Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emocje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą emocje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 maja 2014

Jak urodzić, nie zwariować i jeszcze się pośmiać

Rzadko zdarza mi się oglądać dwa razy ten sam film, zwłaszcza w krótkim odstępie czasu. Jednak gdy zobaczyłam zapowiedź "Jak urodzić i nie zwariować", wiedziałam, że muszę go znów zobaczyć! 

Pierwszy raz widziałam go około roku temu - a więc jeszcze przed ciążą. I mimo, że była to komedia, w wielu momentach wcale nie było mi do śmiechu. Ba, wiele scen wyraźnie mnie drażniło. No bo po co pokazywać te biedne ciężarne kobiety w tak wstydliwych sytuacjach? Po co sceny z niekontrolowaną fizjologią, albo darcie się na porodówkach? Nie tylko mnie to nie śmieszyło, ale wręcz zniechęcało. 

Po drugiej stronie barykady

Powtórne oglądanie przyniosło całkowicie przeciwstawne reakcje. Po przebytej ciąży i porodzie, gdy już na własnej skórze doświadczyłam wielu sytuacji przedstawionych w filmie, komedia wydała mi się pierwszorzędna! Boki zrywałam patrząc na bohaterki i przypominając sobie siebie w różnych bardziej i mniej poradnych akcjach z brzuchem w roli głównej.  

I tak oto punkt widzenia zależy od punktu siedzenia :) 


fot.www.gandalf.com.pl

czwartek, 13 lutego 2014

Kryzys nad łóżeczkiem

Gdy weszłam dziś do pokoju, w którym stanęło skręcone właśnie przez męża piękne, białe łóżeczko dla naszego dziecka, zareagowałam... delikatnie mówiąc - nieadekwatnie. 

W jednej chwili rozpłakałam się tak rzewnie, że przez dobre pół godziny nie umiałam się uspokoić. Ze wzruszenia? Nie, niestety nie. 


Z rozpaczy, paniki, poczucia braku odwrotu, bezsilności, nieporadności, nieprzygotowania, niedojrzałości, lęku, przejęcia... i chyba jeszcze wielu innych emocji. 


Zaskoczyło mnie to, bo jestem już za półmetkiem ciąży, zakup łóżeczka poprzedzało wiele innych zakupów dla dziecka, wydawało mi się, że jestem oswojona z faktem powiększenia rodziny i byłam przekonana, że się szczerze na to cieszę! A jednak dopiero widok tego łóżeczka, jak żaden inny, uświadomił mi, że to się dzieje naprawdę. 


Matematyka, czy synergia? 

Wiem, wiem - brzmi to trochę tak, jakbym nie miała pojęcia, na co się zdecydowałam. Ale dokładnie tak się czułam w tamtej chwili! Nagle uprzytomniłam sobie, jaka to wielka odpowiedzialność być rodzicem i zwyczajnie wystraszyłam się, że nie podołam.


Dlaczego akurat łóżeczko było takim aż silnym wyzwalaczem skrajnych emocji? Trudno powiedzieć. Może czym innym jest gromadzić rzeczy dla malucha "gdzieś tam", a czym innym wnosić je do sypialni, czyli miejsca, która dotąd było wyłącznie moim i męża terytorium? Obstawiam, że nie jest to bez znaczenia. Poza tym na dzień dzisiejszy nie wiem jeszcze, w jaki sposób przeobrazi się nasza rodzina. 2+1? Kompletne 3? A może 1+1+1? I ta niepewność też budzi strach przed nowym i chęć trzymania się tego, co znane... 

Po całej tej "szopce", którą odstawiłam, jest mi trochę głupio. I choć wiem, że niepotrzebnie (taka labilność emocjonalna jest w ciąży normalna i nie ma się czego wstydzić), to jednak wolałabym, żeby nie zdarzało mi się to częściej. Jednak realistycznie patrząc, są spore szanse na powtórkę z rozrywki już niebawem, w połogu. To dopiero będzie jazda!


fot.www.ceneo.pl
fot.wwwm.malzenstwo.info.pl 

wtorek, 21 stycznia 2014

FAQ: ciąża

Do najczęściej zadawanych pytań kobietom w ciąży należy wiele takich, które zdaniem samych zainteresowanych niekoniecznie powinny paść. Podobnie ze spontanicznymi komentarzami naszych rozmówców. 


Oto kilka przykładowych: 

- Kto jest ojcem?
- Wolno ci to jeść/pić?
- Mogę dotknąć (brzucha)?
- Planowana ciąża?
- To będziecie się jeszcze starać o dziewczynkę/chłopca, prawda?
- Ojejku, nie cierpię tego imienia!
- Ciąża w tym wieku...
- Ah te szalejące hormony...
- Od razu widać, że będzie dziewczynka!
- Boisz się porodu?
- To na pewno nie będą bliźnięta?
- Rozwiązanie już za chwilę, prawda?
- Ile przytyłaś?
- Będziesz karmić piersią?
- Jakie masz smaki w ciąży?
- Planujesz następne dzieci?
- Będziesz rodzić naturalnie?
- Jak się czujesz?

