Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komunikacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą komunikacja. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 kwietnia 2014

Synuś, to Ty...?

Jak najprościej sprawdzić, czy ból w dole brzucha jest wywołany skurczem (na przykład przepowiadającym) czy to jedynie efekt kopniaka, jakim potraktowało mnie dziecko w pęcherz?

Odpowiedź brzmi: zapytać malucha!

Zwracam się więc do brzucha: "Synuś, to Ty?". Po chwili dostaję odpowiedź-kopniaka w inne partie brzucha, dzięki czemu wiem, że dziecko się właśnie uaktywniło i to ono dostarcza mi bodźców bólowych. 

:)

... nie ma to jak potęga matczynej wyobraźni hehe :)


fot.www.polskieradio.pl

wtorek, 7 stycznia 2014

Gdy wzrokiem wodzisz, a on zawodzi

Obejrzałam dziś film "Motyl i skafander". Niesamowity! Mam nadzieję, że poniższym tekstem nie zdradzę aż tylu szczegółów, żeby zepsuć wrażenia tym, którzy dopiero mają w planie go zobaczyć. 

Niespodziewanie film otworzył mi oczy na kilka spraw. Tak, oczy :)

Więcej niż optyka

W trakcie oglądania pomyślałam, że człowiek mający do kontaktu ze światem jedynie powiekę, jest jak małe dziecko, które do komunikacji wykorzystuje głównie swój płacz. Tylko tyle i aż tyle. Wszystko zależy od czasu, uwagi i cierpliwości jaką rodzic poświęci aby skutecznie odbierać sygnały dziecka i odpowiadać na jego potrzeby. Filmowy bohater pokazuje, że trening czyni mistrza, choć i jemu nie brak chwil zwątpienia i zniechęcania. 

Drugą analogię do dzieciństwa wypatrzyłam w... polu widzenia. Genialnie ujęcia operatora pozwalają widzowi oglądać świat okiem bohatera w jego nieruchomym ciele. Podobnie noworodek, który początkowo widzi bardzo słabo i na bardzo bliską odległość (najostrzej do 20-30 cm). To, czy zobaczy swoją matkę jest zależne wyłącznie od niej - musi ona podejść wystarczająco blisko i pochylić się nad maluszkiem. W filmie świetnie pokazano taką samą zależność bohatera od otoczenia - gdy któryś z odwiedzających go gości stanął w niewłaściwym miejscu, bohater widział tylko jego tors, albo rękę, choć tamten był przekonany, że spokojnie obejmuje wzrokiem całą sylwetkę. 


Odkrycia nie-oczy-wiste

Pewnie gdybym oglądała ten film przed ciążą, nie przyszłyby mi do głowy takie refleksje i porównania. Ale obejrzałam teraz i nasunęły mi się, zdumiewając jednocześnie, że jestem w stanie zdobyć się na spojrzenie na świat z innej perspektywy. Tym samym jeszcze bardziej dotarł do mnie fakt, że dziecko jest istotą absolutnie bezbronną i zagubioną w pierwszych chwilach życia. Płacze nie dlatego, żeby zrobić rodzicom na złość, albo dlatego, że chce zasłużyć na miano najbardziej rozwrzeszczanego bachora w okolicy, ale dlatego że na przykład nie widzi mamy, chociaż ją słyszy. 


Szczerze powiedziawszy jest to dla mnie fascynujące odkrycie. I nie chodzi mi wcale o zrozumienie dziecięcego języka. Chodzi o ulgę jaką poczułam w chwili, gdy zdałam sobie sprawę, że jestem w stanie spojrzeć na dziecko w taki sposób. Bo to dla mnie wcale nie było oczywiste, że wraz z narodzeniem się małego będę od razu tak wspaniale empatyczna. Przeciwnie, obawiałam się czasem, że częstotliwość, z jaką dziecko potrzebuje mamy będzie o wiele większa, niż moja potrzeba kontaktu z nim. Albo że będę reagować złością, zamiast wyrozumiałością, gdy po raz enty mnie przywoła, a ja tylko zagryzę wargi myśląc "o co ci znowu chodzi, człowieku?!".

