Gdy słyszę zdanie "liczy się każdy dzień", najczęściej mam skojarzenie z filmowymi scenami szpitalnymi, kiedy lekarz informuje rodzinę o krytycznym stanie zdrowia pacjenta i zaordynowanym leczeniu, które trzeba wdrożyć lada moment.
Zawsze miałam wrażenie, że zdanie to niesie z sobą pewnego rodzaju ponaglenie. Groźbę, że najmniejsze nawet opóźnienie będzie się wiązać z pogorszeniem sprawy, stanu zdrowia, czy czegokolwiek, czego dotyczy. A jednocześnie nakaz, by cieszyć się każdym dniem, bo być może zostało ich bardzo niewiele.
Ale chwileczkę, czy musi nad nami wisieć groźba śmiertelnej choroby albo przyrodniczego kataklizmu, żebyśmy zechcieli doceniać życie, którym żyjemy dziś?
Te wszystkie poniedziałki, wtorki i piątki
Niedawno przeglądałam katalog Ikea w poszukiwaniu rozwiązań do pokoju dziecięcego i jak nigdy, nie tylko oglądałam zdjęcia, ale również czytałam opisy. Wszystko dlatego, że już na drugiej stronie ujrzałam wielki napis: "Liczy się każdy dzień". Wiedziałam już, że autorzy katalogu znaleźli doskonały sposób, by zatrzymać uwagę czytelnika od samego początku.
Marketingowcy Ikei nie straszyli upływem czasu, terminalną chorobą, ani końcem świata. Pokazali jedynie, że nasze codzienne sprawy i prozaiczne czynności noszą znamiona wyjątkowości i należy je doceniać. Oczywiście będą takie w pełni, gdy otoczymy się ichniejszymi meblami i wyposażeniem :) Niemniej warto zatroszczyć się o to, by celebrować nie tylko wzniosłe momenty, co zwykle nie jest trudne, ale też uprzyjemniać sobie codzienność.
Odkąd jestem rodzicem, każdy z moich dni jest ważny. Tak świąteczna niedziela, jak i czarny piątek. Każdy jest unikalny, choć wiele z nich tak do siebie podobnych, że czasem tracę rachubę czy coś wydarzyło się już dziś, czy jeszcze wczoraj...
Baby manager
Jak nikt i nic innego dotychczas, dziecko zmusza mnie do rozważnego zarządzania sobą w czasie. Do lepszej organizacji, do perfekcyjnego ustalania priorytetów, optymalnego podziału obowiązków. Tak, by wygospodarować czas nie tylko na wspólną zabawę i aktywności, ale też na samo bycie, towarzyszenie. I na mój własny odpoczynek, którego nie może zabraknąć, a z którego najłatwiej zrezygnować, gdy grafik napięty. Wszystko po to, bym w kontakcie z dzieckiem sama była w jak najlepszej formie - tak fizycznej jak i psychicznej.
A trzeba przyznać, że półroczne dziecko, to już całkiem wymagający człowiek :)
fot.www.polki.pl
fot.www.facebook.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą priorytety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą priorytety. Pokaż wszystkie posty
środa, 22 października 2014
piątek, 24 stycznia 2014
Numer 1
Ostatnio uważniej przyglądam się rzeczom i aktywnościom, które pochłaniają mój czas i zdecydowałam, że pora już zwolnić tempo. Zgadzam się z opinią, że ciąża to nie patologia, jednak czuję, że jest to stan zbyt szczególny (dla mnie), zbyt ważny (dla rozwoju dziecka), zbyt krótki i ulotny, żeby traktować go jak każdy inny okres w życiu.
Wejście w trzeci trymestr
Wejście w trzeci trymestr
Oczywiście praca i ciąża są do pogodzenia, ale dostosowanie miejsca pracy do własnych potrzeb pochłania całkiem sporo energii np. w moim przypadku chodziło o wygospodarowanie przerwy na regularne posiłki, częste wstawanie od biurka żeby się przespacerować (profilaktyka przeciwobrzękowa, przeciwżylakowa, przeciwbólowa itp). Jeśli do tego dodać jeszcze coraz częstsze problemy ze snem (ból kręgosłupa, powiększający się brzuszek utrudniający znalezienie wygodnej pozycji), to okazało się, że do pracy chodziłam coraz bardziej zmęczona, a czas wolny po pracy zamiast przeznaczać na chociażby ćwiczenia, musiałam poświęcić na regenerację i odespanie. Nie mówiąc już o tym, że poranne wstawanie po coraz słabiej przesypianych nocach stało się koszmarem, a paradoksalnie musiałabym wstawać jeszcze wcześniej, żeby się ze wszystkim wyrobić na moich zwolnionych obrotach. Ostatecznie kończyło się na pospiesznym jedzeniu śniadania, czasem na stojąco, by po chwili wsiąść w auto i dojechać (za) szybko do pracy.
