Rzadko zdarza mi się oglądać dwa razy ten sam film, zwłaszcza w krótkim odstępie czasu. Jednak gdy zobaczyłam zapowiedź "Jak urodzić i nie zwariować", wiedziałam, że muszę go znów zobaczyć!
Pierwszy raz widziałam go około roku temu - a więc jeszcze przed ciążą. I mimo, że była to komedia, w wielu momentach wcale nie było mi do śmiechu. Ba, wiele scen wyraźnie mnie drażniło. No bo po co pokazywać te biedne ciężarne kobiety w tak wstydliwych sytuacjach? Po co sceny z niekontrolowaną fizjologią, albo darcie się na porodówkach? Nie tylko mnie to nie śmieszyło, ale wręcz zniechęcało.
Po drugiej stronie barykady
Powtórne oglądanie przyniosło całkowicie przeciwstawne reakcje. Po przebytej ciąży i porodzie, gdy już na własnej skórze doświadczyłam wielu sytuacji przedstawionych w filmie, komedia wydała mi się pierwszorzędna! Boki zrywałam patrząc na bohaterki i przypominając sobie siebie w różnych bardziej i mniej poradnych akcjach z brzuchem w roli głównej.
I tak oto punkt widzenia zależy od punktu siedzenia :)
fot.www.gandalf.com.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą poród. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 18 maja 2014
sobota, 3 maja 2014
Spotkanie 22 kwietnia, godz.10:37
Dobrą chwilę zastanawiałam się, czy rozpisywać się na temat porodówki jako takiej. Jeśli powiem, że nigdy w ciągu prawie 30-letniego życia nie byłam w szpitalu tak na poważnie (mam na myśli "z noclegiem"), to możecie sobie wyobrazić, że czułam się trochę jak dzikus wypuszczony z buszu.
Między izbą przyjęć a blokiem operacyjnym
Niemal wszystko było dla mnie nowe. Cewniki, wenflony i inne ciała obce, w tym obce ręce. O dziwo bariera wstydu dość szybko ustąpiła miejsca przekonaniu, że personel medyczny już widział w swojej karierze wszystko i naprawdę nie muszę się czuć skrępowana. Przynajmniej odpadł jeden ze stresorów. Osoby, które się mną zajmowały na różnych etapach były miłe, niektóre z dużym poczuciem humoru, co po części niwelowało dyskomfort pewnych zabiegów. Nie zmieniło to jednak faktu, że wiele z tych rutynowych działań odbierałam jako nieprzyjemne, głownie ze względu moje szpitalne nieobycie (jakoś nie przywykłam, że tylu ludzi ogląda mnie i dotyka tu i ówdzie) i małą odporność na ból.
Na szczęście były też radośniejsze chwile. Jedną z nich było badanie tętna płodu. Akurat łóżko ustawione było w taki sposób, że miałam widok na okno, a tuż za nim na zieleń drzew z promieniami słonecznymi przedzierającymi się przez liście. Przepiękny, optymistycznie wiosenny obrazek! Przez 40 minut trwania pomiaru uśmiechałam się do siebie (albo do tych drzew - nie jestem pewna...), starając się nie zasnąć z tego ciepła i błogości, ponieważ musiałam czuwać aby przyciskać guziczek aparatury za każdym razem, gdy poczułam ruch dziecka.
Pomyślałam, że gdyby poza tętnem dziecka rejestrowano też bicie serca matki, to moje z pewnością osiągałoby górne wartości normy, radośnie wyrywając się z piersi :) Świadomość, że już niebawem nastąpi jedno z najważniejszych wydarzeń mojego życia sprawiała, że nie mogłam usiedzieć (lub też: uleżeć) na miejscu i z każdą chwilą coraz bardziej nie mogłam się doczekać!
Potem znów rzeczywistość szpitalna dała o sobie znać, bo przed cięciem cesarskim trzeba było założyć znieczulenie. Zawsze mnie frapowało, jak to jest, że żeby nie bolało, najpierw musi boleć. Jak u dentysty - żeby się znieczulić, najpierw trzeba przecierpieć ból podania zastrzyku. Tutaj wkłucie do kręgosłupa wymagało nie ruszania się, co było o tyle trudne w realizacji, że zazwyczaj instynktownie uciekam przed nadciągającą igłą. Jakimś cudem jednak udało mi się nie odskoczyć zbyt energicznie, ale w zamian nogi mi się straszliwie roztelepotały i tak trzęsły się aż do końca. Czyli do momentu, w którym znieczulenie zaczęło działać i przestałam odczuwać cokolwiek od pasa w dół...
Chwile, które łączą
To, co działo się później, pamiętam już jak przez mgłę. Anestezjolog sprawdzał co kilka chwil czy znieczulenie chwyciło gdzie trzeba, a ja zamknęłam oczy na wypadek, gdyby się okazało, że w lampach odbija się pole operacyjne i nie daj Boże zobaczyłabym swoje wnętrzności.
Choć wiedziałam, że nie będę czuła bólu, byłam mocno spięta, dlatego starałam się rozluźnić głębokim oddychaniem. W rezultacie słyszałam głównie moje dyszenie, które skutecznie zagłuszało rozmowy między lekarzami (może i dobrze :)). Otworzyłam oczy dopiero wtedy, gdy lekarka wyciągnęła z mojego brzucha dziecko i uniosła je nad parawan odgradzający moją głowę od reszty ciała...
[robię przerwę w pisaniu, bo ilekroć wspominam tę chwilę, rozmazuje mi się obraz i litery jakieś takie niewyraźne...]
Nie wiem, skąd mi to przyszło wtedy do głowy, ale prezentacja Małego skojarzyła mi się ze sceną z bajki "Król lew", w której Rafiki ze szczytu lwiej skały pokazuje małego Simbę zwierzętom z całego królestwa.
Zgaduję, że to może przez wpływ środków znieczulających, bo ani doktórka w najmniejszym stopniu nie przypominała pawiana, ani mój syn lwiątka... No ale cóż, nie ma co się zagłębiać w zakamarki (pod)świadomości. Przyjmuję to za sygnał włączania się instynktu macierzyńskiego, objawiający się właśnie przypominaniem sobie bajek, które w niedalekiej przyszłości będę przecież czytać/opowiadać dziecku :)
Tymczasem jeszcze gdy leżałam na stole operacyjnym ktoś podszedł z moim Maluszkiem i przyłożył jego buźkę do mojego policzka. To była króciuteńka chwila, pełna ciepła i wzruszenia.
I jak nic pasuje mi tu banał, że dla takich chwil warto żyć.
fot.www.poradymamy.com.pl
fot.www.games.usvsth3m.com
Między izbą przyjęć a blokiem operacyjnym
Niemal wszystko było dla mnie nowe. Cewniki, wenflony i inne ciała obce, w tym obce ręce. O dziwo bariera wstydu dość szybko ustąpiła miejsca przekonaniu, że personel medyczny już widział w swojej karierze wszystko i naprawdę nie muszę się czuć skrępowana. Przynajmniej odpadł jeden ze stresorów. Osoby, które się mną zajmowały na różnych etapach były miłe, niektóre z dużym poczuciem humoru, co po części niwelowało dyskomfort pewnych zabiegów. Nie zmieniło to jednak faktu, że wiele z tych rutynowych działań odbierałam jako nieprzyjemne, głownie ze względu moje szpitalne nieobycie (jakoś nie przywykłam, że tylu ludzi ogląda mnie i dotyka tu i ówdzie) i małą odporność na ból.