Film polecam każdemu, bez względu na to, na jakim etapie życia się znajduje. Nigdy nie wiadomo, jakie skojarzenia wywołają w widzu przedstawione obrazy. Może jeszcze dla kogoś film będzie czymś więcej, niż tylko historią tego konkretnego człowieka...?  
  

fot.www.rozmowywtoku.tvn.pl

fot.www.lesstravelledblog.wordpress.com

poniedziałek, 7 października 2013

Trzeba, muszę -> chcę!

Po rozważaniach na temat komunikacji lekarz-pacjent pora na krytyczniejsze przyjrzenie się własnym komunikatom. Nie tylko tym adresowanym do innych, ale również do siebie samej. Tym drugim może nawet poświęcę więcej uwagi.

Zainspirowana psychoonkologią i wagą, jaką w procesie zdrowienia przykłada się do semantyki, uznałam że ciąża jest znakomitym okresem w życiu, aby ową semantykę nieco uzdrowić. 

Lepiej zapobiegać niż leczyć

W przeszłości już wielokrotnie zastanawiało mnie, dlaczego praca nad sobą, jaką wykonują osoby chore na raka, nie jest rutynowo przepisywana na receptę wszystkim nam w ramach profilaktyki. Jeśli udowodnione jest, że zmiana sposobu myślenia w znaczący sposób wpływa na samopoczucie psychiczne i sprzyja zdrowieniu, to stosowanie tych technik powinno służyć też utrzymaniu dobrego stanu zdrowia. 

Choroba najczęściej jest sygnałem, że dotychczas robiliśmy coś, co nie było dla nas zdrowe. I dopiero po usłyszeniu diagnozy lokalizujemy ten słabszy obszar życia aby wprowadzić niezbędne modyfikacje celem przywrócenia równowagi. A gdyby tak już teraz, właśnie gdy jesteśmy w pełni zdrowi, wprowadzić pewne zmiany po to, by zdrowie zachować jak najdłużej? 

Słowa mają wielką moc. Tyle, że nie zawsze zdajemy sobie sprawę, co to dokładnie oznacza. Słowa wpływają na nasze emocje i naszą fizjologię. To dzięki nim tworzymy obraz otaczającego nas świata, innych ludzi i nas samych. Służą nam do opisu zjawisk, stanów uczuciowych, doznań zmysłowych, przedmiotów. Mogą inspirować, albo podcinać skrzydła. Mogą sprzyjać zdrowieniu i mogą zabijać. 

Zdrowa semantyka nie opiera się na zasadach poprawnej polszczyzny, słodko propagowanej przez profesora Miodka. Jej podstawą jest zdrowe myślenie, a ono z kolei opiera się na faktach - i tym różni się od myślenia pozytywnego czy negatywnego. 

Jak się okazuje, popularne myślenie pozytywne wcale nie jest dla nas najzdrowsze. Podejście do śmiertelnej choroby w stylu "na pewno wyzdrowieję" albo "muszę wyzdrowieć" nie sprawdza się. Po pierwsze nie jest zgodne z faktami (nikt nie ma gwarancji wyzdrowienia), po drugie niesie w sobie przywiązanie do rezultatu. Osoby myślące zdrowo powiedzą "mogę wyzdrowieć", co oznacza, że wierzą, że mają szansę na powrót do zdrowia i wiedzą, że mają wpływ na swoje leczenie. Jednocześnie nie przesądzają wyniku. 

Z tą filozofią zapewne nie zgodzą się różni guru sukcesu, propagujący myślenie życzeniowe i afirmowanie pożądanych stanów. A co daje osobom chorym praktykowanie takiego sposobu myślenia i werbalnego wyrażania myśli? 