Poza tym zima tego roku okazała się tak łaskawa, że za każdym razem gdy wyglądałam przez okno w pracy i widziałam bezchmurne niebo, myślałam sobie: "hej mamuśka! dziecko z pewnością miałoby teraz większy pożytek ze spaceru po parku, niż z tego twojego siedzenia przed komputerem!". W praktyce spacer (czy nawet marsz z kijkami) zapewniałam sobie prawie codziennie, ale dopiero po powrocie z pracy, czyli niestety już po zmroku.
Długa lista priorytetów to brak priorytetów
Długa lista priorytetów to brak priorytetów
Gdy położyłam na szali to, co kobiecie w ciąży potrzebne jest najbardziej, czyli dużo ruchu na świeżym powietrzu, ćwiczenia, wystarczająca ilość snu, relaks, zdrowe jedzenie (plus czas potrzebny na jego przygotowanie i spokojne spożycie), redukcja stresu, to okazało się, że doba jest jednak za krótka, żeby zmieścić w niej jeszcze pracę na pełny etat. Bo przecież w domu też czekają obowiązki i dodatkowe zajęcia. Jeśli jeszcze pod uwagę wzięłam fakt, że z każdym tygodniem jest mi coraz ciężej fizycznie, uznałam, że nie warto się tak forsować. Decyzja była więc prosta.
Ostatni dzień w pracy był dość specyficzny. Gdy zrobiłam porządek na biurku, aby przygotować miejsce pracy dla mojego zastępcy i przekazałam resztę niedokończonych spraw pozostałym pracownikiem, byłam już właściwie wolna. A jednak przez długi czas nie potrafiłam po prostu powiedzieć "cześć" i wyjść. Plątałam się jeszcze przez jakąś chwilę, jakbym na coś czekała. Chyba nawet wiem, na co. Na czyjeś zapewnienie, że będą na mnie czekać. Albo że mam szybko wracać, bo jestem im potrzebna. Nie, nikt nie zatrzymywał mnie w ten sposób. Poczułam ten znajomy rodzaj ukłucia, którego doświadczyłam przed kilkoma miesiącami, kiedy szukali pracownika na moje miejsce. I znów wróciły refleksje sprzed ciąży, że nie ma właściwie dobrego momentu na zrobienie sobie przerwy w CV. Że trudno zignorować poczucie, że coś mnie ominie.
Z dzieckiem na spacer!
Jednocześnie wychodząc miałam poczucie, że to niezwykle ważna chwila. Zaczyna się nowy rozdział. Poczułam ekscytację na myśl, że nazajutrz obudzi mnie co najwyżej słońce, bo na pewno nie budzik. I zorganizuję sobie dzień tak, jak mi na to siły pozwolą. I pójdę na długi spacer w samo południe. Bez pośpiechu i bez zegarka! Może i nawet bez torebki (no to akurat muszę jeszcze dobrze przemyśleć ;p). Ale na pewno z dzieckiem! :)
fot.www.disneybaby.com
fot.www.onlinehorsebollege.com
fot.www.womenworld.org
Ostatni dzień w pracy był dość specyficzny. Gdy zrobiłam porządek na biurku, aby przygotować miejsce pracy dla mojego zastępcy i przekazałam resztę niedokończonych spraw pozostałym pracownikiem, byłam już właściwie wolna. A jednak przez długi czas nie potrafiłam po prostu powiedzieć "cześć" i wyjść. Plątałam się jeszcze przez jakąś chwilę, jakbym na coś czekała. Chyba nawet wiem, na co. Na czyjeś zapewnienie, że będą na mnie czekać. Albo że mam szybko wracać, bo jestem im potrzebna. Nie, nikt nie zatrzymywał mnie w ten sposób. Poczułam ten znajomy rodzaj ukłucia, którego doświadczyłam przed kilkoma miesiącami, kiedy szukali pracownika na moje miejsce. I znów wróciły refleksje sprzed ciąży, że nie ma właściwie dobrego momentu na zrobienie sobie przerwy w CV. Że trudno zignorować poczucie, że coś mnie ominie.
