Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czas. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 sierpnia 2014

Happy hours

"Happy hours" - czas liczony od położenia dziecka spać do jego pierwszej nocnej pobudki. 

To taki bonus w ciągu doby, że aż nie wiadomo czym się nagle zająć! :)

Czas - start!


fot.www.winezja.pl

sobota, 12 lipca 2014

Przyjdzie taki czas...

Właśnie odbyłam rozmowę ze znajomą, która postanowiła mi uświadomić, że moje własne dziecko, a "dziecko książkowe", to dwoje różnych dzieci. 

Innymi słowy mam się absolutnie nie martwić wszelkimi odstępstwami od poradnikowych tabelek, bo każde dziecko dojrzewa w odpowiednim dla siebie czasie. Jeśli wyczytam, że w n-tym miesiącu życia dziecko powinno umieć to i tamto, to w przypadku mojego synka może to być tydzień później, albo wcześniej - i to też mieści się w normie. 

Na wszystko przyjdzie czas.


fot.www.leczenie-objawy.pl

wtorek, 20 maja 2014

Powierzchowny wpis na czasie

Od zawsze imponowały mi zadbane mamuśki. Bezwzględnie. Takie, które nie chodzą w powyciąganym dresie, poplamionych zaschniętym mlekiem koszulach i nieumytych włosach. I gdzieś po cichu liczyłam na to, że i mnie uda się w miarę utrzymać fason. Może nie od pierwszych dni bycia mamą, czy może nawet tygodni, ale że gdzieś po drodze załapię dobry rytm i będę o siebie dbać. 

Weryfikacja postanowień przyszła szybko. Pierwszego dnia po wyjściu ze szpitala mój własny wygląd był ostatnią rzeczą, jaka mi chodziła po głowie. Kilkadziesiąt kolejnych godzin spędziłam prawie wyłącznie z dzieckiem na rękach, nie wychodziłam więc ani z pokoju, ani ... z piżamy. Mój dzień i noc zlewały się w jedno, bo na okrągło albo karmiłam młodego albo przewijałam albo spałam, gdy on zasypiał. Dlatego zwyczajnie nie opłacało mi się przywdziewać innych niż sypialniane ubrań. Jedynymi okazjami do wyjścia z pokoju, ale i koniecznością, były wizyty w toalecie. Trwały one jednak na tyle krótko, że nie zdążyłam nawet zerknąć w lustro. Chociaż kto wie, może i zerkałam odruchowo przy myciu rąk, ale widocznie nie zakodowałam własnego odbicia, bo oczy miałam na wpół zamknięte (lub na wpół otwarte?).


Makijaż ze strachu

Muszę przyznać, że człowiek się jednak szybko adaptuje do nowych warunków. Błyskawicznie opanowałam przemieszczanie się po mieszkaniu po omacku, ale też wkrótce przejrzałam na ciągle przemywane zimną wodą oczy. 

Gdy tym razem rześkim okiem spojrzałam w lustro, wystraszyłam się nie na żarty. To teraz tak będę wyglądać przez całą dobę? Przez tydzień non stop, a może miesiąc? Wykluczone. Niezwłocznie postanowiłam, że począwszy od kolejnego poranka nie tylko ubiorę się jak człowiek (odzienie dzienne), ale też wykonam makijaż. Wprawną ręką zajmuje mi to zwykle kilka minut, więc z pewnością dziecko nie ucierpi z powodu długiej rozłąki z mamusią. 

Przypomniałam sobie też słowa kuzynki, że przy pierwszym dziecku z trudem znajdowała czas, żeby wymyć zęby (sic!). Utwierdziło mnie to tylko w przekonaniu, że jeśli sama sobie czasu dla siebie nie wezmę, to dziecko mi go dobrowolnie z pewnością nie odda.

Gwoli ścisłości dodam, że moja blada twarz bez makijażu wcale nie była tym, co przeraziło mnie najbardziej. Przy ogromie zmęczenia, bólu i oszołomienia było to naprawdę mało istotne. Jeszcze w ciąży założyłam, że w okresie połogu daję sobie absolutnie taryfę ulgową i tyle czasu na dojście do siebie, ile będzie trzeba. Wystraszyłam się natomiast czegoś zupełnie innego.  

Tego mianowicie, że niepostrzeżenie przyzwyczaję się do takiego stanu rzeczy. Widząc już, że obowiązki związane z dzieckiem wypełniają niemal całą moją dobę, zdałam sobie sprawę, że chwila dla siebie może być bardzo kosztowna. Istniało więc realne ryzyko, że nawet jeśli znajdę odrobinę czasu, to mogę już nie mieć siły, czy nawet ochoty. I to nie była optymistyczna perspektywa. 