Zapłacić podatki i umrzeć

"Muszę wyzdrowieć", tak jak każde inne "muszę" kojarzy się z dużym wysiłkiem, z robieniem czegoś, na co nie ma się ochoty, z czymś narzuconym z zewnątrz. Uczeń, który musi odrobić zadanie, niechętnie się za nie zabiera. Ale gdyby tylko chciał je odrobić...podszedł by do tego obowiązku z zupełnie inną energią, potraktował by je jako wyzwanie, a może nawet ciekawe zajęcie. Stałoby się tak tylko dlatego, że nasz mózg zupełnie inaczej interpretuje polecenia "muszę coś zrobić" niż "chcę coś zrobić". Zdrowe myślenie zakłada, że w życiu tak naprawdę niewiele rzeczy "musisz". Większość spraw do załatwienia jest wyborami, dlatego nie ma sensu nadmiernie stresować się przymusem, jeśli o wiele sprawniej będziemy funkcjonować chcąc coś robić. Czyli gdy potraktujemy siebie po dobroci. 

Pamiętam, jak na jednym z warsztatów z komunikacji inter- i intrapersonalnej trenerka do znudzenia korygowała wypowiedzi uczestników, twierdzących, że mają tak wiele "musów" na głowie (muszę iść tam i tam, muszę załatwić to i tamto). "Musisz czy chcesz?" - prosiła o doprecyzowanie. W końcu, udając zniecierpliwioną, powiedziała: "Jedyne co musisz, to zapłacić podatki i umrzeć - cała reszta jest dowolnością". 



Nazwij rzeczy po imieniu...

Do dziś, gdy przytłacza mnie jakiś przymus, przypominam sobie o tych nieszczęsnych podatkach i lekko rozbawiona próbuję przeformułować swoje zniechęcające zdania-polecenia. A w ciąży całkiem ich sporo. No bo muszę się dobrze odżywiać, muszę się wysypiać, muszę ćwiczyć, muszę na siebie uważać...

Weźmy ten pierwszy przykład - muszę się zdrowo odżywiać. Naprawdę muszę? Oczywiście że nie. Ale chcę. Bo to dobre dla mnie i dziecka. Zatem gdy do przygotowywania posiłków podchodzę z nastawieniem "chcę ugotować obiad", to od razu chętniej się tym zajmuję, niż gdy myślę "muszę ugotować obiad". A że nie przepadam za gotowaniem, to zmiana z "muszę" na "chcę" robi w mojej głowie ogromną różnicę.

Innym "musizmem" jest codzienne wklepywanie kremu przeciw rozstępom. Na początku było to dla mnie dość uciążliwe, bo przed ciążą balsam do ciała po kąpieli wklepywałam dość nieregularnie. A teraz zależy mi, żeby robić to codziennie. Więc tak naprawdę chcę to robić, choć niejednokrotnie nie mam na to ochoty (bo np. jestem zmęczona albo zwyczajnie nie chce mi się wykonywać kolejnego zabiegu pielęgnacyjnego w czasie wieczornej toalety). Ale faktem jest, że wcale nie muszę. Nikt mnie nie zmusza, jest to moja własna inicjatywa. 

...a zmienią się w oka mgnieniu

Słowa mają wielką moc. Wie o tym każdy marketingowiec, polityk, komik, psycholog etc. Tak naprawdę każdy z nas może korzystać z dobrodziejstwa słownika i dobierać najbardziej adekwatne pojęcia do opisu sytuacji. Takie, które są oparte na faktach, są wspierające, które mózg łatwo zinterpretuje w optymalny sposób i przetworzy na właściwe działania.

Dlatego warto "robić" zamiast "próbować" (próbowanie nie jest żadnym działaniem), a zamiast wykręcać się "brakiem czasu" przyznać, że przeznaczamy czas na inne ważne dla nas sprawy. Możemy wzbogacać nasze życie o "cenne doświadczenia" zamiast "ponosić porażki", a "problemy" zastąpić "wyzwaniami". 

A teraz muszę iść spać :) Wcale nie chcę, ale oczy same... Rozumiecie, nie chcę, ale muszę :) 

(i nauka poszła w las! ;p)


fot.www.cincibility.wordpress.com
fot.www.runnersworld.com

niedziela, 6 października 2013

Lekcja komunikacji

Dziś dzwoniłam umówić się na badania prenatalne. Przed tym terminem mam się spotkać z moim lekarzem prowadzącym, aby "upewnić się, że ciąża nie jest obumarła". No tak, zanim wydam te kilkaset złotych, lepiej mieć pewność, że wszystko jest w porządku. To dla uniknięcia ewentualnych rozczarowań, bo przecież ciąże obumarłe na tak wczesnym etapie się zdarzają. 