Na szczęście były też radośniejsze chwile. Jedną z nich było badanie tętna płodu. Akurat łóżko ustawione było w taki sposób, że miałam widok na okno, a tuż za nim na zieleń drzew z promieniami słonecznymi przedzierającymi się przez liście. Przepiękny, optymistycznie wiosenny obrazek! Przez 40 minut trwania pomiaru uśmiechałam się do siebie (albo do tych drzew - nie jestem pewna...), starając się nie zasnąć z tego ciepła i błogości, ponieważ musiałam czuwać aby przyciskać guziczek aparatury za każdym razem, gdy poczułam ruch dziecka.
Pomyślałam, że gdyby poza tętnem dziecka rejestrowano też bicie serca matki, to moje z pewnością osiągałoby górne wartości normy, radośnie wyrywając się z piersi :) Świadomość, że już niebawem nastąpi jedno z najważniejszych wydarzeń mojego życia sprawiała, że nie mogłam usiedzieć (lub też: uleżeć) na miejscu i z każdą chwilą coraz bardziej nie mogłam się doczekać!
Potem znów rzeczywistość szpitalna dała o sobie znać, bo przed cięciem cesarskim trzeba było założyć znieczulenie. Zawsze mnie frapowało, jak to jest, że żeby nie bolało, najpierw musi boleć. Jak u dentysty - żeby się znieczulić, najpierw trzeba przecierpieć ból podania zastrzyku. Tutaj wkłucie do kręgosłupa wymagało nie ruszania się, co było o tyle trudne w realizacji, że zazwyczaj instynktownie uciekam przed nadciągającą igłą. Jakimś cudem jednak udało mi się nie odskoczyć zbyt energicznie, ale w zamian nogi mi się straszliwie roztelepotały i tak trzęsły się aż do końca. Czyli do momentu, w którym znieczulenie zaczęło działać i przestałam odczuwać cokolwiek od pasa w dół...
Chwile, które łączą
To, co działo się później, pamiętam już jak przez mgłę. Anestezjolog sprawdzał co kilka chwil czy znieczulenie chwyciło gdzie trzeba, a ja zamknęłam oczy na wypadek, gdyby się okazało, że w lampach odbija się pole operacyjne i nie daj Boże zobaczyłabym swoje wnętrzności.
Choć wiedziałam, że nie będę czuła bólu, byłam mocno spięta, dlatego starałam się rozluźnić głębokim oddychaniem. W rezultacie słyszałam głównie moje dyszenie, które skutecznie zagłuszało rozmowy między lekarzami (może i dobrze :)). Otworzyłam oczy dopiero wtedy, gdy lekarka wyciągnęła z mojego brzucha dziecko i uniosła je nad parawan odgradzający moją głowę od reszty ciała...
[robię przerwę w pisaniu, bo ilekroć wspominam tę chwilę, rozmazuje mi się obraz i litery jakieś takie niewyraźne...]
Zgaduję, że to może przez wpływ środków znieczulających, bo ani doktórka w najmniejszym stopniu nie przypominała pawiana, ani mój syn lwiątka... No ale cóż, nie ma co się zagłębiać w zakamarki (pod)świadomości. Przyjmuję to za sygnał włączania się instynktu macierzyńskiego, objawiający się właśnie przypominaniem sobie bajek, które w niedalekiej przyszłości będę przecież czytać/opowiadać dziecku :)
Tymczasem jeszcze gdy leżałam na stole operacyjnym ktoś podszedł z moim Maluszkiem i przyłożył jego buźkę do mojego policzka. To była króciuteńka chwila, pełna ciepła i wzruszenia.
I jak nic pasuje mi tu banał, że dla takich chwil warto żyć.
fot.www.poradymamy.com.pl
fot.www.games.usvsth3m.com
sobota, 5 kwietnia 2014
Dyplomowani rodzice, czyli podsumowanie szkoły rodzenia - cz. 1
Udało się! Uczestniczyłam we wszystkich pięciu zajęciach szkoły rodzenia. Ostatnie z nich przypadały na mój 37 tydzień ciąży, więc gdy zapisywałam się do szkoły w styczniu, moja obecność stała pod znakiem zapytania. Mogłam już przecież w tym czasie wprowadzać w życie nauki teoretyczne, zwłaszcza dotyczące tematu porodu :)
Ale nie, syn zdaje się postanowił być donoszony (i słusznie! gdzież mu będzie tak dobrze, jak u mamy? ;p), dzięki czemu w dobrej formie wzięłam udział w każdym ze spotkań coachingowej szkoły rodzenia.
Spóźnieni na lekcję?
Na pierwszych zajęciach podano sporo informacji o sprawach, o które warto zadbać od początku ciąży - np. o jakie badania koniecznie upomnieć się u lekarza, albo jak optymalnie skompletować wyprawkę dla dziecka. W tym momencie zastanowiłam się, jaki jest optymalny czas na przyjście do szkoły rodzenia. No bo gdybym akurat nie miała lekarza, który bardzo o mnie dba i kieruje na niezbędne badania, to po usłyszeniu takich informacji mogłabym mieć poczucie, że coś przegapiłam, że powinnam przyjść na takie zajęcia wcześniej. Tylko kiedy wcześniej? Bo na pewno nie w pierwszym trymestrze, kiedy jeszcze zupełnie inne rzeczy zaprzątały mi głowę. Nawet drugi wydawał mi się ciągle zbyt odległy od rozwiązania, żebym miała ochotę słuchać o porodzie. Wydaje mi się, że właśnie teraz mam najbardziej podatny umysł na przyjmowanie wszelkich informacji, bo zwyczajnie mnie interesują w miarę zbliżania się terminu porodu - tyle, że na uwzględnienie wielu omawianych kwestii mogłoby już być za późno. Na szczęście nie mam poczucia, że coś zawaliłam, albo pominęłam z niewiedzy.
Oddychaj za siebie i dziecko
To hasło szczególnie zapamiętałam z zajęć, których tematem był poród. Podobnie jak diagram stosunku wdechu do wydechu (1/2 do 2/3) i pojęcie "triady Reada" (błędne koło lęku, napięcia i bólu). Samemu oddechowi prowadzące (coach i położna) poświęciły naprawdę dużo uwagi - zarówno technice jak i funkcji. I słusznie, bo prawidłowy oddech przeponowy załatwia nam takie sprawy jak kontrola emocji, redukcja bólu, pokonanie zmęczenia, wzrost energii (w czasie porodu i w życiu w ogóle), a przede wszystkim pozwala dotlenić dziecko. Oddech jest najlepszym pomocnikiem na porodówce, a podobno najczęściej bagatelizowanym lub nawet wyśmiewanym. Hmm, ciekawe przez kogo.
Bez bólu ani rusz!