Jedyne, co wydawało mi się w tamtej chwili rozsądne, to potraktować ubieranie się + makijaż jako taką samą konieczność, jak załatwianie potrzeb fizjologicznych. Na zasadzie: wchodzę do łazienki i robię. Bez zastanawiania się, czy mogę sobie pozwolić na przedłużenie toalety o pięć minut. 

Człowiek czynu w pięć minut

To dość zabawnie, że musiałam iść ze sobą na aż tak poważny układ, skoro stawką jest jedynie kilka minut. Ale przy małym dziecku czas odlicza się właśnie w tych najmniejszych jednostkach czasu. Bo nigdy nie wiadomo, kiedy rozlegnie się ten dawno :) nie słyszany uroczy głos wzywający mamę. A po drugie siła woli naprawdę spada do zera, gdy na pokuszenie wodzi kilka minut drzemki... 

Tym, którzy ciągle nie rozumieją, dlaczego poświęciłam cały osobny wpis kwestii zaledwie kilku minut, spieszę wyjaśnić, iż załatwiłam sobie tym sposobem kilka spraw: 

-> Rutyna. Stały element każdego dnia. Codzienne dbanie o siebie, jak dotychczas (czyli jak "przed dzieckiem"). Na początku opornie i z wysiłkiem, ale szybo wchodzi w krew. 

-> Poczucie (a może tylko iluzja?), że mając dziecko nie trzeba rezygnować z siebie. Wiele mam powie, że o niczym takim nie ma mowy, ale ja wiem, że takie ryzyko istnieje. Wystarczy gorszy dzień, słabsza motywacja i bardzo łatwo sobie odpuścić. 

-> Gotowość do wyjścia. Gdy chcę wyjść z dzieckiem, sprawdzam tylko zawartość pieluszki i porę jedzenia, a nie opóźniam wyjścia z powodu mojego wybierania się. 

-> Otwartość na ludzi. Dzięki temu, że nie chodzę cały dzień w szlafroku, chętnie przyjmuję gości i nie ukrywam się za drzwiami, gdy muszę otworzyć kurierowi :) 

-> Dobry start - kilka chwil dla siebie wprawia od samego rana w dobry nastrój, więc i nastawienie na resztę dnia pozytywne. 


Bo zadowolona mama to zadowolone dziecko :) 


PS. Melodyjny epilog: >> Poparzeni Kawą Trzy - "5 minut"


fot.www.neolink.pl
fot.www.kobietawielepiej.pl

piątek, 24 stycznia 2014

Numer 1

Ostatnio uważniej przyglądam się rzeczom i aktywnościom, które pochłaniają mój czas i zdecydowałam, że pora już zwolnić tempo. Zgadzam się z opinią, że ciąża to nie patologia, jednak czuję, że jest to stan zbyt szczególny (dla mnie), zbyt ważny (dla rozwoju dziecka), zbyt krótki i ulotny, żeby traktować go jak każdy inny okres w życiu. 

Wejście w trzeci trymestr

Oczywiście praca i ciąża są do pogodzenia, ale dostosowanie miejsca pracy do własnych potrzeb pochłania całkiem sporo energii np. w moim przypadku chodziło o wygospodarowanie przerwy na regularne posiłki, częste wstawanie od biurka żeby się przespacerować (profilaktyka przeciwobrzękowa, przeciwżylakowa, przeciwbólowa itp). Jeśli do tego dodać jeszcze coraz częstsze problemy ze snem (ból kręgosłupa, powiększający się brzuszek utrudniający znalezienie wygodnej pozycji), to okazało się, że do pracy chodziłam coraz bardziej zmęczona, a czas wolny po pracy zamiast przeznaczać na chociażby ćwiczenia, musiałam poświęcić na regenerację i odespanie. Nie mówiąc już o tym, że poranne wstawanie po coraz słabiej przesypianych nocach stało się koszmarem, a paradoksalnie musiałabym wstawać jeszcze wcześniej, żeby się ze wszystkim wyrobić na moich zwolnionych obrotach. Ostatecznie kończyło się na pospiesznym jedzeniu śniadania, czasem na stojąco, by po chwili wsiąść w auto i dojechać (za) szybko do pracy. 

Poza tym zima tego roku okazała się tak łaskawa, że za każdym razem gdy wyglądałam przez okno w pracy i widziałam bezchmurne niebo, myślałam sobie: "hej mamuśka! dziecko z pewnością miałoby teraz większy pożytek ze spaceru po parku, niż z tego twojego siedzenia przed komputerem!". W praktyce spacer (czy nawet marsz z kijkami) zapewniałam sobie prawie codziennie, ale dopiero po powrocie z pracy, czyli niestety już po zmroku.