Na szczęście nie zadano mi, jak do tej pory, jeszcze wszystkich pytań z tej listy (wszystko przede mną), ale kilka szczególnie zapadło mi w pamięć.  

Duże zainteresowanie wzbudzają moje dodatkowe kilogramy. Nie wszyscy spodziewają się odpowiedzi jakiej udzielam (podaję bez ściemy ile mi przybyło), być może dlatego, że przy wzroście 175 cm całkiem równomiernie mi się ta nadwyżka rozłożyła. Poza tym mam kształtny, okrągły brzuszek, którego nie można pomylić z "oponką" i nadwagą. Może dlatego pytanie nie jest dla mnie szczególnie denerwujące. 

Pytaniem, czy boję się porodu, zastrzeliła mnie znienacka moja przyjaciółka (!). Strasznie mnie tym wyprowadziła z równowagi, bo było to jeszcze w pierwszym trymestrze. O co jej chodzi?? - zastanawiałam się. - Ja się cieszę początkami ciąży, a ona mi tu brutalnie uświadamia, jaki będzie finał tej całej przygody! 
Szybko jej jednak wybaczyłam, bo sama jeszcze nie rodziła, więc pewnie szczera ciekawość (i troska o mnie) wzięła górę.

Inna znajoma, widząc mnie po raz pierwszy w ciąży w okolicach 5-go miesiąca, zapytała z rozbrajającym uśmiechem: "masz świnkę?". Jasne - pomyślałam - gdybym miała świnkę, to raczej byłabym właśnie w drodze do lekarza, a nie na kawce z koleżanką. 
Osobiście nigdy nie uraczyłam żadnej znajomej ciężarnej tego typu komentarzem. Wychodzę z założenia, że każda ma w domu lustro i widzi, jak zmienia się jej ciało w ciąży. Niestety nie zawsze są to zmiany na lepsze, dlatego nie bardzo wiem, czemu miałoby służyć wypowiadanie takich stwierdzeń. Zwłaszcza, że kobiety w ciąży są dość wrażliwe na uwagi o swoim wyglądzie, na który niezupełnie mają wpływ. 

Po pytaniu, czy znamy już płeć (potwierdziłam, że tak), zostałam raz zapytana: "a co wolałaś mieć?". Co za idiotyczne pytanie?! Nie znam nikogo, kto spodziewając się dziewczynki przyznaje: wolałam chłopca, i na odwrót. A nawet jeśli w skrytości liczył na coś innego, raczej się do tego nie przyznaje. Jedyną odpowiedzią jaka mi się wtedy cisnęła na usta (na szczęście w porę ugryzłam się w język) było coś w stylu: oczywiście wolałam dziewczynkę i teraz się właśnie zastanawiam, co zrobić z tym chłopcem z mojego brzucha. 
Jak to mówią: głupie pytanie - głupia odpowiedź...

Im bardziej zaawansowana ciąża, tym częściej zdarzają się pytania o to, czy planuję poród naturalny (a jeśli tak, to czy rodzinny) i czy będę karmić piersią. Najczęściej odpowiadam, że jeszcze za daleko, żeby rozstrzygać, albo że spróbuję. Moja reakcja na tego typu pytania zależy w dużej mierze od tego, jak bliskie są mi osoby, które pytają. Najskuteczniejszą ze zbywających odpowiedzi jest zawsze: jeszcze nie wiem. 

Na zakończenie moje ulubione pytanie: "czy dajesz popalić mężowi?". W kominku? Owszem! - znów mi się ironiczny ton włącza. 
Nie wiem, jak jest u innych kobiet, ale wydaje mi się, że te opowieści o humorzastych ciężarnych są trochę przesadzone. Zgoda, jestem w ciąży bardziej emocjonalna, na przykład wzruszam się z błahego powodu, jednak nie wydaje mi się, żeby to jakoś strasznie uprzykrzało życie mojemu partnerowi. Ale mogę się mylić, dlatego dla pewności zawsze odsyłam ciekawych, żeby zapytali samego zainteresowanego. (Niech no ja się tylko dowiem, że ma w tym temacie inne zdanie...!! ;P)   

Przede mną ostatni trymestr. Ciekawa jestem, czy lista pytań do ciężarnej jeszcze się wydłuży :)


fot.www.visimobile.com
fot.www.rodzinko.pl
fot.www.kingletas.com

sobota, 21 grudnia 2013

Płacz na uniwerku

Tak bardzo podobała mi się przed laty baja "Potwory i spółka" (szczególnie bajer z jeżdżącymi drzwiami!!), że gdy zobaczyłam zapowiedź "Uniwersytetu potwornego", zasiadłam przed telewizorem w najlepsze i ... 