Jako że większość uczestniczek szkoły rodzenia podała strach przed bólem porodowym jako jedną ze swoich głównych obaw, tematowi temu została poświęcona również dłuższa chwila. Trochę było o mechanizmach powstawania bólu jako takiego i o samym porodowym. Pracowaliśmy na przekonaniach związanych z bólem i wybieraliśmy te wspierające np. ból jest informacją o postępie porodu, informacją o dziecku gotowym do wyjścia, sygnałem do mobilizacji organizmu. Jeśli potraktujemy go jako sprzymierzeńca, a nie wroga, to nie tylko go złagodzimy, ale też przyspieszymy poród i zachowamy więcej energii. Możemy wykorzystać w tym celu narzędzia takie jak afirmacje i wizualizacje oraz w razie potrzeby metody farmakologiczne.
Kryzys 7-go centymetra
Ten kryzys to dla mnie zupełna nowość, nigdy o tym nie słyszałam. Być może dlatego, że nikogo nie wypytywałam o przebieg pierwszej fazy porodu zbyt szczegółowo. To ważna informacja zwłaszcza dla osób towarzyszących, czyli najczęściej tatusiów. Jeśli mają świadomość występowania owego kryzysu, to będą potrafili odpowiednio zareagować i wesprzeć partnerki. Dzięki temu zamiast opadać z sił razem z nimi, dodadzą otuchy mówiąc, że meta już blisko. Jeśli oczywiście pary zdecydują się na poród rodzinny (tu plus dla prowadzących za pokazywanie zalet takich porodów, ale pozostawienie ostatecznej decyzji uczestnikom, bez narzucania swoich poglądów).
"Ty nie rodziłaś - ty miałaś cesarkę"
Osobiście nigdy nie spotkałam się z wartościowaniem porodów, jakoby tylko poród siłami natury zasługiwał na miano "rodzenia", a cięcie cesarskie było pójściem na łatwiznę. Ale takie opinie można wyczytać choćby na forach internetowych.
Po rozmowach z wieloma kobietami, które rozwiązywały ciążę w jeden z tych dwóch sposobów, nasunął mi się tylko jeden wniosek: kobiety rodzące naturalnie cierpią fizycznie w trakcie porodu (skurcze), a te po cesarce - po zabiegu (ból rany i dyskomfort związany ze znieczuleniem). Ani jedne ani drugie nie stwierdzały, że ich poród był bezbolesny, albo łatwiejszy.
Wspominam o tym dlatego, że kwestia wartościowania porodów została poruszona w szkole, tyle że nie z uwagi na jakiś społeczny ostracyzm, ale ze względu na nasze własne wyobrażenia. Prowadzące uwrażliwiały na fakt, że każdy rodzaj porodu spełnia swój cel, jakim jest wydanie dziecka na świat i nie ma sensu czuć się gorszą, jeśli się okaże, że nasza ciąża zostanie rozwiązana zabiegiem. Trzeba mieć świadomość, że każdy poród może zakończyć się cięciem cesarskim i jeśli będziemy przygotowane na taką ewentualność, to unikniemy niepotrzebnych rozczarowań. Coś w tym musi być, bo znam kilka kobiet, którym tak zależało na naturalnych porodach, że były bardzo zawiedzione, gdy okazało się to niemożliwe ze względów zdrowotnych.
Odnośnie cesarek, tym co wyjątkowo wryło mi się w pamięć na tych zajęciach były rady położnej, by po cięciu nie zwlekać z informowaniem personelu i konieczności podania środków przeciwbólowych, bo gdy ból będzie już nasilony, środki nie zadziałają.
część druga podsumowania -> tutaj
fot.www.miskuleczka.pl
fot.www.kallkwiktburystedmunds.co.uk
fot.www.jezykiemdziecka.wordpress.com
Ale nie, syn zdaje się postanowił być donoszony (i słusznie! gdzież mu będzie tak dobrze, jak u mamy? ;p), dzięki czemu w dobrej formie wzięłam udział w każdym ze spotkań coachingowej szkoły rodzenia.
Spóźnieni na lekcję?
Na pierwszych zajęciach podano sporo informacji o sprawach, o które warto zadbać od początku ciąży - np. o jakie badania koniecznie upomnieć się u lekarza, albo jak optymalnie skompletować wyprawkę dla dziecka. W tym momencie zastanowiłam się, jaki jest optymalny czas na przyjście do szkoły rodzenia. No bo gdybym akurat nie miała lekarza, który bardzo o mnie dba i kieruje na niezbędne badania, to po usłyszeniu takich informacji mogłabym mieć poczucie, że coś przegapiłam, że powinnam przyjść na takie zajęcia wcześniej. Tylko kiedy wcześniej? Bo na pewno nie w pierwszym trymestrze, kiedy jeszcze zupełnie inne rzeczy zaprzątały mi głowę. Nawet drugi wydawał mi się ciągle zbyt odległy od rozwiązania, żebym miała ochotę słuchać o porodzie. Wydaje mi się, że właśnie teraz mam najbardziej podatny umysł na przyjmowanie wszelkich informacji, bo zwyczajnie mnie interesują w miarę zbliżania się terminu porodu - tyle, że na uwzględnienie wielu omawianych kwestii mogłoby już być za późno. Na szczęście nie mam poczucia, że coś zawaliłam, albo pominęłam z niewiedzy.
Oddychaj za siebie i dziecko
To hasło szczególnie zapamiętałam z zajęć, których tematem był poród. Podobnie jak diagram stosunku wdechu do wydechu (1/2 do 2/3) i pojęcie "triady Reada" (błędne koło lęku, napięcia i bólu). Samemu oddechowi prowadzące (coach i położna) poświęciły naprawdę dużo uwagi - zarówno technice jak i funkcji. I słusznie, bo prawidłowy oddech przeponowy załatwia nam takie sprawy jak kontrola emocji, redukcja bólu, pokonanie zmęczenia, wzrost energii (w czasie porodu i w życiu w ogóle), a przede wszystkim pozwala dotlenić dziecko. Oddech jest najlepszym pomocnikiem na porodówce, a podobno najczęściej bagatelizowanym lub nawet wyśmiewanym. Hmm, ciekawe przez kogo.
Bez bólu ani rusz!
Jako że większość uczestniczek szkoły rodzenia podała strach przed bólem porodowym jako jedną ze swoich głównych obaw, tematowi temu została poświęcona również dłuższa chwila. Trochę było o mechanizmach powstawania bólu jako takiego i o samym porodowym. Pracowaliśmy na przekonaniach związanych z bólem i wybieraliśmy te wspierające np. ból jest informacją o postępie porodu, informacją o dziecku gotowym do wyjścia, sygnałem do mobilizacji organizmu. Jeśli potraktujemy go jako sprzymierzeńca, a nie wroga, to nie tylko go złagodzimy, ale też przyspieszymy poród i zachowamy więcej energii. Możemy wykorzystać w tym celu narzędzia takie jak afirmacje i wizualizacje oraz w razie potrzeby metody farmakologiczne.
