak już pisałam, nie potrafię dokładnie uchwycić źródeł tych przemian, ale mogę nazwać zmiany, które zauważyłam. 


Odkąd zaczęłam sobie wyobrażać siebie z brzuszkiem... 

... przestałam widzieć ciążę jako coś, co zabiera kobiecie figurę, urodę, kondycję, zdrowie itp.
Przez 28 lat życia nasłuchałam się tak wiele o spustoszeniach w ciele, jakie niesie za sobą ciąża, poród i karmienie, że każdorazowo uznawałam, iż nie jestem gotowa na takie poświęcenie. Po prostu. 

... przestałam widzieć w dzieciach intruzów, które nieproszone wkraczają w życie, zabijając małżeństwa, przewracając świat do góry nogami i bez reszty wypełniając sobą każdą wolną chwilę. 
To też był dla mnie koszt, którego nie byłam gotowa ponieść. Zbyt ceniłam swoje życie w dotychczasowym kształcie, żeby ryzykować jakiekolwiek zachwianie równowagi.

... przestałam się bać utraty pracy.
Wiadomo jak to jest w polskich realiach - prawo chroni matki tylko pozornie i właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, aby je zwolnić niedługo po ich powrocie z urlopu macierzyńskiego. I tego zawsze się obawiałam - że nie będę miała dokąd wracać i życie zawodowe trzeba będzie zaczynać od nowa. Z tym większą presją, że na utrzymaniu będzie dodatkowa osoba.

... przestałam się obawiać "przerwy w życiorysie" 
Jako osoba aktywna zawodowo, towarzysko, posiadająca liczne zainteresowania i generalnie nie znająca nudy, nie mogłam sobie wyobrazić, że oto nagle będę musiała z wielu rzeczy zrezygnować. 

Ile kosztuje dziecko?

Odkąd zaczęłam wyobrażać sobie siebie w ciąży, a potem jako matkę maluszka, nagle te wszystkie zmartwienia ustąpiły miejsca pewności, że nawet jeśli dotkną mnie któreś z powyższych komplikacji, to będę one niewielkie w porównaniu z wartością, jaką w moje życie wniesie ten mały człowiek. 

Coraz mniej przerażały mnie wizje powietrza zabieranego mi przez dziecko, aż zniknęły całkowicie ustępując miejsca otwartości na to, że mój świat ulegnie zmianie. Czy na plus? Tego nie wiem. Na pewno będzie inaczej. 


Od chwili, w której przestałam się kurczowo trzymać tego wszystkiego, czego nie chcę utracić, zaczęłam sobie uzmysławiać, jak wiele mogę zyskać. Choć wcześniej już wiele koleżanek opowiadało, że nie wyobrażają sobie życia bez ich dziecka, nie do końca wierzyłam, że ani przez chwilę nie żałowały, że już nic nie jest takie, jak było. 

A teraz myślę sobie, że one po prostu były wobec siebie uczciwe i wiedziały, które rzeczy chcą zatrzymać (niezależnie od dziecka), dlatego nie traktowały dziecka jako przeszkody w osiąganiu swoich celów. 

Może więc jednak znam odpowiedź na pytanie, co sprawiło, że zdecydowałam się powołać dziecko do życia? Przestałam myśleć o potomku wyłącznie w kategorii kosztów, które muszę ponieść (psychicznych i fizycznych). 

Nie znaczy to, że teraz ich nie doszacowuję. Oczywiście wiem, że pewną cenę trzeba będzie zapłacić, ale teraz jestem gotowa zaryzykować. Chcę się przekonać o tych urokach macierzyństwa, o których nie da się opowiedzieć żadnymi słowami, ani ich wycenić. To pragnienie jest teraz silniejsze, niż wszystkie obawy razem wzięte. 

O byciu matką można słuchać, czytać, można oglądać scenki z życia, ale nie można tego doświadczyć cudzym kosztem. Można poczuć jedynie na własnej skórze, we własnym ciele, własnymi emocjami. 