Nie, ja się nie nadaję! Przeryczałam całe zakończenie, jakby to był najbardziej łzawy melodramat! Wstyd się przyznać, ale dopóki mogę zwalić na szalejące hormony...

A jak mi tak zostanie i potem taki cyrk przy dziecku odstawię, to jak się wytłumaczę??

Ehh :) 
  

fot.www.coolturalny-tygodnik.blogspot.com

czwartek, 26 września 2013

Umowa na zastępstwo

Przyjście nowej osoby do firmy na rozmowę kwalifikacyjną wzbudziło moje skrajne emocje. 

Z jednej strony takie działania są naturalną koleją rzeczy, z drugiej strony trochę zdziwił mnie fakt, że z takim wyprzedzeniem o tym pomyślano. Choć właściwie słusznie, bo w ciąży trudno mi zadeklarować pełną frekwencję, gdy nie jestem w stanie przewidzieć, jak się będę czuła za tydzień. I patrząc na sytuację z punktu widzenia pracodawcy wszystko jest w najlepszym porządku...

ALE...

... nie powiem, żebym w pierwszej chwili poczuła się z tym wspaniale. Patrzę na kandydata na moje stanowisko i w tej samej chwili zdaję sobie sprawę, że niebawem życie firmowe będzie toczyło się już beze mnie! 

Na jakąś chwilę zrobiło mi się z tą myślą nieznośnie smutno. Moje obowiązki przejmie ktoś inny, w mailach wysyłanych z adresu firmowego będzie widniało już inne nazwisko, klienci usłyszą w słuchawce inny głos. Zniknę i może już wkrótce nikt nie będzie pamiętał, że byłam członkiem tej załogi...

Przypomniałam sobie, że strasznie się bałam nadejścia tej chwili. 

Przygotowywałam się na nią mentalnie, ale emocje nie nadążyły. Wprawdzie tylko na chwilę, ale jednak, ogarnęło mnie uczucie utraty czegoś ważnego. Oczywiście zracjonalizowałam sobie, że to przecież chwilowa przerwa, no i przede wszystkim jeszcze nie teraz, tylko pewnie w ostatnim trymestrze. Poza tym - upominałam sama siebie - nie mogę myśleć w taki sposób, bo to by oznaczało, że dziecko coś mi odbiera. - Bzdura. Mogę myśleć co chcę i jak chcę - toczył się w mojej głowie monolog wewnętrzny, a ja miałam wrażenie, jakbym na jednym ramieniu miała aniołka, a na drugim diabełka.  

Ważne i ważniejsze

Ostatecznie dałam sobie prawo do myślenia w taki sposób, jaki chcę. Nawet jeśli nie brzmi to zbyt dobrze. Jakoś przetrawię całą tą sytuację. Jednocześnie obiecałam sobie, że to jest ostatni raz, kiedy pozwoliłam się opanować przez smutek czy tęsknotę za rzeczami związanymi z pracą. Podobnie jak postanowiłam nie zamartwiać się tym, jak będzie wyglądał mój powrót do pracy po urlopie macierzyńskim. 

Nie mam wpływu na bieg pewnych spraw, ale na pewno mam wpływ na to, jak przeżyję tą ciążę. I właśnie teraz jest czas na skupienie się na sobie i dziecku. 

Nie jestem niezastąpionym pracownikiem, ale mogę być niezastąpioną matką dla mojego dziecka. Już jestem. Dlatego nie mogę zmarnować tego czasu na zmartwienia! 


www.meblebiurowe-info.pl

niedziela, 1 września 2013

Ja jestem! :)


"To moje pierwsze godziny
Jestem najmłodsze z całej rodziny
Jestem jak małe ziarenko 
Czuję, że żyję, urosnę wam prędko

Ja jestem
Ja czuję 
Ja żyje 
moje serce bije!

To moje pierwsze tygodnie
U mamy pod sercem jest mi wygodnie
I czekam z radości już skacze
Kiedy was w końcu wszystkich zobaczę

Moje serce już dawno bije
Dziękuje ci mamo za to że żyję
Moje serce już dawno bije
Dziękuje ci tato za to że żyję"


Ta właśnie piosenka Arki Noego zaczęła mi się odtwarzać w głowie chwilę po tym, jak zobaczyłam na monitorze u ginekologa małą fasolkę w moim brzuchu. 

Naprawdę tam jest!
Małe pulsujące serduszko w niewielkim pęcherzyku! 

Choć czekałam na tą chwilę kilka tygodni, spodziewając się potwierdzenia ciąży, to jednak zaskoczenie było ogromne. Właściwie nie potrafię znaleźć odpowiednich słów, żeby to opisać, więc nawet nie próbuję. 