Kryzys 7-go centymetra
Ten kryzys to dla mnie zupełna nowość, nigdy o tym nie słyszałam. Być może dlatego, że nikogo nie wypytywałam o przebieg pierwszej fazy porodu zbyt szczegółowo. To ważna informacja zwłaszcza dla osób towarzyszących, czyli najczęściej tatusiów. Jeśli mają świadomość występowania owego kryzysu, to będą potrafili odpowiednio zareagować i wesprzeć partnerki. Dzięki temu zamiast opadać z sił razem z nimi, dodadzą otuchy mówiąc, że meta już blisko. Jeśli oczywiście pary zdecydują się na poród rodzinny (tu plus dla prowadzących za pokazywanie zalet takich porodów, ale pozostawienie ostatecznej decyzji uczestnikom, bez narzucania swoich poglądów).
"Ty nie rodziłaś - ty miałaś cesarkę"
Osobiście nigdy nie spotkałam się z wartościowaniem porodów, jakoby tylko poród siłami natury zasługiwał na miano "rodzenia", a cięcie cesarskie było pójściem na łatwiznę. Ale takie opinie można wyczytać choćby na forach internetowych.
Po rozmowach z wieloma kobietami, które rozwiązywały ciążę w jeden z tych dwóch sposobów, nasunął mi się tylko jeden wniosek: kobiety rodzące naturalnie cierpią fizycznie w trakcie porodu (skurcze), a te po cesarce - po zabiegu (ból rany i dyskomfort związany ze znieczuleniem). Ani jedne ani drugie nie stwierdzały, że ich poród był bezbolesny, albo łatwiejszy.
Wspominam o tym dlatego, że kwestia wartościowania porodów została poruszona w szkole, tyle że nie z uwagi na jakiś społeczny ostracyzm, ale ze względu na nasze własne wyobrażenia. Prowadzące uwrażliwiały na fakt, że każdy rodzaj porodu spełnia swój cel, jakim jest wydanie dziecka na świat i nie ma sensu czuć się gorszą, jeśli się okaże, że nasza ciąża zostanie rozwiązana zabiegiem. Trzeba mieć świadomość, że każdy poród może zakończyć się cięciem cesarskim i jeśli będziemy przygotowane na taką ewentualność, to unikniemy niepotrzebnych rozczarowań. Coś w tym musi być, bo znam kilka kobiet, którym tak zależało na naturalnych porodach, że były bardzo zawiedzione, gdy okazało się to niemożliwe ze względów zdrowotnych.
Odnośnie cesarek, tym co wyjątkowo wryło mi się w pamięć na tych zajęciach były rady położnej, by po cięciu nie zwlekać z informowaniem personelu i konieczności podania środków przeciwbólowych, bo gdy ból będzie już nasilony, środki nie zadziałają.
część druga podsumowania -> tutaj
fot.www.miskuleczka.pl
fot.www.kallkwiktburystedmunds.co.uk
fot.www.jezykiemdziecka.wordpress.com
sobota, 15 lutego 2014
Zanim złapię baby bluesa
Przed paroma dniami zrobiło się głośno w mojej okolicy za sprawą matki małego (ok. półrocznego) dziecka, która popełniła samobójstwo wyskakując nocą z okna własnego mieszkania. Niestety jest to przypadek autentyczny, a nie jedna z wielu mrożących krew w żyłach plotek, niewiele mających wspólnego z rzeczywistością.
Ocenia się, że to najprawdopodobniej skutek nieleczonej depresji poporodowej, którą (wcale się nie dziwię) ciężarne raczej się nie chwalą - trudno więc takie zaburzenie zdiagnozować. Z drugiej strony wielu lekarzy na oddziałach ginekologiczno-położniczych niespecjalnie interesuje się stanem psychicznym swoich pacjentek - oni już swoją robotę wykonali: przyjęli poród, reszta należy już do położnicy. Ich zdaniem każda kobieta jakoś sobie radzi z wyzwaniami macierzyństwa, może trochę się pomazgai, ale ostatecznie stanie na nogi i nie ma co się doszukiwać wielkich depresji.
Między porodówką a resztą życia
Rozmawiałam o tym ze znajomą ginekolożką. Przyznała, że wielu lekarzy tak właśnie myśli. Jednak po ostatnim incydencie niektórzy nieco złagodnieli w poglądach. Są skłonni przyjąć do wiadomości, że jedne kobiety radzą sobie lepiej, inne gorzej, ale są też niestety i takie, które nie dają rady wcale. Oczywiście nie jest całkowitą prawdą, że nie dają rady, ale problem w tym, że tak właśnie swoją sytuację postrzegają. A to wystarczy, by się załamać, jeśli na czas nie otrzymają wsparcia. Bo wsparcie niestety nie przybędzie, jeśli udaje się, że wszystko jest w porządku i z dobrą miną do złej gry obmyśla się strategię popełnienia samobójstwa...
Dowiedziałam się, że depresja poporodowa dotyka w większym stopniu kobiet, które rozwiązały ciążę przez cesarskie cięcie. Wiąże się to najpewniej z mniejszą więzią z dzieckiem, którą kobiety rodzące naturalnie mają szansę nawiązać już w czasie porodu. Tego, że poród nie skończy się cesarką akurat nie można sobie zagwarantować, ze względu na możliwość wystąpienia komplikacji w czasie porodu drogami natury. Ale jeśli kobieta wie, że taki właśnie będzie jej poród (ze wskazań medycznych wiadomych wcześniej, lub własnej decyzji), warto uczulić bliskie osoby, by szczególną troską objęły kobietę w połogu i nie bagatelizowały dłużej utrzymującego się baby bluesa. Co ważne, objawy poważnej depresji mogą wystąpić znacznie później, niż w samym szpitalu, czy zaraz po powrocie do domu.
Sama wielokrotnie zastanawiałam się, jak zareaguję na nową sytuację, na sam poród, na spotkanie z dzieckiem, pierwsze wspólne dni i w dalszej kolejności na nową rzeczywistość w domu. Niewykluczone, że tak jak ok. 80% młodych mam, załapię za sprawą hormonów jakiegoś nieszkodliwego baby bluesa, który minie sam po pewnym czasie. Mam nadzieję, że będę w stanie sobie wtedy przypomnieć o tym, żeby możliwie o siebie zadbać, nie obwiniać się o brak formy i dać sobie tyle czasu ile będzie trzeba, żeby przyzwyczaić się do funkcjonowania w nowych warunkach i w nowej roli.
Moja osobista prośba
Kto przeczytał ten wpis, jest proszony o skontaktowanie się ze mną jakiś miesiąc po porodzie celem sprawdzenia, czy wszystko u mnie w porządku.
Z góry dziękuję!
fot.www.healthforher.org
fot.www.babyblues.com
wtorek, 21 stycznia 2014
FAQ: ciąża
Do najczęściej zadawanych pytań kobietom w ciąży należy wiele takich, które zdaniem samych zainteresowanych niekoniecznie powinny paść. Podobnie ze spontanicznymi komentarzami naszych rozmówców.
Oto kilka przykładowych:
- Kto jest ojcem?
- Wolno ci to jeść/pić?
- Mogę dotknąć (brzucha)?
- Planowana ciąża?
- To będziecie się jeszcze starać o dziewczynkę/chłopca, prawda?
