Odkąd pojawił się mój synek, umawiałam się z sąsiadką na wspólne spacery z wózkami. Początkowo udawało się to prawie codziennie. Każde z dzieci słodko spało, a my mogłyśmy spokojnie porozmawiać.
Z biegiem czasu było coraz trudniej, ponieważ dzieciakom wydłużał się czas czuwania i o sen było już trudniej. Najczęściej jedno spało, a drugie gaworzyło w najlepsze budząc tamto.
Teraz nie umawiamy się już prawie wcale. Nie, że nie chcemy. Przeciwnie. Zdzwaniamy się z rana, umawiamy na konkretną godzinę i... nic z tego. "Winowajcami" są niezmiennie mój syn albo jej córka, którzy albo postanawiają przyspieszyć porę jedzenia albo zdrzemnąć się o niestandardowej porze albo zbrudzić pieluszkę tak kompleksowo, że przewijanie zajmuje dłuższą chwilę. I nijak nie da się wyjść z domu punktualnie.
Dzwonimy wtedy do siebie ponownie, opowiadamy, co zaszło i kwitujemy ulubionym już tekstem: "te dzieciaczki zawsze mają swoje plany!". Ostatecznie każda wychodzi o innej porze, najczęściej spotykamy się przed domem, gdy jedna już wraca, a druga właśnie wyrusza na spacer...
A niech mają te swoje plany :) Czasami bardzo lubię te niespodzianki. Na przykład w tej chwili tylko dlatego mogę napisać ten tekst, bo synek zasnął w czasie zabawy, mam więc kilka(-naście/-dziesiąt?) bonusowych minut dla siebie.
Chwilo trwaj! :)
fot.www.przewijak.es
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sen. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sen. Pokaż wszystkie posty
środa, 17 września 2014
środa, 4 czerwca 2014
Macierzyństwo to ściema?
Jeśli komukolwiek tytuł powyższy kojarzy się ze słynnym felietonem Agnieszki Chylińskiej, rozpoczynającym się od słów: "Ja wiem, że Machina to nie jest miesięcznik dla początkujących matek...", to jest to prawidłowe skojarzenie. Właściwie zamiast silić się na tekst o podsumowaniu połogu (bo tym tematem chcę się w tej chwili zająć), mogłabym podpiąć linka do owego artykułu i byłoby po sprawie. Wysilę się jednak, bo jest (nie)jedno "ale".
Zresztą link zamieszczam i tak, żeby Czytelnik wiedział do czego nawiązuję: Macierzyństwo to ściema.
Błogosławiona niewiedza
Gdy spoglądam wstecz na tych kilka pierwszych tygodni z maluchem w domu, mam ekstremalnie mieszane uczucia. Trochę nie dowierzam, że to już za mną (że przetrwałam "najgorsze"), a trochę jestem zdumiona, że tak to nieźle wyglądało.
Jeśli chodzi o kondycję fizyczną nie będę się powtarzać, bo wspominałam o niej w poprzednich wpisach. Podsumowując, uratowała mnie niewiedza. Jak człowiek nie wie, na co idzie, to się nie boi. Zastaje fakty i musi je przyjąć do wiadomości. Ja tak bardzo skupiłam się na opanowywaniu stresu przed normalnym porodem, że następstwami cesarskiego cięcia byłam kompletnie zaskoczona. Może to i lepiej, bo gdybym wcześniej wiedziała...
Cierpienie fizyczne pokazało mi jedną bardzo ważną rzecz o samej sobie: nie jestem w stanie długo go znosić. Po prostu nie. Zrobię wszystko, żeby usunąć ból lub chociażby go zredukować. Gdybym żyła w czasach torturowań, to od razu wypaplałabym wszystkie tajemnice, byle tylko nikt nie robił mi krzywdy. W podziemiu też nie mogłabym działać.
Jak śpi i jeść nie woła
A jednak do dziecka dawałam radę wstawać. Jakaś magiczna siła, coś poza mną, kazało mi podchodzić i zaspokajać kolejne potrzeby synka. Kiedy było bardzo ciężko, mówiłam sobie, że to już tylko jeden ostatni raz, na więcej nie starczy mi sił. Ale dziwnym trafem starczało.
