W zaległych mailach do odpisania ciągle wisi mi jeden z pytaniem o to, jak zmieniło się życie, odkąd jesteśmy we trójkę. Mam się wypowiedzieć ze wskazaniem punktu na skali od "w ogóle wcale nic - ani tyci" do "radykalnie".
I jeszcze chyba trochę pozwlekam z odpowiedzią, ponieważ sama ciągle jej sobie jej nie udzieliłam.
99% rodziców, których znam, wspomina, że życie zmieniło się diametralnie. Niektórzy twierdzą nawet, że była to absolutnie największa zmiana w życiu. A ja nie jestem o tym przekonana. Bo choć mamy nowego członka rodziny, to przecież wiele rzeczy pozostało niezmiennych. Oczywiście trzeba się nauczyć na nowo funkcjonować w nowej rzeczywistości, ale to nie jest tak, że zmieniło się wszystko.
A może właśnie zmieniło się wszystko, tylko tak bardzo przyzwyczaiłam się do układu 2+1, że już zapomniałam, jak było wcześniej?
fot.www.channelpro.c.uk
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zmiany. Pokaż wszystkie posty
sobota, 17 maja 2014
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
Przestroga nie tylko dla ciężarnych
Znacie powiedzenie "Uważaj o co prosisz, bo możesz to dostać"?
Ten wpis piszę ku przestrodze. Jeśli ktoś jeszcze nie przekonał się we własnym życiu co do słuszności tej prawdy, to jeszcze ma szansę się nad tym zastanowić. Tymczasem przedstawiam moje doświadczenie.
Generalnie mogę powiedzieć, że jestem zadowolona ze swojego życia. Wprawdzie chętnie dokonałabym paru zmian w sobie i otoczeniu, ale staram się nie wybrzydzać i doceniać to, co mam. Jednocześnie pracować nad tym, na co mam realny wpływ. Jest jednak taka rzecz, która mimo moich wielu prób, ciągle wymyka się spod kontroli. To jest sen.
Jeśli wierzyć w prawdziwość teorii o sowach i skowronkach, to ja zdecydowanie należę do tych pierwszych. Niezależnie od pory pójścia spać, nie jestem zdolna wstać o poranku bez budzika. Oczywiście praca i inne obowiązki wymuszają pobudkę, ale bez zewnętrznego przymusu mój organizm nie reaguje na próby obudzenia się po dobroci. To sprawia, że niejednokrotnie miewam poczucie przesypiania życia, niewykorzystania czasu. Bywa, że mój brak dyscypliny w tym temacie przeszkadza mi bardziej, niż zwykle, więc sięgam po kolejną technikę, mającą zmienić mnie w rannego ptaszka. Niestety zmiany, nawet jeśli są, to krótkotrwałe i zawsze okupione ogromnym wysiłkiem. Ewidentnie czuję, że to próba zawrócenia kijem rzeki, działanie wbrew mojemu zegarowi biologicznemu.
W takich momentach myślę sobie: jakże bym chciała budzić się co rano wyspana i rześka, tak bym nawet dzień wolny mogła spożytkować już od poranka, a nie dopiero leniwie od południa!
Gdy Morfeusz wypuszcza z objęć
Trzeci trymestr, a uściślając ostatnie dwa miesiące ciąży, to dla mnie wiele nieprzespanych nocy. Albo nie mogę się dobrze ułożyć, albo swędzi mnie skóra, albo muszę odwiedzić toaletę. Wielokrotnie zasypiam dopiero o 4.00, 5.00 nad ranem - już chyba tylko ze zmęczenia, przesypiam 3-4 godziny i budzę się. Początkowo bardzo mnie to męczyło, bo wolałam się wysypiać w nocy, a nie odsypiać potem za dnia nocy, która wcale nie musiała być zarwana.
Nigdy wcześniej nie cierpiałam na bezsenność, przeciwnie - nie oszczędzałam sobie snu. Stąd nie miałam pojęcia, że to takie wyczerpujące. Gdy jednak nie skutkowały żadne metody uśpienia się (techniki relaksacyjne, powtarzanie mantr, uspokajanie oddechu, cieplejsze niż zwykle ubranie, gorący prysznic przed samym położeniem się do łóżka, długi spacer wieczorem itp.), postanowiłam zmienić nastawienie. Przestałam mianowicie traktować bezsenność jako problem i nie kładę się do łóżka zanim nie poczuję, że zaraz zasnę. Tym sposobem bywam aktywna przez całą noc, padam zmęczona ok. 6.00 i po trzech godzinach budzę się jakby nigdy nic.