- Ojejku, nie cierpię tego imienia!
- Ciąża w tym wieku...
- Ah te szalejące hormony...
- Od razu widać, że będzie dziewczynka!
- Boisz się porodu?
- To na pewno nie będą bliźnięta?
- Rozwiązanie już za chwilę, prawda?
- Ile przytyłaś?
- Będziesz karmić piersią?
- Jakie masz smaki w ciąży?
- Planujesz następne dzieci?
- Będziesz rodzić naturalnie?
- Jak się czujesz?
Na szczęście nie zadano mi, jak do tej pory, jeszcze wszystkich pytań z tej listy (wszystko przede mną), ale kilka szczególnie zapadło mi w pamięć.
Duże zainteresowanie wzbudzają moje dodatkowe kilogramy. Nie wszyscy spodziewają się odpowiedzi jakiej udzielam (podaję bez ściemy ile mi przybyło), być może dlatego, że przy wzroście 175 cm całkiem równomiernie mi się ta nadwyżka rozłożyła. Poza tym mam kształtny, okrągły brzuszek, którego nie można pomylić z "oponką" i nadwagą. Może dlatego pytanie nie jest dla mnie szczególnie denerwujące.
Pytaniem, czy boję się porodu, zastrzeliła mnie znienacka moja przyjaciółka (!). Strasznie mnie tym wyprowadziła z równowagi, bo było to jeszcze w pierwszym trymestrze. O co jej chodzi?? - zastanawiałam się. - Ja się cieszę początkami ciąży, a ona mi tu brutalnie uświadamia, jaki będzie finał tej całej przygody!
Szybko jej jednak wybaczyłam, bo sama jeszcze nie rodziła, więc pewnie szczera ciekawość (i troska o mnie) wzięła górę.
Inna znajoma, widząc mnie po raz pierwszy w ciąży w okolicach 5-go miesiąca, zapytała z rozbrajającym uśmiechem: "masz świnkę?". Jasne - pomyślałam - gdybym miała świnkę, to raczej byłabym właśnie w drodze do lekarza, a nie na kawce z koleżanką.
Osobiście nigdy nie uraczyłam żadnej znajomej ciężarnej tego typu komentarzem. Wychodzę z założenia, że każda ma w domu lustro i widzi, jak zmienia się jej ciało w ciąży. Niestety nie zawsze są to zmiany na lepsze, dlatego nie bardzo wiem, czemu miałoby służyć wypowiadanie takich stwierdzeń. Zwłaszcza, że kobiety w ciąży są dość wrażliwe na uwagi o swoim wyglądzie, na który niezupełnie mają wpływ.
Po pytaniu, czy znamy już płeć (potwierdziłam, że tak), zostałam raz zapytana: "a co wolałaś mieć?". Co za idiotyczne pytanie?! Nie znam nikogo, kto spodziewając się dziewczynki przyznaje: wolałam chłopca, i na odwrót. A nawet jeśli w skrytości liczył na coś innego, raczej się do tego nie przyznaje. Jedyną odpowiedzią jaka mi się wtedy cisnęła na usta (na szczęście w porę ugryzłam się w język) było coś w stylu: oczywiście wolałam dziewczynkę i teraz się właśnie zastanawiam, co zrobić z tym chłopcem z mojego brzucha.
Jak to mówią: głupie pytanie - głupia odpowiedź...
Im bardziej zaawansowana ciąża, tym częściej zdarzają się pytania o to, czy planuję poród naturalny (a jeśli tak, to czy rodzinny) i czy będę karmić piersią. Najczęściej odpowiadam, że jeszcze za daleko, żeby rozstrzygać, albo że spróbuję. Moja reakcja na tego typu pytania zależy w dużej mierze od tego, jak bliskie są mi osoby, które pytają. Najskuteczniejszą ze zbywających odpowiedzi jest zawsze: jeszcze nie wiem.
Na zakończenie moje ulubione pytanie: "czy dajesz popalić mężowi?". W kominku? Owszem! - znów mi się ironiczny ton włącza.
Nie wiem, jak jest u innych kobiet, ale wydaje mi się, że te opowieści o humorzastych ciężarnych są trochę przesadzone. Zgoda, jestem w ciąży bardziej emocjonalna, na przykład wzruszam się z błahego powodu, jednak nie wydaje mi się, żeby to jakoś strasznie uprzykrzało życie mojemu partnerowi. Ale mogę się mylić, dlatego dla pewności zawsze odsyłam ciekawych, żeby zapytali samego zainteresowanego. (Niech no ja się tylko dowiem, że ma w tym temacie inne zdanie...!! ;P)
Przede mną ostatni trymestr. Ciekawa jestem, czy lista pytań do ciężarnej jeszcze się wydłuży :)
fot.www.visimobile.com
fot.www.rodzinko.pl
fot.www.kingletas.com
Oto kilka przykładowych:
- Kto jest ojcem?
- Wolno ci to jeść/pić?
- Mogę dotknąć (brzucha)?
- Planowana ciąża?
- To będziecie się jeszcze starać o dziewczynkę/chłopca, prawda?
- Ojejku, nie cierpię tego imienia!
- Ciąża w tym wieku...
- Ah te szalejące hormony...
- Od razu widać, że będzie dziewczynka!
- Boisz się porodu?
- To na pewno nie będą bliźnięta?
- Rozwiązanie już za chwilę, prawda?
- Ile przytyłaś?
- Będziesz karmić piersią?
- Jakie masz smaki w ciąży?
- Planujesz następne dzieci?
- Będziesz rodzić naturalnie?
- Jak się czujesz?
Na szczęście nie zadano mi, jak do tej pory, jeszcze wszystkich pytań z tej listy (wszystko przede mną), ale kilka szczególnie zapadło mi w pamięć.
Duże zainteresowanie wzbudzają moje dodatkowe kilogramy. Nie wszyscy spodziewają się odpowiedzi jakiej udzielam (podaję bez ściemy ile mi przybyło), być może dlatego, że przy wzroście 175 cm całkiem równomiernie mi się ta nadwyżka rozłożyła. Poza tym mam kształtny, okrągły brzuszek, którego nie można pomylić z "oponką" i nadwagą. Może dlatego pytanie nie jest dla mnie szczególnie denerwujące.
Pytaniem, czy boję się porodu, zastrzeliła mnie znienacka moja przyjaciółka (!). Strasznie mnie tym wyprowadziła z równowagi, bo było to jeszcze w pierwszym trymestrze. O co jej chodzi?? - zastanawiałam się. - Ja się cieszę początkami ciąży, a ona mi tu brutalnie uświadamia, jaki będzie finał tej całej przygody!
Szybko jej jednak wybaczyłam, bo sama jeszcze nie rodziła, więc pewnie szczera ciekawość (i troska o mnie) wzięła górę.
Inna znajoma, widząc mnie po raz pierwszy w ciąży w okolicach 5-go miesiąca, zapytała z rozbrajającym uśmiechem: "masz świnkę?". Jasne - pomyślałam - gdybym miała świnkę, to raczej byłabym właśnie w drodze do lekarza, a nie na kawce z koleżanką.