Ściemą okazało się moje wyobrażenie na temat okresów snu i czuwania dziecka. Ludzie dookoła mówili: "taki maluszek to przecież prawie cały czas śpi". Doprawdy? Hmm... To już wiem, skąd się wzięło powiedzenie, że dziecko jest urocze jak śpi i jeść nie woła. Szkoda tylko, że nie ma czasu na przyglądanie się takiemu uroczemu śpiochowi, bo każda wolna chwila gdy maluch zmruży oko, jest na wagę złota.
Do dziś nie wiem, skąd matki mają siły do prawie 24-godzinnej aktywności na dobę. Gdy mój synek zapadał w sen na cztery godziny w nocy, to dla mnie - po odliczeniu czasu na toaletę, kolację, ogarnięcie domu - na sen zostawały dwie. I tak dzień w dzień (i noc w noc). Kto wie, może mózg jest tak inteligentnym tworem, że przy pomocy hormonów jest w stanie u młodych matek skompilować sen z ośmiu do dwóch godzin, bez utraty jego jakości?
Ulegając propagandzie
Wracając do Chylińskiej, prawie mogłabym się podpisać pod jej tekstem. A jak wiadomo, prawie robi różnicę. Właściwie to mniej niż prawie. Różnicę między jej wrażeniami z pierwszego miesiąca macierzyństwa, a moimi jest taka, że ja od początku spodziewałam się, że będzie "rokendrol". Oczywiście nie do końca miałam pojęcie na czym on dokładnie miałby polegać, ale z góry założyłam, że łatwo nie będzie. Reklamy z bobaskami w roli głównej ani optymistyczne słowa kobiet, które zapomniały już jak to było w połogu, nie zaciemniły obrazu macierzyństwa, który przez lata powstawał w mojej głowie. Posiadanie dziecka od zawsze jawiło mi się jako ogromne wyzwanie, bo nieprzespane noce, bo wrzask, bo ciągła potrzeba zajmowania się, bo odpowiedzialność za rozwój i milion wyrzeczeń. To przecież dlatego do niedawna nie myślałam o potomku uważając, że to nie na moje siły. Czułam, co się święci :)
Z panią Agnieszką mogę sobie natomiast podać rękę w sprawie karmienia. Na komplikacje w tym temacie nie byłam przygotowana w ogóle. Ze szkoły rodzenia zapamiętałam, że karmić należy na żądanie, ale nie rzadziej niż co 3 godziny licząc od chwili rozpoczęcia karmienia. W praktyce... - temu wątkowi poświęcę już osobny wpis, bo po pierwsze mam sporo do powiedzenia, a po drugie - zasługuje na to.
Na czarnym szlaku
Próbując streścić połóg w kilku zdaniach, porównałabym go do wspinania się na wysoką górę. Mozolna wspinaczka dzień po dniu, w zasięgu wzroku jedynie najbliższy odcinek zbocza, nie widać ani szczytu, ani sąsiednich gór. Nie ma czasu na oglądanie się za siebie, trzeba oszczędzać siły. Celem wędrówki jest wierzchołek góry, jeszcze nie wiadomo jak wysokiej. I gdy w końcu noga staje na szczycie, oczom ukazuje się rozległy masyw górski, a dalsza droga wiedzie grzbietami, łącząc się z linią horyzontu.
Dokładnie takie miałam odczucie, gdy kalendarz wskazał zakończenie połogu. Wcześniej wydawało mi się, że ten pierwszy odcinek macierzyńskiej podróży to odcinek specjalny, po którym będzie już nieco z górki. Ale ze szczytu widzę wyraźnie, że dalsza ścieżka nie prowadzi w dół. Teraz już cały czas będę poruszać się na wysokości kilku tysięcy metrów, a nie - jak dotychczas - na nizinach. Jak powiedziała nam położna - nie dościgniemy niemowlęcia w rozwoju, zawsze zaskoczy nas czymś nowym. Gdy już nauczymy się go i przyzwyczaimy do pewnych zachowań, nazajutrz mogą się one okazać nieaktualne. Jak w piosence do serialu Rodzinka.pl: "(...) nie śpię już okrągły rok i zawsze za nimi o krok". A jednak chcę "więcej jeśli się da, błagam o więcej każdego dnia"...