Mówię i mam!
W jedną z takich nocy, które dla mnie były dniem, zadowolona z faktu, że moja bezsenność przysłużyła się przeczytaniu dodatkowej książki, na którą normalnie nie wygospodarowałabym czasu, odkryłam, że oto właśnie moje prośby zostały wysłuchane. Bo czyż nie o to mi chodziło? Przecież chciałam wstawać o normalnej porannej porze pomimo późnego "sowiego" chodzenia spać. I dokładnie to dostałam. Nie dość, że mogę zasypiać później, to jeszcze wybudzam się po tej króciutkiej nocce sama, bez budzika.
I wtedy przypomniałam sobie słynne "Uważaj o co prosisz...". Ja ewidentnie dostałam. Doby, w których do funkcjonowania wystarczyła mi minimalna ilość snu oraz wybudzanie się bez budzika, bez potrzeby dosypiania sobie. Zyskałam w ten sposób dodatkowe godziny do wykorzystania, ale nie musiałam przy tym rezygnować ze snu, który tak lubię. Po prostu zmniejszyło mi się zapotrzebowanie na sen i nie wiązał się z tym najmniejszy wysiłek z mojej strony!
Trochę czasu mi zajęło, żeby "z tego sęka zrobić sękacz", jakby to powiedział Dale Carnegie, ale w porę zauważyłam plusy sytuacji i zaczęłam w pełni wykorzystywać ten bonusowy czas. I korzystam nadal, póki jeszcze czas, którym gospodaruję, mogę nazwać moim...
A zatem... uważajcie o co prosicie! :)
fot.www.diablodesign.eu
fot.www.knowgifts.com
Ten wpis piszę ku przestrodze. Jeśli ktoś jeszcze nie przekonał się we własnym życiu co do słuszności tej prawdy, to jeszcze ma szansę się nad tym zastanowić. Tymczasem przedstawiam moje doświadczenie.
Generalnie mogę powiedzieć, że jestem zadowolona ze swojego życia. Wprawdzie chętnie dokonałabym paru zmian w sobie i otoczeniu, ale staram się nie wybrzydzać i doceniać to, co mam. Jednocześnie pracować nad tym, na co mam realny wpływ. Jest jednak taka rzecz, która mimo moich wielu prób, ciągle wymyka się spod kontroli. To jest sen.
Jeśli wierzyć w prawdziwość teorii o sowach i skowronkach, to ja zdecydowanie należę do tych pierwszych. Niezależnie od pory pójścia spać, nie jestem zdolna wstać o poranku bez budzika. Oczywiście praca i inne obowiązki wymuszają pobudkę, ale bez zewnętrznego przymusu mój organizm nie reaguje na próby obudzenia się po dobroci. To sprawia, że niejednokrotnie miewam poczucie przesypiania życia, niewykorzystania czasu. Bywa, że mój brak dyscypliny w tym temacie przeszkadza mi bardziej, niż zwykle, więc sięgam po kolejną technikę, mającą zmienić mnie w rannego ptaszka. Niestety zmiany, nawet jeśli są, to krótkotrwałe i zawsze okupione ogromnym wysiłkiem. Ewidentnie czuję, że to próba zawrócenia kijem rzeki, działanie wbrew mojemu zegarowi biologicznemu.
W takich momentach myślę sobie: jakże bym chciała budzić się co rano wyspana i rześka, tak bym nawet dzień wolny mogła spożytkować już od poranka, a nie dopiero leniwie od południa!
Gdy Morfeusz wypuszcza z objęć
Trzeci trymestr, a uściślając ostatnie dwa miesiące ciąży, to dla mnie wiele nieprzespanych nocy. Albo nie mogę się dobrze ułożyć, albo swędzi mnie skóra, albo muszę odwiedzić toaletę. Wielokrotnie zasypiam dopiero o 4.00, 5.00 nad ranem - już chyba tylko ze zmęczenia, przesypiam 3-4 godziny i budzę się. Początkowo bardzo mnie to męczyło, bo wolałam się wysypiać w nocy, a nie odsypiać potem za dnia nocy, która wcale nie musiała być zarwana.