Osobiście nigdy nie uraczyłam żadnej znajomej ciężarnej tego typu komentarzem. Wychodzę z założenia, że każda ma w domu lustro i widzi, jak zmienia się jej ciało w ciąży. Niestety nie zawsze są to zmiany na lepsze, dlatego nie bardzo wiem, czemu miałoby służyć wypowiadanie takich stwierdzeń. Zwłaszcza, że kobiety w ciąży są dość wrażliwe na uwagi o swoim wyglądzie, na który niezupełnie mają wpływ.
Po pytaniu, czy znamy już płeć (potwierdziłam, że tak), zostałam raz zapytana: "a co wolałaś mieć?". Co za idiotyczne pytanie?! Nie znam nikogo, kto spodziewając się dziewczynki przyznaje: wolałam chłopca, i na odwrót. A nawet jeśli w skrytości liczył na coś innego, raczej się do tego nie przyznaje. Jedyną odpowiedzią jaka mi się wtedy cisnęła na usta (na szczęście w porę ugryzłam się w język) było coś w stylu: oczywiście wolałam dziewczynkę i teraz się właśnie zastanawiam, co zrobić z tym chłopcem z mojego brzucha.
Jak to mówią: głupie pytanie - głupia odpowiedź...
Im bardziej zaawansowana ciąża, tym częściej zdarzają się pytania o to, czy planuję poród naturalny (a jeśli tak, to czy rodzinny) i czy będę karmić piersią. Najczęściej odpowiadam, że jeszcze za daleko, żeby rozstrzygać, albo że spróbuję. Moja reakcja na tego typu pytania zależy w dużej mierze od tego, jak bliskie są mi osoby, które pytają. Najskuteczniejszą ze zbywających odpowiedzi jest zawsze: jeszcze nie wiem.
Na zakończenie moje ulubione pytanie: "czy dajesz popalić mężowi?". W kominku? Owszem! - znów mi się ironiczny ton włącza.
Nie wiem, jak jest u innych kobiet, ale wydaje mi się, że te opowieści o humorzastych ciężarnych są trochę przesadzone. Zgoda, jestem w ciąży bardziej emocjonalna, na przykład wzruszam się z błahego powodu, jednak nie wydaje mi się, żeby to jakoś strasznie uprzykrzało życie mojemu partnerowi. Ale mogę się mylić, dlatego dla pewności zawsze odsyłam ciekawych, żeby zapytali samego zainteresowanego. (Niech no ja się tylko dowiem, że ma w tym temacie inne zdanie...!! ;P)
Przede mną ostatni trymestr. Ciekawa jestem, czy lista pytań do ciężarnej jeszcze się wydłuży :)
fot.www.visimobile.com
fot.www.rodzinko.pl
fot.www.kingletas.com
środa, 18 grudnia 2013
Już się nie boję!
Po raz pierwszy obejrzałam dziś filmik promujący szpital, w którym najprawdopodobniej będę rodzić. Jak na mnie i moje niemałe obawy, to już ogromny krok :)
Obserwuję, jak z tygodnia na tydzień coraz bardziej oswajam się z ciążą. Mam coraz większy brzuch, coraz większą świadomość, coraz większą ciekawość, coraz większą więź z synkiem i... coraz mniejszy strach przed rozwiązaniem!
Choć akceptacja nieuchronnego jest jedynym (i prawdopodobnie najlepszym) co można zrobić, to i tak uznaję ją za swoje spore osiągnięcie. A najlepszą tego konsekwencją jest zamiana lęku w radość oczekiwania.
W końcu coraz bliżej święta :)
fot.www.dobryporod.pl
Obserwuję, jak z tygodnia na tydzień coraz bardziej oswajam się z ciążą. Mam coraz większy brzuch, coraz większą świadomość, coraz większą ciekawość, coraz większą więź z synkiem i... coraz mniejszy strach przed rozwiązaniem!
Choć akceptacja nieuchronnego jest jedynym (i prawdopodobnie najlepszym) co można zrobić, to i tak uznaję ją za swoje spore osiągnięcie. A najlepszą tego konsekwencją jest zamiana lęku w radość oczekiwania.
W końcu coraz bliżej święta :)
fot.www.dobryporod.pl
sobota, 30 listopada 2013
Trening z głową
Po okresie wzmożonych poszukiwań informacji na temat porodu, wkraczam w etap opracowywania własnych metod ułatwiających przejście przez to wymagające doświadczenie. Chcąc skupić się wyłącznie na elementach, które mogę kontrolować (czyli umysł i pośrednio ciało), zdecydowałam postawić na świadome oddychanie, techniki relaksacyjne oraz afirmacje.
Genialnym przykładem będzie tu słynna już narta Janka Ziobro z podpisem "Luz w d***e". Zanim hasło wypatrzyli kibice, skoczkowi służyło jako przypomnienie o tym, co dla niego ważne w czasie lotów. Wystarczyło spojrzeć na nartę i już wiedział, którą część ciała rozluźnić :)
Mam to szczęście, że oddychania przeponowego nauczyłam się jeszcze w liceum w szkolnym chórze, więc działa z automatu. A od prawidłowego oddychania już niedaleka droga do wejścia w stan relaksacji całego ciała, na przykład z pomocą Schulza lub Jacobsona.
Moja ręka staje się coraz cięższa...
Wychodzę od gotowców, czyli scenariuszy treningów zaproponowanych przez wyżej wymienionych panów, a następnie stopniowo będę zastępować niektóre hasła własnymi sugestiami, tworząc coraz bardziej spersonalizowane komunikaty. W ten sposób uniezależnię się od nagrań audio i określonej kolejności ćwiczeń, tak żebym mogła w dowolnym miejscu i czasie skutecznie improwizować.
Będąc w stanie relaksu i odprężenia warto włączyć jeszcze afirmacje - autosugestywne twierdzenia pozytywne, wizje pożądanych efektów w tym przypadku związane ze szczęśliwym rozwiązaniem. Powinnam je powtarzać tak długo, aż mój mózg zacznie odbierać ich treść jako rzeczywistość, jako fakt prawie dokonany. Skąd będę wiedzieć, że to już? Najpewniej wtedy, kiedy sama w to uwierzę! Afirmacje mają to do siebie, że z początku mogą nie być w 100% zgodne w wewnętrznymi przekonaniami. Mówiąc "wszystko będzie dobrze" mogę w to szczerze powątpiewać, a hasło "dam radę" wyda mi się mocno na wyrost. Praktycy afirmacji gwarantują jednak, że trening czyni mistrza i po pewnym czasie regularnych powtórek zaczniemy się identyfikować z treściami afirmacji i szczerze w nie uwierzymy. I o taki właśnie efekt końcowy chodzi. Żeby zwiększyć wiarę we własne siły, które będą tak potrzebne na porodówce.
Luz tu i ówdzie
Ostatnim elementem tego, nazwijmy go treningu mentalnego, będzie wymyślenie "haseł wywoławczych". Chciałabym zgromadzić kilka takich skrótów myślowych, które mi się przypomną w potrzebie (lub zostaną przypomniane przez kogoś). Chodzi o to, żeby mieć taki przycisk alarmowy, na który będę mogła nacisnąć w chwili niepewności, wahania, gdy zacznę się bać, spinać itp, czyli generalnie wtedy, gdy moje myśli zboczą w niewłaściwym kierunku.