Wyłącznie w praktyce. 


fot.www.boscoanthony.com
fot.www.vaforlife.com

Gdy nadchodzi ten czas

Ilekroć zastanawiam się, co dokładnie sprawiło, że zapragnęłam dziecka, odpowiedź brzmi: nie wiem. 

Jednocześnie dostrzegam pewne czynniki, które mogłabym uznać za katalizatory tej decyzji, ale nie mam pewności, że to właśnie one były decydujące. 

Na pewno należą do nich choroby onkologiczne w mojej rodzinie zdiagnozowane w ostatnim czasie, które mogły mnie śmiertelnie przerazić i włączyć myślenie "może i ja mam coś w genach? może nie mam w życiu aż tak wiele czasu?" itp. 

Drugi możliwy czynnik - sytuacja życiowa. Kobiety często decydują się na dziecko gdy czują stabilizację, mają tak zwane warunki do założenia rodziny. Do tego wora wrzuciłabym nie tylko finanse, dach nad głową i innego rodzaju podstawy bytowe, ale też osobę partnera. To często jego postawa życiowa i nastawienie (prorodzinne) ma o wiele większe znaczenie dla kobiety, niż zaplecze materialne. Obserwuję to zjawisko u koleżanek, które nie zawahały się przed decyzją o kolejnych dzieciach, chociaż z płynnością finansową bywało różnie.  
W tej chwili przypomina mi się filmik, który przysłała mi kiedyś zatroskana moim losem (=bezdzietnością) znajoma. Bohaterką filmiku była kobieta rodząca w bólach... odkurzacz. Dokładnie tak. Film był elementem kampanii społecznej i kończył się pytaniem: "A ty, co jeszcze musisz kupić, zanim zdecydujesz się na dziecko?".
W pierwszej chwili nie zrozumiałam, co to ma wspólnego ze mną, ale potem dotarło do mnie, że przesłanie koleżanki dla mnie było następujące: jeżeli nie masz dzieci ze względu na inne wydatki, to jesteś egoistyczną materialistką. Alternatywna interpretacja: jeśli masz wystarczająco dużo pieniędzy, aby pozwolić sobie na dziecko, ale tego nie robisz, to jest coś z tobą nie tak.W obu przypadkach zastanów się poważnie nad sobą kobieto! 
Od tamtej pory wiedziałam, że jeśli chcę uniknąć tego typu komentarzy w przyszłości, to nie mogę posługiwać się argumentem finansowym przy usprawiedliwieniu decyzji o nieposiadaniu dziecka. Pewnie kiedyś, dla świętego spokoju wyrwało mi się coś w stylu: nie mam dziecka, bo (jeszcze) mnie nie stać. I choć to mało asertywna odpowiedź, skutecznie zamykała usta pytających. Zawsze to lepiej brzmi, niż: "nie, bo nie", a przynajmniej nie musiałam się tłumaczyć z braku uczuć macierzyńskich, na które - jak mi się wydawało - nie miałam wpływu. 

Wracając do czynników potencjalnie decyzyjnych, kolejną rzeczą, którą zapamiętałam, mogła być informacja sąsiadki o jej ciąży. Bardzo się ucieszyłam na tą wieść -zupełnie nie w moim stylu (zwykle reagowałam na takie nowiny lekko naciąganym uśmiechem i myślałam: "aha, no skoro chciała, to fajnie, że się udało"). Tym razem było zupełnie inaczej. Ucieszyłam się tak bardzo, jakby to dotyczyło najbliższej mi osoby, a to była zaledwie nowo poznana sąsiadka! Byłam tak oszołomiona własnym entuzjazmem, że przez kolejne dni nie mogłam się z tym uporać :) 


W pewnym momencie zorientowałam się, że dlatego mnie to tak cieszy, bo... mogłoby dotyczyć mnie samej! Dziwne odkrycie, bo przecież od lat mam w swoim otoczeniu koleżanki z dziećmi, które kiedyś podzieliły się ze mną wiadomością o ciąży. Jednak nigdy wcześniej nie odnosiłam tego do siebie. A tym razem... po raz pierwszy pomyślałam o tym, że ja też mogę być kiedyś w ciąży! 