Rozstrzygnięcie
Czy macierzyństwo to ściema? Powiedziałabym, że to zależy od punktu wyjścia, czyli poprzedzających je wyobrażeń, wiedzy oraz przygotowania. Moje macierzyństwo zrodziło się po wielu latach totalnej znieczulicy względem dzieci, a nieraz otwartej niechęci. Przez te wszystkie lata naoglądałam się, jak to inni rodzice użerają się z nimi i to wystarczyło, żebym powiedziała "to ja podziękuję".
Teraz, kiedy sama zakosztowałam jak to jest, uważam że moja niegdysiejsza awersja uchroniła mnie dziś przed bolesnym rozczarowaniem. To taka strategia na życie - nastawić się na najgorsze, żeby się potem przekonać, że nie jest aż tak źle. Powiem więcej. Jest nie tylko nieźle, ale bywa też zaskakująco dobrze. Bo przecież "bezzębny dziamdziak" nie je na okrągło, pieluchy dobrze wchłaniają wilgoć i nawet najbardziej rozwrzeszczanego zawodnika w którymś momencie zmorzy sen.
fot.www.babyonline.pl
fot.www.familie.pl
fot.www.orange.jobs
Zresztą link zamieszczam i tak, żeby Czytelnik wiedział do czego nawiązuję: Macierzyństwo to ściema.
Błogosławiona niewiedza
Gdy spoglądam wstecz na tych kilka pierwszych tygodni z maluchem w domu, mam ekstremalnie mieszane uczucia. Trochę nie dowierzam, że to już za mną (że przetrwałam "najgorsze"), a trochę jestem zdumiona, że tak to nieźle wyglądało.
Jeśli chodzi o kondycję fizyczną nie będę się powtarzać, bo wspominałam o niej w poprzednich wpisach. Podsumowując, uratowała mnie niewiedza. Jak człowiek nie wie, na co idzie, to się nie boi. Zastaje fakty i musi je przyjąć do wiadomości. Ja tak bardzo skupiłam się na opanowywaniu stresu przed normalnym porodem, że następstwami cesarskiego cięcia byłam kompletnie zaskoczona. Może to i lepiej, bo gdybym wcześniej wiedziała...
Cierpienie fizyczne pokazało mi jedną bardzo ważną rzecz o samej sobie: nie jestem w stanie długo go znosić. Po prostu nie. Zrobię wszystko, żeby usunąć ból lub chociażby go zredukować. Gdybym żyła w czasach torturowań, to od razu wypaplałabym wszystkie tajemnice, byle tylko nikt nie robił mi krzywdy. W podziemiu też nie mogłabym działać.
Jak śpi i jeść nie woła
A jednak do dziecka dawałam radę wstawać. Jakaś magiczna siła, coś poza mną, kazało mi podchodzić i zaspokajać kolejne potrzeby synka. Kiedy było bardzo ciężko, mówiłam sobie, że to już tylko jeden ostatni raz, na więcej nie starczy mi sił. Ale dziwnym trafem starczało.
Ściemą okazało się moje wyobrażenie na temat okresów snu i czuwania dziecka. Ludzie dookoła mówili: "taki maluszek to przecież prawie cały czas śpi". Doprawdy? Hmm... To już wiem, skąd się wzięło powiedzenie, że dziecko jest urocze jak śpi i jeść nie woła. Szkoda tylko, że nie ma czasu na przyglądanie się takiemu uroczemu śpiochowi, bo każda wolna chwila gdy maluch zmruży oko, jest na wagę złota.
Do dziś nie wiem, skąd matki mają siły do prawie 24-godzinnej aktywności na dobę. Gdy mój synek zapadał w sen na cztery godziny w nocy, to dla mnie - po odliczeniu czasu na toaletę, kolację, ogarnięcie domu - na sen zostawały dwie. I tak dzień w dzień (i noc w noc). Kto wie, może mózg jest tak inteligentnym tworem, że przy pomocy hormonów jest w stanie u młodych matek skompilować sen z ośmiu do dwóch godzin, bez utraty jego jakości?