Długa lista priorytetów to brak priorytetów

Gdy położyłam na szali to, co kobiecie w ciąży potrzebne jest najbardziej, czyli dużo ruchu na świeżym powietrzu, ćwiczenia, wystarczająca ilość snu, relaks, zdrowe jedzenie (plus czas potrzebny na jego przygotowanie i spokojne spożycie), redukcja stresu, to okazało się, że doba jest jednak za krótka, żeby zmieścić w niej jeszcze pracę na pełny etat. Bo przecież w domu też czekają obowiązki i dodatkowe zajęcia. Jeśli jeszcze pod uwagę wzięłam fakt, że z każdym tygodniem jest mi coraz ciężej fizycznie, uznałam, że nie warto się tak forsować. Decyzja była więc prosta.

Ostatni dzień w pracy był dość specyficzny. Gdy zrobiłam porządek na biurku, aby przygotować miejsce pracy dla mojego zastępcy i przekazałam resztę niedokończonych spraw pozostałym pracownikiem, byłam już właściwie wolna. A jednak przez długi czas nie potrafiłam po prostu powiedzieć "cześć" i wyjść. Plątałam się jeszcze przez jakąś chwilę, jakbym na coś czekała. Chyba nawet wiem, na co. Na czyjeś zapewnienie, że będą na mnie czekać. Albo że mam szybko wracać, bo jestem im potrzebna. Nie, nikt nie zatrzymywał mnie w ten sposób. Poczułam ten znajomy rodzaj ukłucia, którego doświadczyłam przed kilkoma miesiącami, kiedy szukali pracownika na moje miejsce. I znów wróciły refleksje sprzed ciąży, że nie ma właściwie dobrego momentu na zrobienie sobie przerwy w CV. Że trudno zignorować poczucie, że coś mnie ominie. 

Z dzieckiem na spacer!

Jednocześnie wychodząc miałam poczucie, że to niezwykle ważna chwila. Zaczyna się nowy rozdział. Poczułam ekscytację na myśl, że nazajutrz obudzi mnie co najwyżej słońce, bo na pewno nie budzik. I zorganizuję sobie dzień tak, jak mi na to siły pozwolą. I pójdę na długi spacer w samo południe. Bez pośpiechu i bez zegarka! Może i nawet bez torebki (no to akurat muszę jeszcze dobrze przemyśleć ;p). Ale na pewno z dzieckiem! :)


fot.www.disneybaby.com
fot.www.onlinehorsebollege.com
fot.www.womenworld.org


wtorek, 14 stycznia 2014

Po co być ideałem?

Nie to, żebym była jakimś strasznym bałaganiarzem, ale do pedanta z pewnością mi daleko. W każdym razie jestem przekonana, że wielokrotnie oblałabym "test białej rękawiczki" przeprowadzony przez najperfekcyjniejszą panią domu w tym kraju. I cóż z tego?

Ot, tak mi się temat nasunął, gdy zastanawiałam się, jakich standardów czystości wymaga dziecko. Hmm, na pewno nie skrajnych. Czyli chyba mieszczę się w jakiejś normie. 

Po co o tym wspominam? Rozmawiałam niedawno ze znajomą na temat utrzymania w domu porządku. Obie uznałyśmy, że posiadanie zawsze wysprzątanego domu stanowi spore wyzwanie. Ciekawszym jednak wnioskiem było stwierdzenie, że żadnej z nas nie jest to specjalnie do szczęścia potrzebne. To znaczy lubimy mieć wszystko na swoim miejscu i dobrze czujemy się w czystym wnętrzu, ale niekoniecznie chcemy poświęcać temu zajęciu lwią część naszej doby. A skoro wypicowany dom nie znajduje się najwyżej w mojej hierarchii wartości, to po co zaprzątać sobie tym szczególnie głowę? 

Ano po to, że utarło się, że to kobieta dba o porządek w mieszkaniu i to na niej spoczywa ta przeogromna odpowiedzialność. To kobiety są chwalone za świetną organizację, za to, że jedną ręką mieszają zupę, a drugą odkurzają i tak dalej. I oddają się niektóre panie z prawdziwą satysfakcją tej wielozadaniowości, jakby chciały wygrać wyścig z kurzem. Tak jakby ilość powtórzeń tych samych ruchów szmatką miała sprawić, że to przebiegłe siedlisko roztoczy już nie powróci. A przecież zawsze wraca. 
"Nigdy nie ma wystarczającej ilości czasu, by zrobić wszystko, ale zawsze jest na tyle czasu, by zrobić to, co najważniejsze." (Brian Tracy)
Niestety wiele kobiet ciągle tłumaczy się, jeśli ma niewysprzątany dom. Mówią, że przy dziecku nie są w stanie wszystkiego ogarnąć, że brakuje czasu... A ja myślę, że czasu jest dokładnie tyle ile trzeba, po prostu są rzeczy ważne i ważniejsze, a wybór zawsze należy do nas. 