Co więcej, to wyobrażenie wydało mi się wtedy bardzo realne. Psycholożka w ciąży :)

Wszędzie dobrze, gdzie jesteśmy

Biorąc pod uwagę powyższe wydarzenia mogłabym wyciągnąć wniosek, że właśnie one sprawiły, że zapragnęłam dziecka. Ale nie robię tego, ponieważ to byłoby za duże uproszczenie. Już przed laty działy się podobne sytuacje, równie ważne życiowo, które spokojnie mogłyby wywołać jakiś przełom w moim myśleniu o potomstwie, a jednak tego nie zrobiły. 

Najwidoczniej to nie był mój czas i tyle. Podobnie teraz, mógł wystarczyć jeden bodziec, a może było ich całe mnóstwo, gromadzących się latami.  

Jednego jestem pewna: nastąpiła zasadnicza zmiana w moim myśleniu. 


fot.www.flickr.com
fot.www.kampaniespoleczne.pl

czwartek, 1 sierpnia 2013

Dorosnąć do dziecka

Czy wszystkie kobiety muszą być matkami? Czy wszystkie kobiety chcą być matkami? Czy każda kobieta odczuwa instynkt macierzyński?  Czy można cieszyć się pełnią swojej kobiecości, nie realizując się w tej roli?

O nastoletnich matkach mówi się: "one nie dojrzały do macierzyństwa, bo same są jeszcze dziećmi". Takie myślenie zakłada, że kobieta im starsza, tym bardziej dojrzała i gotowa na bycie matką. A co z kobietami, które już dawno nastolatkami nie są, a ciągle nie odczuwają potrzeby posiadania dziecka? Też nie dorosły? 

Nie znam żadnej 30- czy 40-letniej kobiety, która swą bezdzietność tłumaczyłaby niedojrzałością. W swej naturze raczej zawsze chcemy uchodzić za ludzi rozumnych, dojrzałych, odpowiedzialnych itp., więc wydawało mi się, że przyznanie się do niegotowości na dziecko w tym wieku nie wchodzi w grę. Dlaczego więc niektóre kobiety już niemal od ukończenia szkoły podstawowej nie mogą się doczekać chwili założenia rodziny, podczas gdy dla innych wszystko na świecie wydaje się być ciekawsze od posiadania potomka? 

Zanim obudzi się (cię) instynkt 

Wielokrotnie w latach mojej wczesnej młodości, która z biologicznego punktu widzenia była najlepszym okresem na urodzenie dziecka, zastanawiałam się jak to jest z tym instynktem macierzyńskim. Czy rzeczywiście znacznie poprzedza starania o dziecko i jest tak silny, że nie da się go przegapić? Czy może jednak o wiele więcej dzieci pojawia się z "wpadki" niż by to wynikało z publicznych deklaracji? A może wielu rodziców to ludzie wyluzowani, którzy biorą, co przynosi życie i ani specjalnie dzieci nie planują, ani też się przed nimi specjalnie nie wzbraniają?  

Przez te wszystkie lata temat intrygował mnie tym bardziej, że obiektywnie rzecz biorąc miałam całkiem sporo okazji na "złapanie bakcyla". Wiem nawet, że część mojej rodziny po cichu liczyła na to, że jak tak się naoglądam cudzych dzieci (=uroczych słodziaków ich zdaniem), to zachce mi się własnego. Tymczasem były mi one zupełnie obojętne, co więcej żal było mi moich koleżanek czy kuzynek, że takie były umęczone przez wrzeszczące bachory i nie miały czasu dla siebie. Oczywiście potrafiłam zrozumieć, że tym kobietom macierzyństwo dało szczęście i spełnienie, ale nie widziałam w tym drogi dla siebie. Nie zaglądałam ludziom do wózków ani nie szukałam kontaktu z dziećmi w żadnym wieku. Wizyty u rodziców małych dzieci najczęściej bywały dla mnie męczarnią, bo nie dość że nie dało się spokojnie porozmawiać (jak spostrzegłam, matki nie mają aż tak podzielnej uwagi, żeby konwersować jednocześnie z dzieckiem i kimś jeszcze innym), to spotkanie upływało przy akompaniamencie wiecznego jazgotu (głosy dzieci, dźwięki rozrzucanych zabawek itp.). Raz po raz utwierdzałam się w przekonaniu, że to nie dla mnie. 