Ulegając propagandzie
Wracając do Chylińskiej, prawie mogłabym się podpisać pod jej tekstem. A jak wiadomo, prawie robi różnicę. Właściwie to mniej niż prawie. Różnicę między jej wrażeniami z pierwszego miesiąca macierzyństwa, a moimi jest taka, że ja od początku spodziewałam się, że będzie "rokendrol". Oczywiście nie do końca miałam pojęcie na czym on dokładnie miałby polegać, ale z góry założyłam, że łatwo nie będzie. Reklamy z bobaskami w roli głównej ani optymistyczne słowa kobiet, które zapomniały już jak to było w połogu, nie zaciemniły obrazu macierzyństwa, który przez lata powstawał w mojej głowie. Posiadanie dziecka od zawsze jawiło mi się jako ogromne wyzwanie, bo nieprzespane noce, bo wrzask, bo ciągła potrzeba zajmowania się, bo odpowiedzialność za rozwój i milion wyrzeczeń. To przecież dlatego do niedawna nie myślałam o potomku uważając, że to nie na moje siły. Czułam, co się święci :)
Z panią Agnieszką mogę sobie natomiast podać rękę w sprawie karmienia. Na komplikacje w tym temacie nie byłam przygotowana w ogóle. Ze szkoły rodzenia zapamiętałam, że karmić należy na żądanie, ale nie rzadziej niż co 3 godziny licząc od chwili rozpoczęcia karmienia. W praktyce... - temu wątkowi poświęcę już osobny wpis, bo po pierwsze mam sporo do powiedzenia, a po drugie - zasługuje na to.
Na czarnym szlaku
Próbując streścić połóg w kilku zdaniach, porównałabym go do wspinania się na wysoką górę. Mozolna wspinaczka dzień po dniu, w zasięgu wzroku jedynie najbliższy odcinek zbocza, nie widać ani szczytu, ani sąsiednich gór. Nie ma czasu na oglądanie się za siebie, trzeba oszczędzać siły. Celem wędrówki jest wierzchołek góry, jeszcze nie wiadomo jak wysokiej. I gdy w końcu noga staje na szczycie, oczom ukazuje się rozległy masyw górski, a dalsza droga wiedzie grzbietami, łącząc się z linią horyzontu.
Dokładnie takie miałam odczucie, gdy kalendarz wskazał zakończenie połogu. Wcześniej wydawało mi się, że ten pierwszy odcinek macierzyńskiej podróży to odcinek specjalny, po którym będzie już nieco z górki. Ale ze szczytu widzę wyraźnie, że dalsza ścieżka nie prowadzi w dół. Teraz już cały czas będę poruszać się na wysokości kilku tysięcy metrów, a nie - jak dotychczas - na nizinach. Jak powiedziała nam położna - nie dościgniemy niemowlęcia w rozwoju, zawsze zaskoczy nas czymś nowym. Gdy już nauczymy się go i przyzwyczaimy do pewnych zachowań, nazajutrz mogą się one okazać nieaktualne. Jak w piosence do serialu Rodzinka.pl: "(...) nie śpię już okrągły rok i zawsze za nimi o krok". A jednak chcę "więcej jeśli się da, błagam o więcej każdego dnia"...
Rozstrzygnięcie
Czy macierzyństwo to ściema? Powiedziałabym, że to zależy od punktu wyjścia, czyli poprzedzających je wyobrażeń, wiedzy oraz przygotowania. Moje macierzyństwo zrodziło się po wielu latach totalnej znieczulicy względem dzieci, a nieraz otwartej niechęci. Przez te wszystkie lata naoglądałam się, jak to inni rodzice użerają się z nimi i to wystarczyło, żebym powiedziała "to ja podziękuję".
Teraz, kiedy sama zakosztowałam jak to jest, uważam że moja niegdysiejsza awersja uchroniła mnie dziś przed bolesnym rozczarowaniem. To taka strategia na życie - nastawić się na najgorsze, żeby się potem przekonać, że nie jest aż tak źle. Powiem więcej. Jest nie tylko nieźle, ale bywa też zaskakująco dobrze. Bo przecież "bezzębny dziamdziak" nie je na okrągło, pieluchy dobrze wchłaniają wilgoć i nawet najbardziej rozwrzeszczanego zawodnika w którymś momencie zmorzy sen.
fot.www.babyonline.pl
fot.www.familie.pl
fot.www.orange.jobs
Etykiety:
awersja,
ból,
Chylińska,
czuwanie,
kupicha,
machina,
macierzyństwo to ściema,
podsumowanie,
połóg,
propaganda,
rodzinka.pl,
rokendrol,
rozczarowanie,
sen,
siła,
szczyt,
wspinaczka,
zmęczenie
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
Przestroga nie tylko dla ciężarnych
Znacie powiedzenie "Uważaj o co prosisz, bo możesz to dostać"?