Przykładowo jeśli mam dziecko w wieku wymagającym najwięcej mojej uwagi, to dlaczego mam od siebie żądać, żeby tyle samo uwagi poświęcać o wiele mniej ważnym sprawom? To proste: doba jest ograniczona tak samo jak i moja energia, więc jeśli inwestuję ją w opiekę nad dzieckiem, to z czystym sumieniem pozwalam sobie na delikatne zaniedbania w innych dziedzinach życia. Nie muszę i nie chcę być ideałem. Bo i po co? 

Dziecko i tak rozliczy mnie z ilości czasu spędzonego z nim na zabawie, a nie z roboczogodzin przeznaczonych na sprzątanie. 


fot.www.sheknows.com

piątek, 3 stycznia 2014

Ambicje vs. możliwości

Jak co roku o tej porze, robię podsumowania, planuję i rewiduję. Tym razem jest o tyle łatwiej, że priorytet wyłania się sam i trudno go zignorować :)

Z jednej strony to dobrze, bo wiem, na czym się skupić. Z drugiej jednak nie mam w sobie pełnej zgody na to, że niektóre sprawy i pomysły będą musiały zaczekać. A będą musiały, bo nie wszystko da się pogodzić. To znaczy może i by się dało, ale koszty mogą być za duże. Nie chcę bowiem niedosypiać, czy jeść na stojąco, żeby z czymś zdążyć. 

Bo dziecko jest ważne

Wiem, że są kobiety, którym ciąża "nie ma prawa" zakłócić dotychczasowego życia i robią wszystko, żeby utrzymać niesłabnące zaangażowanie w różne projekty. I w moim przypadku dałoby się to zrobić. Zresztą działanie w tempie zawsze wychodziło mi na dobre, bo czas organizował się wtedy sam, niejako bez mojego udziału. Tyle że gdy nadchodził moment kryzysowy, czyli spadek sił, to tym z czego rezygnowałam w pierwszej kolejności było albo jedzenie albo ruch albo sen (lub wszystko na raz). A teraz świadomie nie chcę się tego pozbawiać. 

Gdy zaglądam w kalendarz wydaje mi się, że zostało jeszcze sporo czasu do rozwiązania. Ale też wcale nie ekstremalnie dużo. Za mną już prawie 2/3 ciąży i specjalnie nie garnę się do szykowania wyprawki, a może już najwyższy czas? Może warto ogarnąć pewne tematy właśnie teraz, kiedy ciągle mam sporo energii, niż czekać na koniec, kiedy nie wiadomo jak się będę fizycznie czuła? 

Bo ja jestem ważna 

Eh, jakoś nie przekonałam sama siebie. Z drugiej strony jak tak będę czekać na przypływ wielkich chęci, to mogę się nie doczekać. I trochę głupio wyjdzie, jak z czymś nie zdążę, bo się będzie nazywało, że na pisanie bloga miała czas, a na zajęcie się poważnymi sprawami już nie starczyło :)

Ok, biorę głęboki wdech i w ramach postanowień noworocznych obiecuję zainteresować się sprawami, którymi odpowiedzialny rodzic powinien się zająć. Wiem jednak, że dopóki podchodzę do sprawy na zasadzie "powinnam" zamiast "chcę", to niewiele z tego wyniknie. Taka jest prawda. Jeszcze nie chcę. Jeszcze nie czuję, że to najwyższy czas.


fot.www.glamki.pl
fot.www.ciazowy24.pl

sobota, 10 sierpnia 2013

Gra na czas

Czy w czasach, w których problemy z niepłodnością ma coraz więcej par, spodziewanie się zajścia w ciążę za pierwszym razem nie wydaje się przypadkiem naiwne? No jasne, że tak. Jednocześnie chęć wykonania testu i przekonania się była tak silna, że pierwszy wykonałam jeszcze przed terminem, w którym mógł coś wykazać. 

Oczywiście czytałam instrukcję, w której jak byk było napisane, że test daje wynik po upływie min. 6 dni od zapłodnienia. A tej daty przecież nie znam, bo skąd miałabym wiedzieć, po ilu dniach plemnik dopłynął? Mimo to coś mnie podkusiło, żeby jednak zrobić test. I co? Zawód. Na własne życzenie, ale jednak zawód. 

Właściwie dopiero wtedy zastanowiłam się jak to jest oczekiwać na dziecko. Osobiście jeszcze nie odczuwam żadnej presji, bo jestem na początku starań, ale wyobraziłam sobie, co muszą przechodzić pary, które miesiąc w miesiąc latami powtarzają test, odczekując każdorazowo te 3-5 niemiłosiernie długich minut, a czerwona linia ani myśli się pojawić...


fot. www.fajnamama.pl
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...