Nawet kilka semestrów psychologii rozwoju człowieka/dziecka na studiach nie wywołało żadnego przełomu. Owszem, chętnie przeprowadzałam wszelkie programowe badania (np. dziecięcych odruchów), ale było to dla mnie interesujące bardziej jako fenomen ludzkiego rodzaju i rozwoju nauki - że każdy człowiek, od swoich narodzin, przechodzi te same etapy rozwoju. Na tym jednak moja fascynacja się kończyła. 

Jednego byłam pewna - jeśli zapragnę być matką, to na pewno dowiem się o tym pierwsza. Byłam tak odporna na wszelkie "kampanie prorodzicielskie" fundowane mi w formie subtelnych, acz czytelnych aluzji, że im większe wyczuwałam naciski, tym bardziej obojętniałam. Uchwyciłam się jak rzep słów wypowiedzianych kiedyś przez słynną polską supernianię: "nie każda kobieta nadaje się na matkę" i w ten właśnie sposób zaczęłam o sobie myśleć. Skoro nie chcę, to pewnie z czegoś to wynika i nie ma się do czego zmuszać. Jednocześnie ani przez chwilę nie czułam się gorsza, czy mniej kobieca z tego powodu, bo lubiłam swoje życie. Pewnie dlatego nie robiłam nic, żeby się przekonać, że może jednak warto byłoby zmienić zdanie. Generalnie moja postawa nie stanowiła dla mnie problemu i nie widziałam powodu, żeby szukać dziury w całym.

Gdy w pewnym momencie zaczęły we mnie kiełkować pierwsze myśli o własnym dziecku, z ciekawością obserwowałam zmiany, które zachodziły w mojej głowie. Dojrzewały powoli, niewymuszone i niepoganiane przez nikogo, choć początkowo trudno było mi uwierzyć, że one pochodzą z mojego wnętrza – były tak niepodobne do wszystkich poprzednich! Nie raz nawet rozglądałam się, czy nie ma obok mnie jakiegoś suflera podpowiadającego, co mam myśleć :) Jednak gdy każdorazowe przyłapanie się na wyobrażaniu sobie siebie jako matki maluszka, wywoływało we mnie radość, o jaką nigdy się nie posądzałam, był to dla mnie wyraźny sygnał, że nie mam omamów słuchowych, a głos jaki słyszę jest wyłącznie moim wewnętrznym głosem.  

Dlatego dziś jestem z siebie maksymalnie dumna. Jestem dumna, ponieważ uszanowałam siebie, zaufałam sobie i dałam sobie prawo do własnych wyborów. I choć zawsze wierzyłam, że wierność sobie się opłaca, to w tym przypadku przekonałam się o tym dobitnie. Dzięki temu udało mi się poczuć autentyczne pragnienie dziecka z tak wielką mocą, z jaką kiedyś odczuwałam niechęć, a może nawet większą. I naprawdę niczyja zewnętrzna perswazja nie miała takiej siły. 

Muszę przyznać, że zachowanie postawy asertywnej w tym temacie nie zawsze było proste. Tym bardziej teraz cieszy fakt, że pozwoliłam sobie spokojnie dojrzeć do tej ważnej, a może najważniejszej, życiowej decyzji. To ogromnie budujące, gdy ma się poczucie, że jest się swoim najlepszym doradcą i że dobrze się na tym wychodzi, gdy działa się spójnie ze swoimi wartościami i przekonaniami.