Ten wpis piszę ku przestrodze. Jeśli ktoś jeszcze nie przekonał się we własnym życiu co do słuszności tej prawdy, to jeszcze ma szansę się nad tym zastanowić. Tymczasem przedstawiam moje doświadczenie.
Generalnie mogę powiedzieć, że jestem zadowolona ze swojego życia. Wprawdzie chętnie dokonałabym paru zmian w sobie i otoczeniu, ale staram się nie wybrzydzać i doceniać to, co mam. Jednocześnie pracować nad tym, na co mam realny wpływ. Jest jednak taka rzecz, która mimo moich wielu prób, ciągle wymyka się spod kontroli. To jest sen.
Jeśli wierzyć w prawdziwość teorii o sowach i skowronkach, to ja zdecydowanie należę do tych pierwszych. Niezależnie od pory pójścia spać, nie jestem zdolna wstać o poranku bez budzika. Oczywiście praca i inne obowiązki wymuszają pobudkę, ale bez zewnętrznego przymusu mój organizm nie reaguje na próby obudzenia się po dobroci. To sprawia, że niejednokrotnie miewam poczucie przesypiania życia, niewykorzystania czasu. Bywa, że mój brak dyscypliny w tym temacie przeszkadza mi bardziej, niż zwykle, więc sięgam po kolejną technikę, mającą zmienić mnie w rannego ptaszka. Niestety zmiany, nawet jeśli są, to krótkotrwałe i zawsze okupione ogromnym wysiłkiem. Ewidentnie czuję, że to próba zawrócenia kijem rzeki, działanie wbrew mojemu zegarowi biologicznemu.
W takich momentach myślę sobie: jakże bym chciała budzić się co rano wyspana i rześka, tak bym nawet dzień wolny mogła spożytkować już od poranka, a nie dopiero leniwie od południa!
Gdy Morfeusz wypuszcza z objęć
Trzeci trymestr, a uściślając ostatnie dwa miesiące ciąży, to dla mnie wiele nieprzespanych nocy. Albo nie mogę się dobrze ułożyć, albo swędzi mnie skóra, albo muszę odwiedzić toaletę. Wielokrotnie zasypiam dopiero o 4.00, 5.00 nad ranem - już chyba tylko ze zmęczenia, przesypiam 3-4 godziny i budzę się. Początkowo bardzo mnie to męczyło, bo wolałam się wysypiać w nocy, a nie odsypiać potem za dnia nocy, która wcale nie musiała być zarwana.
Nigdy wcześniej nie cierpiałam na bezsenność, przeciwnie - nie oszczędzałam sobie snu. Stąd nie miałam pojęcia, że to takie wyczerpujące. Gdy jednak nie skutkowały żadne metody uśpienia się (techniki relaksacyjne, powtarzanie mantr, uspokajanie oddechu, cieplejsze niż zwykle ubranie, gorący prysznic przed samym położeniem się do łóżka, długi spacer wieczorem itp.), postanowiłam zmienić nastawienie. Przestałam mianowicie traktować bezsenność jako problem i nie kładę się do łóżka zanim nie poczuję, że zaraz zasnę. Tym sposobem bywam aktywna przez całą noc, padam zmęczona ok. 6.00 i po trzech godzinach budzę się jakby nigdy nic.
Mówię i mam!
W jedną z takich nocy, które dla mnie były dniem, zadowolona z faktu, że moja bezsenność przysłużyła się przeczytaniu dodatkowej książki, na którą normalnie nie wygospodarowałabym czasu, odkryłam, że oto właśnie moje prośby zostały wysłuchane. Bo czyż nie o to mi chodziło? Przecież chciałam wstawać o normalnej porannej porze pomimo późnego "sowiego" chodzenia spać. I dokładnie to dostałam. Nie dość, że mogę zasypiać później, to jeszcze wybudzam się po tej króciutkiej nocce sama, bez budzika.