Nigdy wcześniej nie cierpiałam na bezsenność, przeciwnie - nie oszczędzałam sobie snu. Stąd nie miałam pojęcia, że to takie wyczerpujące. Gdy jednak nie skutkowały żadne metody uśpienia się (techniki relaksacyjne, powtarzanie mantr, uspokajanie oddechu, cieplejsze niż zwykle ubranie, gorący prysznic przed samym położeniem się do łóżka, długi spacer wieczorem itp.), postanowiłam zmienić nastawienie. Przestałam mianowicie traktować bezsenność jako problem i nie kładę się do łóżka zanim nie poczuję, że zaraz zasnę. Tym sposobem bywam aktywna przez całą noc, padam zmęczona ok. 6.00 i po trzech godzinach budzę się jakby nigdy nic.
Mówię i mam!
W jedną z takich nocy, które dla mnie były dniem, zadowolona z faktu, że moja bezsenność przysłużyła się przeczytaniu dodatkowej książki, na którą normalnie nie wygospodarowałabym czasu, odkryłam, że oto właśnie moje prośby zostały wysłuchane. Bo czyż nie o to mi chodziło? Przecież chciałam wstawać o normalnej porannej porze pomimo późnego "sowiego" chodzenia spać. I dokładnie to dostałam. Nie dość, że mogę zasypiać później, to jeszcze wybudzam się po tej króciutkiej nocce sama, bez budzika.
I wtedy przypomniałam sobie słynne "Uważaj o co prosisz...". Ja ewidentnie dostałam. Doby, w których do funkcjonowania wystarczyła mi minimalna ilość snu oraz wybudzanie się bez budzika, bez potrzeby dosypiania sobie. Zyskałam w ten sposób dodatkowe godziny do wykorzystania, ale nie musiałam przy tym rezygnować ze snu, który tak lubię. Po prostu zmniejszyło mi się zapotrzebowanie na sen i nie wiązał się z tym najmniejszy wysiłek z mojej strony!
Trochę czasu mi zajęło, żeby "z tego sęka zrobić sękacz", jakby to powiedział Dale Carnegie, ale w porę zauważyłam plusy sytuacji i zaczęłam w pełni wykorzystywać ten bonusowy czas. I korzystam nadal, póki jeszcze czas, którym gospodaruję, mogę nazwać moim...
A zatem... uważajcie o co prosicie! :)
fot.www.diablodesign.eu
fot.www.knowgifts.com
sobota, 15 lutego 2014
Zanim złapię baby bluesa
Przed paroma dniami zrobiło się głośno w mojej okolicy za sprawą matki małego (ok. półrocznego) dziecka, która popełniła samobójstwo wyskakując nocą z okna własnego mieszkania. Niestety jest to przypadek autentyczny, a nie jedna z wielu mrożących krew w żyłach plotek, niewiele mających wspólnego z rzeczywistością.
Ocenia się, że to najprawdopodobniej skutek nieleczonej depresji poporodowej, którą (wcale się nie dziwię) ciężarne raczej się nie chwalą - trudno więc takie zaburzenie zdiagnozować. Z drugiej strony wielu lekarzy na oddziałach ginekologiczno-położniczych niespecjalnie interesuje się stanem psychicznym swoich pacjentek - oni już swoją robotę wykonali: przyjęli poród, reszta należy już do położnicy. Ich zdaniem każda kobieta jakoś sobie radzi z wyzwaniami macierzyństwa, może trochę się pomazgai, ale ostatecznie stanie na nogi i nie ma co się doszukiwać wielkich depresji.
Między porodówką a resztą życia
Rozmawiałam o tym ze znajomą ginekolożką. Przyznała, że wielu lekarzy tak właśnie myśli. Jednak po ostatnim incydencie niektórzy nieco złagodnieli w poglądach. Są skłonni przyjąć do wiadomości, że jedne kobiety radzą sobie lepiej, inne gorzej, ale są też niestety i takie, które nie dają rady wcale. Oczywiście nie jest całkowitą prawdą, że nie dają rady, ale problem w tym, że tak właśnie swoją sytuację postrzegają. A to wystarczy, by się załamać, jeśli na czas nie otrzymają wsparcia. Bo wsparcie niestety nie przybędzie, jeśli udaje się, że wszystko jest w porządku i z dobrą miną do złej gry obmyśla się strategię popełnienia samobójstwa...