Zastanawiam się, czy jest jakaś dobra forma przekazywania ludziom pesymistycznych wiadomości. Mogłoby się wydawać, że złe wieści to zawsze złe wieści, niezależnie od formy. Ale czy na pewno? Czy nie inaczej odbiera się komunikat: "chcemy potwierdzić, że dziecko rozwija się prawidłowo" niż "chcemy sprawdzić, czy nie ma wad genetycznych"? 

W większości przypadków odbiór jest zależny od wrażliwości odbiorcy, ale przecież nie bez znaczenia jest też forma przekazu. Oczywiście są sytuacje, takie jak informowanie rodziny o śmierci jednego z jej członków, w których żadne słowa nie brzmią dobrze. Jednak w przypadkach, w których sprawy nie są ostateczni przesądzone, dobór słów przez personel medyczny ma niebagatelne znaczenie. Mam tu na myśli przekazywanie informacji poprzedzających badania, na przykład mówiące o celu badania. 

Podszyte strachem 

Wiele moich koleżanek na badania prenatalne szło zestresowanych. No bo przecież chodzi o wykluczenie poważnych wad. Zwłaszcza, że badania wykonywane są w takim terminie, do którego według polskiego prawa dopuszcza się legalną aborcję. No i jak z taką świadomością ma sobie poradzić kobieta w ciąży? Skoro aborcja wchodzi w grę, to znaczy, że wynik badania może być zły. Ledwo się zdążyła przyzwyczaić do myśli że będzie mamą, a tu za chwilę może się okazać, że jednak nie??

Te wszystkie myśli w głowie ciężarnej nie są najbardziej pożądane z punktu widzenia jej komfortu psychicznego i nastawienia emocjonalnego. Wiadomo, że nie sposób wykluczyć wszystkich stresorów. Myślę jednak, że warto dołożyć wszelkich starań, aby komunikaty raczej utwierdzały przyszłe mamy w przekonaniu, że badania są rutynowe, a wszelkie komplikacje omawiać dopiero w konfrontacji z faktami, czyli wynikami badań. Jeśli w ogóle będzie taka konieczność.



Szklanka do połowy pełna

Takie są moje osobiste preferencje. Lubię się czuć potraktowana jak indywidualny pacjent. Nie potrzebuję wiedzieć, czy z moimi objawami mieszczę się w średniej i czy przebieg mojej ciąży jest taki, jak u np. 73% populacji. Statystyki nie sprawiają, że czuję się lepiej, zdrowiej, normalniej, pewniej. Tym, co odpowiada za moje dobre samopoczucie jest świadomość, że lekarz - znając te wszystkie statystyki - przekazuje mi informacje wyłącznie na mój temat. Jeśli jest wszystko OK, to nie muszę wiedzieć, jak jest u innych pacjentek, jaki jest procent poronień albo wystąpienia chorób genetycznych.

Chcę się w pełni cieszyć moją ciążą tak długo, jak długo mam ku temu powody. Dlatego, pomimo iż niestety już zasiano mi ziarno niepewności i obaw związanych z badaniami prenatalnymi, przez dwa najbliższe tygodnie oczekiwania postaram się tegoż ziarna przynajmniej "nie podlewać". 

Właśnie zdałam sobie sprawę, że zachowuję się trochę tak, jak pewna pacjentka onkologiczna. Do rozmów o jej stanie zdrowia upoważniła męża, który zamiast niej omawiał cały proces leczenia z lekarzami. Sama nie czytała nawet wyników badań, bo jak powiedziała: to by ją zabiło. Mąż miał za zadanie przekazywać jej tylko takie fakty, które były choć trochę pozytywne i dawały nadzieję. Cała reszta, w tym rokowania, zupełnie jej nie obchodziły.

To się nazywa wyparcie doskonałe! 


fot.www.candornews.com
fot.www.miastokolobrzeg.pl
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...