I wtedy przypomniałam sobie słynne "Uważaj o co prosisz...". Ja ewidentnie dostałam. Doby, w których do funkcjonowania wystarczyła mi minimalna ilość snu oraz wybudzanie się bez budzika, bez potrzeby dosypiania sobie. Zyskałam w ten sposób dodatkowe godziny do wykorzystania, ale nie musiałam przy tym rezygnować ze snu, który tak lubię. Po prostu zmniejszyło mi się zapotrzebowanie na sen i nie wiązał się z tym najmniejszy wysiłek z mojej strony!
Trochę czasu mi zajęło, żeby "z tego sęka zrobić sękacz", jakby to powiedział Dale Carnegie, ale w porę zauważyłam plusy sytuacji i zaczęłam w pełni wykorzystywać ten bonusowy czas. I korzystam nadal, póki jeszcze czas, którym gospodaruję, mogę nazwać moim...
A zatem... uważajcie o co prosicie! :)
fot.www.diablodesign.eu
fot.www.knowgifts.com
Ten wpis piszę ku przestrodze. Jeśli ktoś jeszcze nie przekonał się we własnym życiu co do słuszności tej prawdy, to jeszcze ma szansę się nad tym zastanowić. Tymczasem przedstawiam moje doświadczenie.
Generalnie mogę powiedzieć, że jestem zadowolona ze swojego życia. Wprawdzie chętnie dokonałabym paru zmian w sobie i otoczeniu, ale staram się nie wybrzydzać i doceniać to, co mam. Jednocześnie pracować nad tym, na co mam realny wpływ. Jest jednak taka rzecz, która mimo moich wielu prób, ciągle wymyka się spod kontroli. To jest sen.
Jeśli wierzyć w prawdziwość teorii o sowach i skowronkach, to ja zdecydowanie należę do tych pierwszych. Niezależnie od pory pójścia spać, nie jestem zdolna wstać o poranku bez budzika. Oczywiście praca i inne obowiązki wymuszają pobudkę, ale bez zewnętrznego przymusu mój organizm nie reaguje na próby obudzenia się po dobroci. To sprawia, że niejednokrotnie miewam poczucie przesypiania życia, niewykorzystania czasu. Bywa, że mój brak dyscypliny w tym temacie przeszkadza mi bardziej, niż zwykle, więc sięgam po kolejną technikę, mającą zmienić mnie w rannego ptaszka. Niestety zmiany, nawet jeśli są, to krótkotrwałe i zawsze okupione ogromnym wysiłkiem. Ewidentnie czuję, że to próba zawrócenia kijem rzeki, działanie wbrew mojemu zegarowi biologicznemu.
W takich momentach myślę sobie: jakże bym chciała budzić się co rano wyspana i rześka, tak bym nawet dzień wolny mogła spożytkować już od poranka, a nie dopiero leniwie od południa!
Gdy Morfeusz wypuszcza z objęć
Trzeci trymestr, a uściślając ostatnie dwa miesiące ciąży, to dla mnie wiele nieprzespanych nocy. Albo nie mogę się dobrze ułożyć, albo swędzi mnie skóra, albo muszę odwiedzić toaletę. Wielokrotnie zasypiam dopiero o 4.00, 5.00 nad ranem - już chyba tylko ze zmęczenia, przesypiam 3-4 godziny i budzę się. Początkowo bardzo mnie to męczyło, bo wolałam się wysypiać w nocy, a nie odsypiać potem za dnia nocy, która wcale nie musiała być zarwana.
Nigdy wcześniej nie cierpiałam na bezsenność, przeciwnie - nie oszczędzałam sobie snu. Stąd nie miałam pojęcia, że to takie wyczerpujące. Gdy jednak nie skutkowały żadne metody uśpienia się (techniki relaksacyjne, powtarzanie mantr, uspokajanie oddechu, cieplejsze niż zwykle ubranie, gorący prysznic przed samym położeniem się do łóżka, długi spacer wieczorem itp.), postanowiłam zmienić nastawienie. Przestałam mianowicie traktować bezsenność jako problem i nie kładę się do łóżka zanim nie poczuję, że zaraz zasnę. Tym sposobem bywam aktywna przez całą noc, padam zmęczona ok. 6.00 i po trzech godzinach budzę się jakby nigdy nic.