Dowiedziałam się, że depresja poporodowa dotyka w większym stopniu kobiet, które rozwiązały ciążę przez cesarskie cięcie. Wiąże się to najpewniej z mniejszą więzią z dzieckiem, którą kobiety rodzące naturalnie mają szansę nawiązać już w czasie porodu. Tego, że poród nie skończy się cesarką akurat nie można sobie zagwarantować, ze względu na możliwość wystąpienia komplikacji w czasie porodu drogami natury. Ale jeśli kobieta wie, że taki właśnie będzie jej poród (ze wskazań medycznych wiadomych wcześniej, lub własnej decyzji), warto uczulić bliskie osoby, by szczególną troską objęły kobietę w połogu i nie bagatelizowały dłużej utrzymującego się baby bluesa. Co ważne, objawy poważnej depresji mogą wystąpić znacznie później, niż w samym szpitalu, czy zaraz po powrocie do domu.
Sama wielokrotnie zastanawiałam się, jak zareaguję na nową sytuację, na sam poród, na spotkanie z dzieckiem, pierwsze wspólne dni i w dalszej kolejności na nową rzeczywistość w domu. Niewykluczone, że tak jak ok. 80% młodych mam, załapię za sprawą hormonów jakiegoś nieszkodliwego baby bluesa, który minie sam po pewnym czasie. Mam nadzieję, że będę w stanie sobie wtedy przypomnieć o tym, żeby możliwie o siebie zadbać, nie obwiniać się o brak formy i dać sobie tyle czasu ile będzie trzeba, żeby przyzwyczaić się do funkcjonowania w nowych warunkach i w nowej roli.
Moja osobista prośba
Kto przeczytał ten wpis, jest proszony o skontaktowanie się ze mną jakiś miesiąc po porodzie celem sprawdzenia, czy wszystko u mnie w porządku.
Z góry dziękuję!
fot.www.healthforher.org
fot.www.babyblues.com
sobota, 18 stycznia 2014
Zupełnie nietypowa przypadłość ciążowa :)
Tego się nie spodziewałam. Chcę zawiązać buta i... nie dosięgam!
Nigdzie nie czytałam o tym, żeby w ciąży się ręce skracały. Ale numer!!!
:)))
fot.www.ciazaporod.babyonline.pl
Nigdzie nie czytałam o tym, żeby w ciąży się ręce skracały. Ale numer!!!
:)))
fot.www.ciazaporod.babyonline.pl
poniedziałek, 7 października 2013
Trzeba, muszę -> chcę!
Po rozważaniach na temat komunikacji lekarz-pacjent pora na krytyczniejsze przyjrzenie się własnym komunikatom. Nie tylko tym adresowanym do innych, ale również do siebie samej. Tym drugim może nawet poświęcę więcej uwagi.
Zainspirowana psychoonkologią i wagą, jaką w procesie zdrowienia przykłada się do semantyki, uznałam że ciąża jest znakomitym okresem w życiu, aby ową semantykę nieco uzdrowić.
Lepiej zapobiegać niż leczyć
W przeszłości już wielokrotnie zastanawiało mnie, dlaczego praca nad sobą, jaką wykonują osoby chore na raka, nie jest rutynowo przepisywana na receptę wszystkim nam w ramach profilaktyki. Jeśli udowodnione jest, że zmiana sposobu myślenia w znaczący sposób wpływa na samopoczucie psychiczne i sprzyja zdrowieniu, to stosowanie tych technik powinno służyć też utrzymaniu dobrego stanu zdrowia.
Choroba najczęściej jest sygnałem, że dotychczas robiliśmy coś, co nie było dla nas zdrowe. I dopiero po usłyszeniu diagnozy lokalizujemy ten słabszy obszar życia aby wprowadzić niezbędne modyfikacje celem przywrócenia równowagi. A gdyby tak już teraz, właśnie gdy jesteśmy w pełni zdrowi, wprowadzić pewne zmiany po to, by zdrowie zachować jak najdłużej?
Słowa mają wielką moc. Tyle, że nie zawsze zdajemy sobie sprawę, co to dokładnie oznacza. Słowa wpływają na nasze emocje i naszą fizjologię. To dzięki nim tworzymy obraz otaczającego nas świata, innych ludzi i nas samych. Służą nam do opisu zjawisk, stanów uczuciowych, doznań zmysłowych, przedmiotów. Mogą inspirować, albo podcinać skrzydła. Mogą sprzyjać zdrowieniu i mogą zabijać.
Zdrowa semantyka nie opiera się na zasadach poprawnej polszczyzny, słodko propagowanej przez profesora Miodka. Jej podstawą jest zdrowe myślenie, a ono z kolei opiera się na faktach - i tym różni się od myślenia pozytywnego czy negatywnego.