W zamian zostawiam Was z utworem "Ja jestem". Mam nadzieję, że link działa - niestety nie jestem w stanie sama tego sprawdzić, bo każdorazowo wzrusza mnie do łez i potem pół godziny ryczę jak bóbr...  

>> Arka Noego "Ja jestem" 













fot. źródło własne

sobota, 31 sierpnia 2013

(Nie)dozwolone emocje w ciąży


Która kobieta w ciąży nie słyszała choć raz: "teraz nie powinnaś się stresować"? Czasami obserwowałam, jak niektóre moje koleżanki w stanie błogosławionym były przez swoich bliskich izolowane od wszelkich czynników zewnętrznych, tak na wszelki wypadek. Nie podnoś, nie dotykaj, nie idź, nie jedz, nie denerwuj się, nie wsiadaj do samochodu. Czekałam tylko, aż komuś się z rozpędu wyrwie: nie oddychaj... 

Jakkolwiek cała ta troska jest zrozumiała, to jednak i tu wskazany jest rozsądek i umiar. Poza tym tak naprawdę nie nad wszystkim sprawujemy kontrolę. Bo czy jesteśmy w stanie uchronić się przed dopływem różnego rodzaju bodźców, tak z zewnątrz jak i z wewnątrz? Trzeba przecież pamiętać, że sami możemy być dla siebie nie mniejszym zagrożeniem, gdy pokierujemy swoje myśli w niewłaściwych kierunkach. Z kolei bodźce zewnętrzne zwykle najpierw musimy "przyjąć na klatę", a po chwili dopiero jesteśmy w stanie je zinterpretować i odpowiednio zareagować. Albo i niezupełnie adekwatnie. 

Na palecie barw i odcieni

Dobiegający końca sierpień dla mnie obfitował w mieszankę skrajnie ekstremalnych przeżyć i emocji. Rozpoczął się niesamowitą przygodą wakacyjną połączoną ze staraniami o dziecko, a zakończył pogrzebem mojej ukochanej Babci. Najpierw cieszyłam się ciepłem słońca i bliskością mojego mężczyzny, a kilka dni później połykałam łzy w hospicjum. W tak zwanym międzyczasie dowiedziałam się szczęściu przyjaciółki, która wkroczyła w nowy związek oraz smuciłam z kolegą, któremu zmarła żona (moja rówieśnica!). Dołączyłam do osiedlowej grupy nordic walking, poznałam nowe sąsiadki. Mnóstwo powodów do radości, dużo śmiechu, więc i we krwi więcej endorfin. Cieszyłam się informacją przyjaciółki o zajściu w ciążę po dwóch latach starań, a niedługo później dowiedziałam się o poronieniu przez inną znajomą. Aż trudno uwierzyć, że aż tyle "danych" spłynęło do mnie w ciągu zaledwie miesiąca. Do tej mieszanki emocji dochodziła jeszcze moja ciągle nieśmiała radość połączona z niepewnością, czy ciąża się utrzyma. 


Czy mogłam tego jakoś uniknąć? Świadomie nic nie robiłam w kierunku blokowania dopływu negatywnych informacji. Pamiętam, że ktoś z rodziny zapytał, czy na pewno chcę iść na pogrzeb i czy to aby nie za silne dla mnie emocje, teraz - w moim stanie. Nie zastanawiałam się nad tym wtedy. Nie wyobrażałam sobie nie pożegnania się z Babcią, więc poszłam. Smutek i żal przeżywałam ogromny, ale przynajmniej wylany. Nie tłumiłam łez, nie zaprzeczałam rodzącym się emocjom. Inaczej nie mogłabym przejść przez kolejne etapy żałoby, które ostatecznie prowadzą do akceptacji sytuacji. 

Pokrzepiałam się tym, że coś się kończy, ale coś się zaczyna. Nowe życie we mnie...
"To nie rzeczy nas smucą, ale sposób w jaki je widzimy" (Epiktet)
Choć bywa to trudne, to ostatecznie ja decyduję, czy zwrócę się ku radosnej, czy smutnej stronie życia. Mam wpływ na interpretację zdarzeń wokół mnie, na moje przekonania, a w dalszej konsekwencji również na emocje, jakie we mnie wzbudzą. To trudna sztuka - dobierania takich przekonań, które nas wzmacniają, a nie osłabiają. Ale jej opanowanie owocuje umiejętnością radzenia sobie z trudnymi emocjami, czasami nawet zanim jeszcze się pojawią. Dlatego ja chętnie popracuję nad sobą w tym zakresie. Dla siebie, dla moich bliskich, dla mojego dziecka. 


fot.www.lakatwalk.com
fot.www.hdwallpapers.in
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...