Mówię i mam!
W jedną z takich nocy, które dla mnie były dniem, zadowolona z faktu, że moja bezsenność przysłużyła się przeczytaniu dodatkowej książki, na którą normalnie nie wygospodarowałabym czasu, odkryłam, że oto właśnie moje prośby zostały wysłuchane. Bo czyż nie o to mi chodziło? Przecież chciałam wstawać o normalnej porannej porze pomimo późnego "sowiego" chodzenia spać. I dokładnie to dostałam. Nie dość, że mogę zasypiać później, to jeszcze wybudzam się po tej króciutkiej nocce sama, bez budzika.
I wtedy przypomniałam sobie słynne "Uważaj o co prosisz...". Ja ewidentnie dostałam. Doby, w których do funkcjonowania wystarczyła mi minimalna ilość snu oraz wybudzanie się bez budzika, bez potrzeby dosypiania sobie. Zyskałam w ten sposób dodatkowe godziny do wykorzystania, ale nie musiałam przy tym rezygnować ze snu, który tak lubię. Po prostu zmniejszyło mi się zapotrzebowanie na sen i nie wiązał się z tym najmniejszy wysiłek z mojej strony!
Trochę czasu mi zajęło, żeby "z tego sęka zrobić sękacz", jakby to powiedział Dale Carnegie, ale w porę zauważyłam plusy sytuacji i zaczęłam w pełni wykorzystywać ten bonusowy czas. I korzystam nadal, póki jeszcze czas, którym gospodaruję, mogę nazwać moim...
A zatem... uważajcie o co prosicie! :)
fot.www.diablodesign.eu
fot.www.knowgifts.com
sobota, 29 marca 2014
Zmiana czasu na ciążowy
Jestem chyba jedyną osobą, która ucieszyła się, że śpimy dziś o godzinę krócej. Dla mnie zapowiada się kolejna bezsenna noc, więc po co nie spać tyle godzin?
Tak, to jedna z tych przypadłości ciążowych, którą odczuwam dość dotkliwie. Nie jest tak, że nie udaje mi się zmrużyć oka ani na chwilę, ale często zaśnięcie jest poprzedzone kilkoma godzinami prawdziwej mordęgi, podczas której szukam dogodnej pozycji, a czasem po prostu wstaję i zajmuję się czymkolwiek.
I znów szacun dla matki natury, że tak to obmyśliła. Pewnie chodzi o to, że jak już teraz się nie wysypiam i nadal żyję, to znaczy że nieprzespane noce przy dziecku też mnie nie zabiją.
Jasne :)
fot.www.growingpatch.com
Tak, to jedna z tych przypadłości ciążowych, którą odczuwam dość dotkliwie. Nie jest tak, że nie udaje mi się zmrużyć oka ani na chwilę, ale często zaśnięcie jest poprzedzone kilkoma godzinami prawdziwej mordęgi, podczas której szukam dogodnej pozycji, a czasem po prostu wstaję i zajmuję się czymkolwiek.
I znów szacun dla matki natury, że tak to obmyśliła. Pewnie chodzi o to, że jak już teraz się nie wysypiam i nadal żyję, to znaczy że nieprzespane noce przy dziecku też mnie nie zabiją.
Jasne :)
fot.www.growingpatch.com
piątek, 3 stycznia 2014
Ambicje vs. możliwości
Jak co roku o tej porze, robię podsumowania, planuję i rewiduję. Tym razem jest o tyle łatwiej, że priorytet wyłania się sam i trudno go zignorować :)
Z jednej strony to dobrze, bo wiem, na czym się skupić. Z drugiej jednak nie mam w sobie pełnej zgody na to, że niektóre sprawy i pomysły będą musiały zaczekać. A będą musiały, bo nie wszystko da się pogodzić. To znaczy może i by się dało, ale koszty mogą być za duże. Nie chcę bowiem niedosypiać, czy jeść na stojąco, żeby z czymś zdążyć.