Z dzieckiem na spacer!
Jednocześnie wychodząc miałam poczucie, że to niezwykle ważna chwila. Zaczyna się nowy rozdział. Poczułam ekscytację na myśl, że nazajutrz obudzi mnie co najwyżej słońce, bo na pewno nie budzik. I zorganizuję sobie dzień tak, jak mi na to siły pozwolą. I pójdę na długi spacer w samo południe. Bez pośpiechu i bez zegarka! Może i nawet bez torebki (no to akurat muszę jeszcze dobrze przemyśleć ;p). Ale na pewno z dzieckiem! :)
fot.www.disneybaby.com
fot.www.onlinehorsebollege.com
fot.www.womenworld.org
piątek, 3 stycznia 2014
Ambicje vs. możliwości
Jak co roku o tej porze, robię podsumowania, planuję i rewiduję. Tym razem jest o tyle łatwiej, że priorytet wyłania się sam i trudno go zignorować :)
Z jednej strony to dobrze, bo wiem, na czym się skupić. Z drugiej jednak nie mam w sobie pełnej zgody na to, że niektóre sprawy i pomysły będą musiały zaczekać. A będą musiały, bo nie wszystko da się pogodzić. To znaczy może i by się dało, ale koszty mogą być za duże. Nie chcę bowiem niedosypiać, czy jeść na stojąco, żeby z czymś zdążyć.
Bo dziecko jest ważne
Wiem, że są kobiety, którym ciąża "nie ma prawa" zakłócić dotychczasowego życia i robią wszystko, żeby utrzymać niesłabnące zaangażowanie w różne projekty. I w moim przypadku dałoby się to zrobić. Zresztą działanie w tempie zawsze wychodziło mi na dobre, bo czas organizował się wtedy sam, niejako bez mojego udziału. Tyle że gdy nadchodził moment kryzysowy, czyli spadek sił, to tym z czego rezygnowałam w pierwszej kolejności było albo jedzenie albo ruch albo sen (lub wszystko na raz). A teraz świadomie nie chcę się tego pozbawiać.
Gdy zaglądam w kalendarz wydaje mi się, że zostało jeszcze sporo czasu do rozwiązania. Ale też wcale nie ekstremalnie dużo. Za mną już prawie 2/3 ciąży i specjalnie nie garnę się do szykowania wyprawki, a może już najwyższy czas? Może warto ogarnąć pewne tematy właśnie teraz, kiedy ciągle mam sporo energii, niż czekać na koniec, kiedy nie wiadomo jak się będę fizycznie czuła?
Bo ja jestem ważna
Eh, jakoś nie przekonałam sama siebie. Z drugiej strony jak tak będę czekać na przypływ wielkich chęci, to mogę się nie doczekać. I trochę głupio wyjdzie, jak z czymś nie zdążę, bo się będzie nazywało, że na pisanie bloga miała czas, a na zajęcie się poważnymi sprawami już nie starczyło :)
Ok, biorę głęboki wdech i w ramach postanowień noworocznych obiecuję zainteresować się sprawami, którymi odpowiedzialny rodzic powinien się zająć. Wiem jednak, że dopóki podchodzę do sprawy na zasadzie "powinnam" zamiast "chcę", to niewiele z tego wyniknie. Taka jest prawda. Jeszcze nie chcę. Jeszcze nie czuję, że to najwyższy czas.
fot.www.glamki.pl
fot.www.ciazowy24.pl
Z jednej strony to dobrze, bo wiem, na czym się skupić. Z drugiej jednak nie mam w sobie pełnej zgody na to, że niektóre sprawy i pomysły będą musiały zaczekać. A będą musiały, bo nie wszystko da się pogodzić. To znaczy może i by się dało, ale koszty mogą być za duże. Nie chcę bowiem niedosypiać, czy jeść na stojąco, żeby z czymś zdążyć.
Bo dziecko jest ważne
Wiem, że są kobiety, którym ciąża "nie ma prawa" zakłócić dotychczasowego życia i robią wszystko, żeby utrzymać niesłabnące zaangażowanie w różne projekty. I w moim przypadku dałoby się to zrobić. Zresztą działanie w tempie zawsze wychodziło mi na dobre, bo czas organizował się wtedy sam, niejako bez mojego udziału. Tyle że gdy nadchodził moment kryzysowy, czyli spadek sił, to tym z czego rezygnowałam w pierwszej kolejności było albo jedzenie albo ruch albo sen (lub wszystko na raz). A teraz świadomie nie chcę się tego pozbawiać.