Jak się okazuje, popularne myślenie pozytywne wcale nie jest dla nas najzdrowsze. Podejście do śmiertelnej choroby w stylu "na pewno wyzdrowieję" albo "muszę wyzdrowieć" nie sprawdza się. Po pierwsze nie jest zgodne z faktami (nikt nie ma gwarancji wyzdrowienia), po drugie niesie w sobie przywiązanie do rezultatu. Osoby myślące zdrowo powiedzą "mogę wyzdrowieć", co oznacza, że wierzą, że mają szansę na powrót do zdrowia i wiedzą, że mają wpływ na swoje leczenie. Jednocześnie nie przesądzają wyniku.
Z tą filozofią zapewne nie zgodzą się różni guru sukcesu, propagujący myślenie życzeniowe i afirmowanie pożądanych stanów. A co daje osobom chorym praktykowanie takiego sposobu myślenia i werbalnego wyrażania myśli?
Zapłacić podatki i umrzeć
"Muszę wyzdrowieć", tak jak każde inne "muszę" kojarzy się z dużym wysiłkiem, z robieniem czegoś, na co nie ma się ochoty, z czymś narzuconym z zewnątrz. Uczeń, który musi odrobić zadanie, niechętnie się za nie zabiera. Ale gdyby tylko chciał je odrobić...podszedł by do tego obowiązku z zupełnie inną energią, potraktował by je jako wyzwanie, a może nawet ciekawe zajęcie. Stałoby się tak tylko dlatego, że nasz mózg zupełnie inaczej interpretuje polecenia "muszę coś zrobić" niż "chcę coś zrobić". Zdrowe myślenie zakłada, że w życiu tak naprawdę niewiele rzeczy "musisz". Większość spraw do załatwienia jest wyborami, dlatego nie ma sensu nadmiernie stresować się przymusem, jeśli o wiele sprawniej będziemy funkcjonować chcąc coś robić. Czyli gdy potraktujemy siebie po dobroci.
Pamiętam, jak na jednym z warsztatów z komunikacji inter- i intrapersonalnej trenerka do znudzenia korygowała wypowiedzi uczestników, twierdzących, że mają tak wiele "musów" na głowie (muszę iść tam i tam, muszę załatwić to i tamto). "Musisz czy chcesz?" - prosiła o doprecyzowanie. W końcu, udając zniecierpliwioną, powiedziała: "Jedyne co musisz, to zapłacić podatki i umrzeć - cała reszta jest dowolnością".
Nazwij rzeczy po imieniu...
Do dziś, gdy przytłacza mnie jakiś przymus, przypominam sobie o tych nieszczęsnych podatkach i lekko rozbawiona próbuję przeformułować swoje zniechęcające zdania-polecenia. A w ciąży całkiem ich sporo. No bo muszę się dobrze odżywiać, muszę się wysypiać, muszę ćwiczyć, muszę na siebie uważać...
Weźmy ten pierwszy przykład - muszę się zdrowo odżywiać. Naprawdę muszę? Oczywiście że nie. Ale chcę. Bo to dobre dla mnie i dziecka. Zatem gdy do przygotowywania posiłków podchodzę z nastawieniem "chcę ugotować obiad", to od razu chętniej się tym zajmuję, niż gdy myślę "muszę ugotować obiad". A że nie przepadam za gotowaniem, to zmiana z "muszę" na "chcę" robi w mojej głowie ogromną różnicę.
Innym "musizmem" jest codzienne wklepywanie kremu przeciw rozstępom. Na początku było to dla mnie dość uciążliwe, bo przed ciążą balsam do ciała po kąpieli wklepywałam dość nieregularnie. A teraz zależy mi, żeby robić to codziennie. Więc tak naprawdę chcę to robić, choć niejednokrotnie nie mam na to ochoty (bo np. jestem zmęczona albo zwyczajnie nie chce mi się wykonywać kolejnego zabiegu pielęgnacyjnego w czasie wieczornej toalety). Ale faktem jest, że wcale nie muszę. Nikt mnie nie zmusza, jest to moja własna inicjatywa.
...a zmienią się w oka mgnieniu
Słowa mają wielką moc. Wie o tym każdy marketingowiec, polityk, komik, psycholog etc. Tak naprawdę każdy z nas może korzystać z dobrodziejstwa słownika i dobierać najbardziej adekwatne pojęcia do opisu sytuacji. Takie, które są oparte na faktach, są wspierające, które mózg łatwo zinterpretuje w optymalny sposób i przetworzy na właściwe działania.