Genialnym przykładem będzie tu słynna już narta Janka Ziobro z podpisem "Luz w d***e". Zanim hasło wypatrzyli kibice, skoczkowi służyło jako przypomnienie o tym, co dla niego ważne w czasie lotów. Wystarczyło spojrzeć na nartę i już wiedział, którą część ciała rozluźnić :)
Szukam analogicznego wyzwalacza dla wprowadzenia się w dobry nastrój, wzbudzenia pozytywnego myślenia, przypomnienia o oddychaniu czy skupienia na zadaniu i byciu tu i teraz. Niestety jeszcze nie mam pomysłu na te symbole, a pisać mazakiem po ścianach raczej mi personel medyczny nie pozwoli...
fot.www.ludora.eu
fot.www.kalorynka.pl
Etykiety:
alarm,
chór,
ciało,
hipnoterapia,
Jacobson,
Jan Ziobro,
kontrola,
nastawienie,
oddech,
oddychanie przeponowe,
porodówka,
poród,
przygotowanie,
relaksacja,
Schultz,
symbol,
trening autogenny,
wpływ
czwartek, 28 listopada 2013
Jak nie spóźnić się na porodówkę
Zasada jest prosta - powiedziała mi znajoma ginekolożka.
fot.www.polki.pl
"Jeśli masz wątpliwości, czy to już jest poród, czy nie - to to na pewno jeszcze nie jest poród. Ale jak już się poród zacznie, to nie będziesz mieć najmniejszych wątpliwości, że to właśnie to. Gwarantuję ci - nie przegapisz tego!"
fot.www.polki.pl
wtorek, 26 listopada 2013
Nastawienie & fizjologia
Coś jestem mało konsekwentna.
Chciałabym się jakoś (właściwie to nie jakoś, tylko dobrze) przygotować do rozwiązania, a z drugiej strony nie chcę korzystać ze szkoły rodzenia.
Zapytałam więc lekarza prowadzącego, co najlepszego mogę dla siebie zrobić w ramach przygotowań do porodu. Zaproponował wspólne omówienie planu porodu, w trakcie którego mogę dopytać o wszystkie szczegóły, tak bym pozbyła się wszelkich wątpliwości. Reszta to nastawienie i fizjologia.
Jakie zatem powinno być nastawienie, skoro właśnie na nie mam wpływ? - drążę.
Wszystko, co powiedziała pani doktor, streściłabym w trzech najważniejszych punktach:
fot.www.sheknows.com
Chciałabym się jakoś (właściwie to nie jakoś, tylko dobrze) przygotować do rozwiązania, a z drugiej strony nie chcę korzystać ze szkoły rodzenia.
Zapytałam więc lekarza prowadzącego, co najlepszego mogę dla siebie zrobić w ramach przygotowań do porodu. Zaproponował wspólne omówienie planu porodu, w trakcie którego mogę dopytać o wszystkie szczegóły, tak bym pozbyła się wszelkich wątpliwości. Reszta to nastawienie i fizjologia.
Jakie zatem powinno być nastawienie, skoro właśnie na nie mam wpływ? - drążę.
Wszystko, co powiedziała pani doktor, streściłabym w trzech najważniejszych punktach:
1. Robię to dla dziecka. Im sprawniej się uwinę i im chętniej będę współpracować za położną, tym lepiej
2. To potrwa tylko chwilę. Dłuższą lub krótszą, ale poród nie trwa wiecznie. A więc wszystkie nieprzyjemne doznania, jak ból, potrwają tylko przez określony czas, a potem się skończą.
3. Podchodzę do tematu zadaniowo. Chcę dziecko, to je urodzę. To naturalne rozwiązanie ciąży, które kończy się na porodówce.Brzmi sensownie.
fot.www.sheknows.com
niedziela, 24 listopada 2013
Duma (bez uprzedzenia)
W cyklu "rady nie od parady" znów dzielę się doświadczeniami znajomych kobiet, które mają "to" już za sobą.
A więc poród można traktować jak sprawdzian. Sprawdzić się w roli kobiety, w której naturę rodzenie dzieci jest wpisane. Czy da radę? Czy spełni się? Czy poradzi sobie z tym najbardziej kobiecym zadaniem?
Zmiana frontu
Nagle poczułam ukłucie zazdrości w stosunku do tych wszystkich pań, które podołały, które zdały swój egzamin z kobiecości. Ogromnie zaskoczyła mnie ta moja reakcja, bo przecież wszystko ciągle przede mną, ale...
Nie ukrywam, że w chwilach, gdy ogarniał mnie niespodziewany lęk przed porodem, uspokajałam się myślą, że na szczęście jest jeszcze drugie wyjście: cesarskie cięcie. Stąd zaskoczenie, że nagle zapragnęłam jednak móc urodzić naturalnie, po to właśnie, by zapisać sobie ten niebagatelny sukces na koncie.
Tak na logikę, jeśli popatrzę na poród jak na wyzwanie, zupełnie inaczej się do niego nastawię, niż jak wtedy, gdy będę szła jak na ścięcie. Od razu włącza mi się bojowa postawa: "że ja nie dam rady? ja???!".
Jeszcze odnośnie mojej zazdrości, przypomniało mi się, że niektóre, najczęściej starsze kobiety, traktują przebyte porody jako źródło energii odnawialnej. Nie ma rzeczy, która mogłaby takie przerazić. Mówią: "panie, piątkę dzieci urodziłam, to nie poradzę sobie z... ?!". Myślę sobie wtedy, że to musi być doświadczenie tak bardzo uskrzydlające i utwierdzające kobietę w jej własnej sile, że można z niego czerpać do końca życia. Pozwala bowiem podchodzić do wszystkich kolejnych życiowych wyzwań z dużym dystansem i poczuciem skuteczności.
Też chcę się przekonać o swoim kobiecym potencjale. Dam radę. Odnajdę w sobie potrzebą siłę.
I będę z siebie dumna!
fot.www.strenghttrainingtechniques-npt.com
fot.www.byebyewaistline.wordpress.com
Tym razem usłyszałam: "Poród naturalny to niesamowity wyczyn dla kobiety. Już po wszystkim będziesz czuła ogromną ulgę i taaaaką satysfakcję, jak jeszcze nigdy w życiu. Będziesz z siebie dumna!"I znów mnie wmurowało. To dla mnie nowość, bo chyba w ogóle nie docierają do mnie komunikaty, że kobiety rodzące siłami natury są z siebie takie dumne. Wprawdzie w opowieściach często wybrzmiewa pewien rodzaj zadowolenia, ale zwykle wiązałam je ze szczęściem, że dziecko urodziło się zdrowe i jest już na świecie.
A więc poród można traktować jak sprawdzian. Sprawdzić się w roli kobiety, w której naturę rodzenie dzieci jest wpisane. Czy da radę? Czy spełni się? Czy poradzi sobie z tym najbardziej kobiecym zadaniem?