Bo dziecko jest ważne
Wiem, że są kobiety, którym ciąża "nie ma prawa" zakłócić dotychczasowego życia i robią wszystko, żeby utrzymać niesłabnące zaangażowanie w różne projekty. I w moim przypadku dałoby się to zrobić. Zresztą działanie w tempie zawsze wychodziło mi na dobre, bo czas organizował się wtedy sam, niejako bez mojego udziału. Tyle że gdy nadchodził moment kryzysowy, czyli spadek sił, to tym z czego rezygnowałam w pierwszej kolejności było albo jedzenie albo ruch albo sen (lub wszystko na raz). A teraz świadomie nie chcę się tego pozbawiać.
Gdy zaglądam w kalendarz wydaje mi się, że zostało jeszcze sporo czasu do rozwiązania. Ale też wcale nie ekstremalnie dużo. Za mną już prawie 2/3 ciąży i specjalnie nie garnę się do szykowania wyprawki, a może już najwyższy czas? Może warto ogarnąć pewne tematy właśnie teraz, kiedy ciągle mam sporo energii, niż czekać na koniec, kiedy nie wiadomo jak się będę fizycznie czuła?
Bo ja jestem ważna
Eh, jakoś nie przekonałam sama siebie. Z drugiej strony jak tak będę czekać na przypływ wielkich chęci, to mogę się nie doczekać. I trochę głupio wyjdzie, jak z czymś nie zdążę, bo się będzie nazywało, że na pisanie bloga miała czas, a na zajęcie się poważnymi sprawami już nie starczyło :)
Ok, biorę głęboki wdech i w ramach postanowień noworocznych obiecuję zainteresować się sprawami, którymi odpowiedzialny rodzic powinien się zająć. Wiem jednak, że dopóki podchodzę do sprawy na zasadzie "powinnam" zamiast "chcę", to niewiele z tego wyniknie. Taka jest prawda. Jeszcze nie chcę. Jeszcze nie czuję, że to najwyższy czas.
fot.www.glamki.pl
fot.www.ciazowy24.pl
Z jednej strony to dobrze, bo wiem, na czym się skupić. Z drugiej jednak nie mam w sobie pełnej zgody na to, że niektóre sprawy i pomysły będą musiały zaczekać. A będą musiały, bo nie wszystko da się pogodzić. To znaczy może i by się dało, ale koszty mogą być za duże. Nie chcę bowiem niedosypiać, czy jeść na stojąco, żeby z czymś zdążyć.
Bo dziecko jest ważne
Wiem, że są kobiety, którym ciąża "nie ma prawa" zakłócić dotychczasowego życia i robią wszystko, żeby utrzymać niesłabnące zaangażowanie w różne projekty. I w moim przypadku dałoby się to zrobić. Zresztą działanie w tempie zawsze wychodziło mi na dobre, bo czas organizował się wtedy sam, niejako bez mojego udziału. Tyle że gdy nadchodził moment kryzysowy, czyli spadek sił, to tym z czego rezygnowałam w pierwszej kolejności było albo jedzenie albo ruch albo sen (lub wszystko na raz). A teraz świadomie nie chcę się tego pozbawiać.
Gdy zaglądam w kalendarz wydaje mi się, że zostało jeszcze sporo czasu do rozwiązania. Ale też wcale nie ekstremalnie dużo. Za mną już prawie 2/3 ciąży i specjalnie nie garnę się do szykowania wyprawki, a może już najwyższy czas? Może warto ogarnąć pewne tematy właśnie teraz, kiedy ciągle mam sporo energii, niż czekać na koniec, kiedy nie wiadomo jak się będę fizycznie czuła?
Bo ja jestem ważna
Eh, jakoś nie przekonałam sama siebie. Z drugiej strony jak tak będę czekać na przypływ wielkich chęci, to mogę się nie doczekać. I trochę głupio wyjdzie, jak z czymś nie zdążę, bo się będzie nazywało, że na pisanie bloga miała czas, a na zajęcie się poważnymi sprawami już nie starczyło :)
Ok, biorę głęboki wdech i w ramach postanowień noworocznych obiecuję zainteresować się sprawami, którymi odpowiedzialny rodzic powinien się zająć. Wiem jednak, że dopóki podchodzę do sprawy na zasadzie "powinnam" zamiast "chcę", to niewiele z tego wyniknie. Taka jest prawda. Jeszcze nie chcę. Jeszcze nie czuję, że to najwyższy czas.
fot.www.glamki.pl
fot.www.ciazowy24.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)