Dlatego warto "robić" zamiast "próbować" (próbowanie nie jest żadnym działaniem), a zamiast wykręcać się "brakiem czasu" przyznać, że przeznaczamy czas na inne ważne dla nas sprawy. Możemy wzbogacać nasze życie o "cenne doświadczenia" zamiast "ponosić porażki", a "problemy" zastąpić "wyzwaniami".
A teraz muszę iść spać :) Wcale nie chcę, ale oczy same... Rozumiecie, nie chcę, ale muszę :)
(i nauka poszła w las! ;p)
fot.www.cincibility.wordpress.com
fot.www.runnersworld.com
Zainspirowana psychoonkologią i wagą, jaką w procesie zdrowienia przykłada się do semantyki, uznałam że ciąża jest znakomitym okresem w życiu, aby ową semantykę nieco uzdrowić.
Lepiej zapobiegać niż leczyć
W przeszłości już wielokrotnie zastanawiało mnie, dlaczego praca nad sobą, jaką wykonują osoby chore na raka, nie jest rutynowo przepisywana na receptę wszystkim nam w ramach profilaktyki. Jeśli udowodnione jest, że zmiana sposobu myślenia w znaczący sposób wpływa na samopoczucie psychiczne i sprzyja zdrowieniu, to stosowanie tych technik powinno służyć też utrzymaniu dobrego stanu zdrowia. Choroba najczęściej jest sygnałem, że dotychczas robiliśmy coś, co nie było dla nas zdrowe. I dopiero po usłyszeniu diagnozy lokalizujemy ten słabszy obszar życia aby wprowadzić niezbędne modyfikacje celem przywrócenia równowagi. A gdyby tak już teraz, właśnie gdy jesteśmy w pełni zdrowi, wprowadzić pewne zmiany po to, by zdrowie zachować jak najdłużej?
Słowa mają wielką moc. Tyle, że nie zawsze zdajemy sobie sprawę, co to dokładnie oznacza. Słowa wpływają na nasze emocje i naszą fizjologię. To dzięki nim tworzymy obraz otaczającego nas świata, innych ludzi i nas samych. Służą nam do opisu zjawisk, stanów uczuciowych, doznań zmysłowych, przedmiotów. Mogą inspirować, albo podcinać skrzydła. Mogą sprzyjać zdrowieniu i mogą zabijać.
Zdrowa semantyka nie opiera się na zasadach poprawnej polszczyzny, słodko propagowanej przez profesora Miodka. Jej podstawą jest zdrowe myślenie, a ono z kolei opiera się na faktach - i tym różni się od myślenia pozytywnego czy negatywnego.
Jak się okazuje, popularne myślenie pozytywne wcale nie jest dla nas najzdrowsze. Podejście do śmiertelnej choroby w stylu "na pewno wyzdrowieję" albo "muszę wyzdrowieć" nie sprawdza się. Po pierwsze nie jest zgodne z faktami (nikt nie ma gwarancji wyzdrowienia), po drugie niesie w sobie przywiązanie do rezultatu. Osoby myślące zdrowo powiedzą "mogę wyzdrowieć", co oznacza, że wierzą, że mają szansę na powrót do zdrowia i wiedzą, że mają wpływ na swoje leczenie. Jednocześnie nie przesądzają wyniku.
Z tą filozofią zapewne nie zgodzą się różni guru sukcesu, propagujący myślenie życzeniowe i afirmowanie pożądanych stanów. A co daje osobom chorym praktykowanie takiego sposobu myślenia i werbalnego wyrażania myśli?
Zapłacić podatki i umrzeć
"Muszę wyzdrowieć", tak jak każde inne "muszę" kojarzy się z dużym wysiłkiem, z robieniem czegoś, na co nie ma się ochoty, z czymś narzuconym z zewnątrz. Uczeń, który musi odrobić zadanie, niechętnie się za nie zabiera. Ale gdyby tylko chciał je odrobić...podszedł by do tego obowiązku z zupełnie inną energią, potraktował by je jako wyzwanie, a może nawet ciekawe zajęcie. Stałoby się tak tylko dlatego, że nasz mózg zupełnie inaczej interpretuje polecenia "muszę coś zrobić" niż "chcę coś zrobić". Zdrowe myślenie zakłada, że w życiu tak naprawdę niewiele rzeczy "musisz". Większość spraw do załatwienia jest wyborami, dlatego nie ma sensu nadmiernie stresować się przymusem, jeśli o wiele sprawniej będziemy funkcjonować chcąc coś robić. Czyli gdy potraktujemy siebie po dobroci.