Zmiana frontu
Nagle poczułam ukłucie zazdrości w stosunku do tych wszystkich pań, które podołały, które zdały swój egzamin z kobiecości. Ogromnie zaskoczyła mnie ta moja reakcja, bo przecież wszystko ciągle przede mną, ale...
Nie ukrywam, że w chwilach, gdy ogarniał mnie niespodziewany lęk przed porodem, uspokajałam się myślą, że na szczęście jest jeszcze drugie wyjście: cesarskie cięcie. Stąd zaskoczenie, że nagle zapragnęłam jednak móc urodzić naturalnie, po to właśnie, by zapisać sobie ten niebagatelny sukces na koncie.
Tak na logikę, jeśli popatrzę na poród jak na wyzwanie, zupełnie inaczej się do niego nastawię, niż jak wtedy, gdy będę szła jak na ścięcie. Od razu włącza mi się bojowa postawa: "że ja nie dam rady? ja???!".
Jeszcze odnośnie mojej zazdrości, przypomniało mi się, że niektóre, najczęściej starsze kobiety, traktują przebyte porody jako źródło energii odnawialnej. Nie ma rzeczy, która mogłaby takie przerazić. Mówią: "panie, piątkę dzieci urodziłam, to nie poradzę sobie z... ?!". Myślę sobie wtedy, że to musi być doświadczenie tak bardzo uskrzydlające i utwierdzające kobietę w jej własnej sile, że można z niego czerpać do końca życia. Pozwala bowiem podchodzić do wszystkich kolejnych życiowych wyzwań z dużym dystansem i poczuciem skuteczności.
Też chcę się przekonać o swoim kobiecym potencjale. Dam radę. Odnajdę w sobie potrzebą siłę.
I będę z siebie dumna!
fot.www.strenghttrainingtechniques-npt.com
fot.www.byebyewaistline.wordpress.com
niedziela, 3 listopada 2013
Wyprawka na porodówkę - pomijany element
Niespodziewany telefon od bliskiej znajomej, która we wrześniu tego roku urodziła swoje pierwsze dziecko, był tym, czego - jak się okazało - było mi bardzo trzeba. Zwłaszcza, że nastrój 1-listopadowy jeszcze mnie trochę trzymał, więc dobrze, że wybiła mnie z myślenia o przemijaniu na rzecz myślenia o ... oczekiwaniu.
Opowiedziała mi o tym, jak jej znajoma - kobieta w wieku jej matki, wpłynęła na jej nastawienie w ciąży, dzięki czemu zamiast histeryzować zdecydowała się na poród siłami natury i bardzo sobie tą decyzję chwali.
Mówiła z taką pasją, że uwierzyłam, że poród był dla niej rzeczywiście niezwykłym przeżyciem. "Wystarczy słuchać swojego ciała i reagować zgodnie z tym, czego ono się domaga, a wszystko pójdzie gładko".
Ubolewała, że służba zdrowia i większość szkół rodzenia nie ma w swoich programach zajęć związanych z nastawieniem psychicznym. Że nie wyposaża się kobiet w "wyprawkę", którą powinny mieć ze sobą na porodówce, tyle że w głowie. A im lepsze nastawienie do rodzenia, tym mniejszy ból, tym większa radość spotkania z dzieckiem. Dlatego szkoda, że rola psychiki u rodzących jest wciąż traktowana po macoszemu. "Marzy mi się, żeby prowadzić takie zajęcia w ramach szkoły rodzenia, które będą przygotowywać kobiety do porodu właśnie z uwzględnieniem psychiki" - dodała na koniec.
To była dla mnie bardzo budująca rozmowa. Uświadomiła mi, że moje dotychczasowe wyobrażenia o porodzie są jedynie takie, że to zło konieczne. Tym samym zamykam się na inne aspekty tego doświadczenia, takie które być może dla kobiety są bardzo ubogacające. Nie wiem tego na pewno, ale z wypowiedzi znajomej wybrzmiewała jakaś tajemnicza moc. Jakby dostąpiła czegoś wielkiego, czegoś nie do opisania. Czegoś, co warto przeżyć samemu...
Zyskałam coś jeszcze. Znajoma zaproponowała, że mogę do niej dzwonić w każdej ciążowej sprawie, zwłaszcza w chwilach, gdy dopadają mnie pesymistyczne myśli. Bardzo się ucieszyłam, choć mam nadzieję nie nadużywać tego "telefonu wsparcia".
fot.www.asklubo.com
Opowiedziała mi o tym, jak jej znajoma - kobieta w wieku jej matki, wpłynęła na jej nastawienie w ciąży, dzięki czemu zamiast histeryzować zdecydowała się na poród siłami natury i bardzo sobie tą decyzję chwali.
Mówiła z taką pasją, że uwierzyłam, że poród był dla niej rzeczywiście niezwykłym przeżyciem. "Wystarczy słuchać swojego ciała i reagować zgodnie z tym, czego ono się domaga, a wszystko pójdzie gładko".
Ubolewała, że służba zdrowia i większość szkół rodzenia nie ma w swoich programach zajęć związanych z nastawieniem psychicznym. Że nie wyposaża się kobiet w "wyprawkę", którą powinny mieć ze sobą na porodówce, tyle że w głowie. A im lepsze nastawienie do rodzenia, tym mniejszy ból, tym większa radość spotkania z dzieckiem. Dlatego szkoda, że rola psychiki u rodzących jest wciąż traktowana po macoszemu. "Marzy mi się, żeby prowadzić takie zajęcia w ramach szkoły rodzenia, które będą przygotowywać kobiety do porodu właśnie z uwzględnieniem psychiki" - dodała na koniec.
To była dla mnie bardzo budująca rozmowa. Uświadomiła mi, że moje dotychczasowe wyobrażenia o porodzie są jedynie takie, że to zło konieczne. Tym samym zamykam się na inne aspekty tego doświadczenia, takie które być może dla kobiety są bardzo ubogacające. Nie wiem tego na pewno, ale z wypowiedzi znajomej wybrzmiewała jakaś tajemnicza moc. Jakby dostąpiła czegoś wielkiego, czegoś nie do opisania. Czegoś, co warto przeżyć samemu...
Zyskałam coś jeszcze. Znajoma zaproponowała, że mogę do niej dzwonić w każdej ciążowej sprawie, zwłaszcza w chwilach, gdy dopadają mnie pesymistyczne myśli. Bardzo się ucieszyłam, choć mam nadzieję nie nadużywać tego "telefonu wsparcia".
fot.www.asklubo.com
czwartek, 3 października 2013
To wyjdzie naturalnie!
Znajoma fizjoterapeutka, z którą omawiałam ćwiczenia zalecane w ciąży, w znakomity sposób zakończyła swoją mini prelekcję:
"A co do samego porodu, nie ma co o nim za dużo myśleć. Trzeba podejść jak do zadania - zrobić i tyle. Po prostu nie ma innego wyjścia!"
Jakże spodobała mi się ta gra słów!
Takoż się właśnie będę do dziecka na porodówce zwracać: wychodź tędy, innego wyjścia nie ma :)
fot.www.dzidziol.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