Ostatecznie jestem nie mniej zaskoczona rozwojem zdarzeń, niż moja rodzina i znajomi. Kto by pomyślał... Na pewno nie ja :)

Życzę wszystkim kobietom w wieku rozrodczym cierpliwości w oczekiwaniu na instynkt macierzyński lub akceptacji w przypadku jego braku (ponieważ uważam, że kobieta nie-matka jest tak samo pełnowartościowym człowiekiem), a osobom z otoczenia wyrozumiałości i szacunku dla cudzych wyborów życiowych, jakkolwiek nieszablonowe by one były.  


fot. www.mcl.as.uky.edu

fot. www.layoutsparks.com

środa, 31 lipca 2013

Zaplanowany spontan

Znacie powiedzenie "Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, to opowiedz mu o swoich planach?". 

Ilekroć planuję w życiu tak zwane wielkie zmiany, przypomina mi się ten cytat Woody'ego Allena, który niejednokrotnie skłaniał mnie do przyjęcia innej perspektywy. Czasami pozwala na delikatne odstępstwo od sztywnego planu na rzecz przyzwolenia na pewną elastyczność, albo całkowite zastąpienie go otwartością na to, co przyniesie życie. 

Z tego powodu "planowanie dziecka" w moim/naszym przypadku ograniczyło się do stwierdzenia, że wakacyjny urlop będzie sprzyjającą datą początkową (czyli momentem, od którego "niech się dzieje") ze względu na relaks i odprężenie, którym zwykle na urlopie poddawane są ciała i umysły. Dodatkowym argumentem za było moje przekonanie, że ciążę lepiej znosi się zimą, więc trzeba w nią zajść jeszcze w lecie. 

O ile więc sierpniowy wyjazd wydawał się optymalny na starania, o tyle gdzieś z tyłu głowy dudniła mi myśl, że plany planami, a życie życiem i nie powinnam się nastawiać na jakikolwiek rezultat. Przecież ludzie starają się o dziecko latami...

Tym oto sposobem starałam się udawać przed Bogiem, że nie planuję aż tak bardzo i wcale tak bardzo mi nie zależy. Żeby przypadkiem nie wpadł na pomysł pokrzyżowania tych planów, gdyby odebrał je za zbyt śmiałe i zuchwałe. W każdym razie gdybym była na Jego miejscu pomyślałabym: "a co ona sobie myśli? po tylu latach anty-dzieciowej postawy nagle ma jej się udać? tak od razu? bez długotrwałych tęsknot, rozczarowań i wyczekiwania?"

Na szczęście nie jestem Panem Bogiem i nie mam bladego pojęcia o tym, co dla mnie zaplanował.  


fot. www.hwalls.com

sobota, 27 lipca 2013

Do zakochania jeden krok...pod warunkiem że są swoje

Tak się szczęśliwie składa, że nigdy nie miałam większych problemów z organizowaniem sobie wsparcia społecznego, głównie informacyjnego. Z tego względu gdy tylko pomysł: “dziecko” pojawił się w mojej głowie, korzystam z wielu okazji, aby dowiedzieć się, jak macierzyństwa i rodzicielstwa doświadczają inni. 


Spotkanie z J.  
J. zna mnie dość krótko (niecały rok), ale to jedna z tych znajomości, które zdają się trwać od zawsze. Dobre porozumienie, nadawanie na podobnych falach. Szybko zorientowała się w moim podejściu do dzieci i zapamiętała to niechętne. Z tym większym szokiem słuchała mnie kilka miesięcy później, gdy jak nakręcona opowiadałam jej o tym, jak maleńka myśl o własnym dziecku nieśmiało zakiełkowała mi w głowie. Mówiła, że miałam wypieki na twarzy i wyglądałam tak, jak wygląda człowiek zakochany! Trochę oszołomiona, z błyskiem w oku i pasją w głosie. “Jakbyś nie do końca wiedziała co się z tobą dzieje, taka podekscytowana i radosna. Jakbyś była zaskoczona tym, co ci się przytrafiło i jednocześnie pełna obaw, czy iść za tym głosem.” 

Spotkanie z A.