Pamiętam, jak na jednym z warsztatów z komunikacji inter- i intrapersonalnej trenerka do znudzenia korygowała wypowiedzi uczestników, twierdzących, że mają tak wiele "musów" na głowie (muszę iść tam i tam, muszę załatwić to i tamto). "Musisz czy chcesz?" - prosiła o doprecyzowanie. W końcu, udając zniecierpliwioną, powiedziała: "Jedyne co musisz, to zapłacić podatki i umrzeć - cała reszta jest dowolnością".
Nazwij rzeczy po imieniu...
Do dziś, gdy przytłacza mnie jakiś przymus, przypominam sobie o tych nieszczęsnych podatkach i lekko rozbawiona próbuję przeformułować swoje zniechęcające zdania-polecenia. A w ciąży całkiem ich sporo. No bo muszę się dobrze odżywiać, muszę się wysypiać, muszę ćwiczyć, muszę na siebie uważać...
Weźmy ten pierwszy przykład - muszę się zdrowo odżywiać. Naprawdę muszę? Oczywiście że nie. Ale chcę. Bo to dobre dla mnie i dziecka. Zatem gdy do przygotowywania posiłków podchodzę z nastawieniem "chcę ugotować obiad", to od razu chętniej się tym zajmuję, niż gdy myślę "muszę ugotować obiad". A że nie przepadam za gotowaniem, to zmiana z "muszę" na "chcę" robi w mojej głowie ogromną różnicę.
Innym "musizmem" jest codzienne wklepywanie kremu przeciw rozstępom. Na początku było to dla mnie dość uciążliwe, bo przed ciążą balsam do ciała po kąpieli wklepywałam dość nieregularnie. A teraz zależy mi, żeby robić to codziennie. Więc tak naprawdę chcę to robić, choć niejednokrotnie nie mam na to ochoty (bo np. jestem zmęczona albo zwyczajnie nie chce mi się wykonywać kolejnego zabiegu pielęgnacyjnego w czasie wieczornej toalety). Ale faktem jest, że wcale nie muszę. Nikt mnie nie zmusza, jest to moja własna inicjatywa.
...a zmienią się w oka mgnieniu
Słowa mają wielką moc. Wie o tym każdy marketingowiec, polityk, komik, psycholog etc. Tak naprawdę każdy z nas może korzystać z dobrodziejstwa słownika i dobierać najbardziej adekwatne pojęcia do opisu sytuacji. Takie, które są oparte na faktach, są wspierające, które mózg łatwo zinterpretuje w optymalny sposób i przetworzy na właściwe działania.
Dlatego warto "robić" zamiast "próbować" (próbowanie nie jest żadnym działaniem), a zamiast wykręcać się "brakiem czasu" przyznać, że przeznaczamy czas na inne ważne dla nas sprawy. Możemy wzbogacać nasze życie o "cenne doświadczenia" zamiast "ponosić porażki", a "problemy" zastąpić "wyzwaniami".
A teraz muszę iść spać :) Wcale nie chcę, ale oczy same... Rozumiecie, nie chcę, ale muszę :)
(i nauka poszła w las! ;p)
fot.www.cincibility.wordpress.com
fot.www.runnersworld.com
Etykiety:
Carl Simonton,
chcę,
komunikacja,
licz się ze słowami,
Mariusz Wirga,
Maultsby,
muszę,
myśli,
przekonania,
psychoonkologia,
raz dwa trzy,
RTZ,
słowa,
umysł,
zdrowa semantyka,
zdrowe myślenie,
zmiany
czwartek, 19 września 2013
Zostałam zwoooolniooooonaaaaaaa....
Znacie to uczucie, gdy jakaś zewnętrzna siła/tajemna moc odbiera Wam energię do życia i zwalnia obroty?
Nie, właściwie to nie żadna zewnętrzna, tylko wewnętrzna siła, bo płynąca z wnętrza własnego organizmu.
Mam wrażenie, że nagle ktoś wtargnął w moje życie i mi tu próbuje zaburzyć dotychczasowy ład. Ktoś chce przejąć kontrolę nad moim stylem życia: ilością snu, przyjmowanego pożywienia, a nawet zasobami energii jaką dysponuję w ciągu dnia!