Gdy zaglądam w kalendarz wydaje mi się, że zostało jeszcze sporo czasu do rozwiązania. Ale też wcale nie ekstremalnie dużo. Za mną już prawie 2/3 ciąży i specjalnie nie garnę się do szykowania wyprawki, a może już najwyższy czas? Może warto ogarnąć pewne tematy właśnie teraz, kiedy ciągle mam sporo energii, niż czekać na koniec, kiedy nie wiadomo jak się będę fizycznie czuła?
Bo ja jestem ważna
Eh, jakoś nie przekonałam sama siebie. Z drugiej strony jak tak będę czekać na przypływ wielkich chęci, to mogę się nie doczekać. I trochę głupio wyjdzie, jak z czymś nie zdążę, bo się będzie nazywało, że na pisanie bloga miała czas, a na zajęcie się poważnymi sprawami już nie starczyło :)
Ok, biorę głęboki wdech i w ramach postanowień noworocznych obiecuję zainteresować się sprawami, którymi odpowiedzialny rodzic powinien się zająć. Wiem jednak, że dopóki podchodzę do sprawy na zasadzie "powinnam" zamiast "chcę", to niewiele z tego wyniknie. Taka jest prawda. Jeszcze nie chcę. Jeszcze nie czuję, że to najwyższy czas.
fot.www.glamki.pl
fot.www.ciazowy24.pl
czwartek, 14 listopada 2013
Między książkami
Rzadko potrafię przeczytać jedną książkę od deski do deski przed rozpoczęciem kolejnej. Najczęściej czytam na zakładkę, stąd mam zwykle po kilka rozpoczętych. I całkiem możliwe, że niektórych nie skończę w ogóle - jeśli przegrają z innymi.
Aktualnie w kolejce mam "Antykarierę" Ricka Jarrowa, "Ikhakimę" Jacka Walkiewicza i "Jak przestać się martwić i zacząć żyć" Dale'a Carnegie. Pierwszą poleciła mi znajoma trenerka, która prowadzi nowatorskie warsztaty w oparciu o nią. Drugą dostałam w tym roku na urodziny. Trzecią chcę sobie odświeżyć, bo już niewiele pamiętam, a czuję, że teraz mi się przyda.
Każdą z powyższych czyta się dość wolno, bo trudno mi powstrzymać się przed robieniem notatek, zaznaczaniem fragmentów, robieniem przerw na przemyślenia.
Na liście rezerwowej mam jeszcze: "Fitness, wellness a duchowość" Willigsa Jagera i Christopha Quarcha, "Outliers" Malcolma Gladwella, "Śmiertelni nieśmiertelni" Kena Willbera i "Bogaty albo biedny" T. Harva Ekera.
Czy któraś z nich ustąpi miejsca "Językowi niemowląt" Tracy Hogg, którą właśnie dostałam w prezencie...?
fot.www.talkandroid.com
Aktualnie w kolejce mam "Antykarierę" Ricka Jarrowa, "Ikhakimę" Jacka Walkiewicza i "Jak przestać się martwić i zacząć żyć" Dale'a Carnegie. Pierwszą poleciła mi znajoma trenerka, która prowadzi nowatorskie warsztaty w oparciu o nią. Drugą dostałam w tym roku na urodziny. Trzecią chcę sobie odświeżyć, bo już niewiele pamiętam, a czuję, że teraz mi się przyda.
Każdą z powyższych czyta się dość wolno, bo trudno mi powstrzymać się przed robieniem notatek, zaznaczaniem fragmentów, robieniem przerw na przemyślenia.
Na liście rezerwowej mam jeszcze: "Fitness, wellness a duchowość" Willigsa Jagera i Christopha Quarcha, "Outliers" Malcolma Gladwella, "Śmiertelni nieśmiertelni" Kena Willbera i "Bogaty albo biedny" T. Harva Ekera.
Czy któraś z nich ustąpi miejsca "Językowi niemowląt" Tracy Hogg, którą właśnie dostałam w prezencie...?
fot.www.talkandroid.com
Subskrybuj:
Posty (Atom)