A. jest znajomą znajomej, którą poznałam w czasie marszu z kijkami. Na pytanie, czym się zajmuje poza trenowaniem nordic walking, odpowiedziała, że aktualnie "siedzi" w domu na urlopie macierzyńskim. Czyli niedawno została matką! - od razu podłapałam i podpytałam o kilka interesujących mnie kwestii. Szybko okazało się, że nie jest typową “mamuśką”, która poza dzieckiem już świata nie widzi. Może właśnie dlatego od razu stała się bliższa memu sercu. Z naszej rozmowy zapamiętałam, że nie służy jej towarzystwo matek np. na placu zabaw. Dlaczego? “Bo baby ciągle ględzą o tych dzieciach i porodach”. :-) I wyobraziłam sobie, jak na wspomnianym placu zabaw wianuszek mam przechwala się swoimi dziećmi, podczas gdy ona, gdzieś na uboczu czyta książkę. Na kolejnej ławce wyobraziłam sobie siebie samą ze słuchawakami na uszach, słuchającą radia albo audiobooka :-) 


Spotkanie z J.
Poznałam ją na urodzinach przyjaciółki. Pracuje w IT, więc była “rodzynką” w gronie samych psycholożek. Tym chętniej słuchałam tego, co ma do powiedzenia, bo ludzie z różnych branż reprezentują często odmienne podejście do życia, nierzadko bardzo inspirujące. Matka 5-letniego syna. Jest absolutnie pragmatyczna, poukładana, typowy umysł ścisły. Do dziś nie wie, jak to się stało, że została matką :-) Drugi raz pewnie się już nie zdecyduje. Przed porodem zrobiła tabelę, w której wpisała plusy i minusy porodu naturalnego i cięcia cesarskiego. Wyszło jej, że cesarka będzie dla niej optymalnym rozwiązaniem. I do dziś bardzo sobie chwali tamtą decyzję, dzięki której uniknęła wielu stresów i bólu. 

Spotkanie z E.

Z E. rozmawiam głównie online, ale w miarę na bieżąco aktualizujemy informacje “co słychać”. Gdy przemyciłam własne refleksje o możliwości bycia mamą, a zaraz potem wątpliwości, czy się będę nadawać, no bo przecież nie przepadam za cudzymi dziećmi, usłyszałam w odpowiedzi: “To nie jest żadna przeszkoda. Dzieci są fajne pod warunkiem, że są własne”. Takie proste, że aż trudno uwierzyć, że nikt wcześniej nie uraczył mnie tym argumentem!

Spotkanie z K.
Sporadyczny kontakt, najczęściej za pośrednictwem skype'a. Niedawna rozmowa odbyła się dość późnym wieczorem, umówiona zupełnie spontanicznie, którą z jakiegoś powodu jeszcze opóźniłam. I uszom nie wierzyłam, gdy padło pytanie: "Dziecko już uśpione?". Zamurowało mnie, przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć. Gdy wyjaśniłam, że nie to jest powodem opóźnienia, usłyszałam bezemocjonalne "aha, tak jakoś pomyślałem, że wcześniej nie mogłaś pogadać, bo musiałaś położyć dziecko spać"Sądzę, że gdyby ta sytuacja zaistniała kilka lat temu, raczej roześmiałabym się kwitując "skąd ten pomysł? ja? dziecko?". A teraz poczułam się jak prześwietlona promieniami rtg! Nie chwaliłam się moimi planami prokreacyjnymi, więc jak mógł pomyśleć, że...? Zamiast się domyślać, pociągnęłam tą zaskakującą rozmowę: "wyobrażasz sobie mnie jako matkę? jak wyglądam?". - "Normalnie, tak się pochylasz nad wózeczkiem, uśmiechasz się do dziecka...". Nie do wiary. Ja jeszcze nie do końca zobaczyłam siebie w tej roli, a ktoś już mógł mnie sobie w niej wyobrazić!     


Każde z tych spotkań wniosło bardzo dużo do dyskusji, którą prowadzałam sama ze sobą przez kilka miesięcy. Takich rozmów było oczywiście więcej, ale tych kilka szczególnie wryło się w moją pamięć.     


fot. www.robert-craven.blogspot.com

sobota, 20 lipca 2013

Dziecko mam z głowy.

“Mamo, skąd się biorą dzieci?”


Gdy jako dziecko zadałam to pytanie po raz pierwszy, moja mama odpowiedziała:  “gdy mama z tatą bardzo się kochają, to z tej miłości powstaje dziecko”.