Hej, nie zgadzam się! Chcę funkcjonować jak dotychczas, bez takich tam...ziewania w ciągu dnia i popołudniowych drzemek!
(kilka dni później...)
OK, już dobrze, dobrze. Po prostu trudno mi przyjąć, że jesteś jeszcze taki malutki/taka malutka a już dyktujesz swoje warunki :) Daj mi trochę czasu na oswojenie się z tymi zmianami, dobrze?
fot.www.wiadomosci.dlastudenta.pl
sobota, 7 września 2013
Bilans zysków i....zysków (?)
Odkąd zaczęłam sobie wyobrażać siebie z brzuszkiem...
... przestałam widzieć ciążę jako coś, co zabiera kobiecie figurę, urodę, kondycję, zdrowie itp.
Przez 28 lat życia nasłuchałam się tak wiele o spustoszeniach w ciele, jakie niesie za sobą ciąża, poród i karmienie, że każdorazowo uznawałam, iż nie jestem gotowa na takie poświęcenie. Po prostu.
... przestałam widzieć w dzieciach intruzów, które nieproszone wkraczają w życie, zabijając małżeństwa, przewracając świat do góry nogami i bez reszty wypełniając sobą każdą wolną chwilę.
To też był dla mnie koszt, którego nie byłam gotowa ponieść. Zbyt ceniłam swoje życie w dotychczasowym kształcie, żeby ryzykować jakiekolwiek zachwianie równowagi.
... przestałam się bać utraty pracy.
Wiadomo jak to jest w polskich realiach - prawo chroni matki tylko pozornie i właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, aby je zwolnić niedługo po ich powrocie z urlopu macierzyńskiego. I tego zawsze się obawiałam - że nie będę miała dokąd wracać i życie zawodowe trzeba będzie zaczynać od nowa. Z tym większą presją, że na utrzymaniu będzie dodatkowa osoba.
... przestałam się obawiać "przerwy w życiorysie"
Jako osoba aktywna zawodowo, towarzysko, posiadająca liczne zainteresowania i generalnie nie znająca nudy, nie mogłam sobie wyobrazić, że oto nagle będę musiała z wielu rzeczy zrezygnować.
Ile kosztuje dziecko?
Odkąd zaczęłam wyobrażać sobie siebie w ciąży, a potem jako matkę maluszka, nagle te wszystkie zmartwienia ustąpiły miejsca pewności, że nawet jeśli dotkną mnie któreś z powyższych komplikacji, to będę one niewielkie w porównaniu z wartością, jaką w moje życie wniesie ten mały człowiek.
Coraz mniej przerażały mnie wizje powietrza zabieranego mi przez dziecko, aż zniknęły całkowicie ustępując miejsca otwartości na to, że mój świat ulegnie zmianie. Czy na plus? Tego nie wiem. Na pewno będzie inaczej.
Od chwili, w której przestałam się kurczowo trzymać tego wszystkiego, czego nie chcę utracić, zaczęłam sobie uzmysławiać, jak wiele mogę zyskać. Choć wcześniej już wiele koleżanek opowiadało, że nie wyobrażają sobie życia bez ich dziecka, nie do końca wierzyłam, że ani przez chwilę nie żałowały, że już nic nie jest takie, jak było.
A teraz myślę sobie, że one po prostu były wobec siebie uczciwe i wiedziały, które rzeczy chcą zatrzymać (niezależnie od dziecka), dlatego nie traktowały dziecka jako przeszkody w osiąganiu swoich celów.
Może więc jednak znam odpowiedź na pytanie, co sprawiło, że zdecydowałam się powołać dziecko do życia? Przestałam myśleć o potomku wyłącznie w kategorii kosztów, które muszę ponieść (psychicznych i fizycznych).
Nie znaczy to, że teraz ich nie doszacowuję. Oczywiście wiem, że pewną cenę trzeba będzie zapłacić, ale teraz jestem gotowa zaryzykować. Chcę się przekonać o tych urokach macierzyństwa, o których nie da się opowiedzieć żadnymi słowami, ani ich wycenić. To pragnienie jest teraz silniejsze, niż wszystkie obawy razem wzięte.
O byciu matką można słuchać, czytać, można oglądać scenki z życia, ale nie można tego doświadczyć cudzym kosztem. Można poczuć jedynie na własnej skórze, we własnym ciele, własnymi emocjami.
Wyłącznie w praktyce.
fot.www.boscoanthony.com
fot.www.vaforlife.com
Subskrybuj:
Posty (Atom)