Z uwagi na mój dziecięcy wiek poniżej 5. roku życia nie mogę pamiętać tej rozmowy, ale gdy po latach mama mi o niej opowiedziała, byłam zdumiona, że tak prosta odpowiedź mi wystarczyła. Że w swej dziecięcej ciekawości nie dopytywałam, “ale jak to?”, czy “jak dokładnie?”. Wygląda na to, że wieloznaczność słowa “kochać się” załatwiła sprawę :)

Dokładnie w ten sposób o poczęciu swojego dziecka mówiła większość ludzi z pokolenia moich rodziców jakich znam (i starszych). Kochali się, a owocem tej miłości było dziecko. Z wielu relacji wynika, że nikt w tamtych czasach specjalnie dzieci nie planował. Pierworodne pojawiały się w niecały rok po ślubie, a czasami nawet wcześniej :) *. Dopiero urodzenia kolejnych bywały “regulowane”. I mimo, że większość moich rówieśników ma tylko jednego brata lub siostrę, nie kojarzę, by mówiło się w tamtych czasach o świadomym macierzyństwie, a przynajmniej nie nazywało się go po imieniu.   

Wydawało się oczywiste, że jeśli kobieta była zdolna zajść w ciążę i ją utrzymać, to “zdawała egzamin” na matkę. Przynajmniej z biologicznego punktu widzenia. Wszelkie niedogodności związane ze stanem błogosławionym były tematem tabu i jeśli mówiło się o ciąży i dzieciach, to wyłącznie dobrze.

Tak sobie myślę, że ta nieświadomość musiała być dobra, bo przynajmniej ludzie się chętniej rozmnażali. OK, może w niektórych przypadkach nie chodziło o wielkie chęci, a raczej o  automatyczne powielenie modelu rodziny z poprzednich pokoleń. Albo uznanie prokreacji za ważny element życiowej misji. Tak czy inaczej model 2+2, 2+3 miał się dobrze.  

Jak jest dziś? Mamy dostęp do internetu, o antykoncepcji mówi się otwarcie, a negatywne strony macierzyństwa są szeroko dyskutowane w różnych kręgach. Kobiety-matki opowiadając o cudownych doświadczeniach macierzyństwa odważnie dodają “ale” aby następnie wymienić szereg ujemnych stron. Dziś młode kobiety nie tylko wiedzą, że posiadanie dzieci to nie sam lukier, ale też nikt ich nie przymusza do ich posiadania.

Osobiście jestem bardzo wdzięczna losowi (i moim Rodzicom!), że przyszłam na świat właśnie w takich czasach, w których nieposiadanie dzieci nie jest wytykane palcami. Moja wdzięczność wynika z faktu, że przez większość mojego życia temat dzieci dla mnie nie istniał. Najczęściej były mi zupełnie obojętne, a nierzadko denerwujące, dlatego przez długi czas (w tym również już w dorosłym życiu) sądziłam, że nie będę chciała mieć własnych.

Dodatkowo wyrastałam w przekonaniu, że żeby rodzicielstwo miało sens, to dzieci muszą być chciane. Nie wyobrażałam sobie, aby zdecydować się na dziecko z innych przyczyn, niż poczucie autentycznej wewnętrznej potrzeby. A ta zaczyna się w głowie.

Dlatego właśnie sądzę, że dzieci biorą się z głowy. To tutaj wszystko się zaczyna. Narządy rozrodcze są tylko posłusznym wykonawcą poleceń mózgu, który przerabia nasze myśli i pragnienia na reakcje fizjologiczne.

Dziecko rodzi się w głowie. Dziecko zaczyna się w głowie.

Moje dziecko zaczęło się w głowie.



* Tu przypomniała mi się sytuacja przedstawiona parę lat temu w jednym z programów interwencyjno-śledczych typu “Uwaga”: nastolatka zaszła w ciążę, a komentarz jej matki brzmiał: “Ale jak to??! Przecież ona nie ma męża” :)))

fot: www.smartlivingstores.com
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...