Pokazywanie postów oznaczonych etykietą empatia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą empatia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 września 2014

Matko, opanuj się!

Mam nadzieję, że nikt już nie pamięta o tym, co pisałam w maju na temat mojej reakcji na płacz własnego dziecka. To już jest, zdaje się, nieaktualne...

Okazuje się, że dziecko nie tylko rośnie w oczach, rośnie w siłę i rośnie mu apetyt, ale też "rośnie" mu głos. Jakiś taki bardziej donośny jest, a wokalizacje dłużej trwają. I już absolutnie nie da się go zignorować. 

Co się wtedy dzieje w głowie? Masakra totalna. Dlaczego ono znowu płacze? Najedzone, sucho ma, wyspane, nie ma kolek, zabawki w zasięgu rączek, ja jestem tuż obok. O co więc chodzi??!

Gdy w jednym z takich kryzysów akustycznych "poskarżyłam" się przyjaciółce, że już nie dam rady, odpowiedziała z uśmiechem: "Mówiłam ci, że jeszcze przyjdzie taki czas, że będziesz chciała wyrzucić przez okno własne dziecko. Nie wierzyłaś!" Zgadza się, trudno mi było w to uwierzyć. Dziś już nie jestem takim niedowiarkiem... :) 

Z niemowlakiem na aukcję?

Agnieszka Chylińska, już raz tu przeze mnie cytowana, wyczytała w jednym z poradników, że "jeśli ma się chęć sprzedać swoje dziecko na allegro, to powinno się zwrócić z prośbą o poradę do osoby duchownej lub od razu dać się zamknąć w psychiatryku." Przy czym informacja ta była podana dopiero pod koniec poradnika, małymi literami. 

Czy to znaczy, że normalni rodzice nie miewają czasem dość? Że nie mają ochoty wyjść z siebie, albo - co gorsza - z domu, zostawiając rozwrzeszczane dziecko samemu sobie? 

Miewają, oczywiście, że miewają. Nikt jednak nie lubi przyznawać się do sytuacji, kiedy zostaje wytrącony z równowagi tak, że aż kipi. Natychmiast zaburzyło by to obraz własnej osoby jako człowieka zrównoważonego, odpowiedzialnego i dojrzałego, a tego przecież nikt nie chce, prawda? :)

Ale są i tacy, którzy mówią o tym otwarcie. 

Tabu złamane

Chylińska nie pierwsza i nie ostatnia odważyła się nazwać rzeczy po imieniu, czyli że dziecko "drze gębę". Dokładnie takich samych słów używa też pewna położna, gdy wspomina pierwszy miesiąc życia swojej córki. Wypowiada je z pełną świadomością dodając, że inaczej się tego określić nie da. I nijak nie przeszkadza jej to kochać z całego serca swoich dzieci i z ogromnym zaangażowaniem przyjmować porody z udziałem drących się przeraźliwie dzieciaków.    

Moja znajoma, przefantastyczny człowiek i wspaniała matka opowiadała mi, jak dziękowała Bogu za to, że stać ich na dom z piwnicą. Gdy miała dość wysłuchiwania wrzasku córek, usadzała je w bezpiecznym miejscu a sama schodziła do piwnicy, zamykała się tam i wyła* ryczała jak bóbr z bezsilności. Po chwili, gdy trochę się uspokoiła i trudne emocje zmalały do rozmiarów niezagrażających, wracała do dzieci i z nową energią zajmowała się nimi. 

Ja również jestem wdzięczna losowi, tyle że za poddasze, bo to tam znajduje się mój wentyl bezpieczeństwa. Stary, zakurzony atlas przeżywa właśnie swój renesans. Idę, ustawiam obciążenie - zależnie od stopnia mojego pobudzenia - i robię po kilka powtórzeń. Nie liczę, ćwiczę po prostu tak długo, aż poczuję, że ładunek emocjonalny rozszedł się po kościach. Wtedy wracam do Synka, nieco już słabsza ale i spokojniejsza, ze świeższą głową i nowymi pomysłami. I co najważniejsze - zdecydowanie bardziej opanowana. 

Inne znajome matki podają za skuteczne wyjście z pokoju, w którym przebywa dziecko i policzenie do dziesięciu. Potem powrót. Ta chwila ma dać szansę na wyciszenie i uspokojenie. W moim przypadku niestety nie działa, a sprawdzałam już wielokrotnie. Po prostu w całym mieszkaniu nie znalazłam takiego miejsca, do którego nie dociera płacz mojego dziecka, zatem warunki do odprężenia się mizerne.

Za to całkiem nieźle sprawdza się blogowanie. Po paru minutach trzaskania w klawiaturę (tradycyjną, dotykowa nie zdaje tu egzaminu) trochę powietrza ze mnie schodzi :)

W skórze niemowlaka

A wystarczyłoby zamiast tych wszystkich "rozwiązań siłowych" wysilić się na odrobinę empatii. Wyobrazić sobie, jak by to było być dzidziusiem. Bezbronnym, zdanym na łaskę opiekunów w stu procentach. Ponadto człowieczkiem, który jest miksem mnie i konkretnego mężczyzny, zatem wszystkie jego cechy i zachowania są odziedziczone po którymś z nas. 

Takie spojrzenie bardzo wiele ułatwia, ponieważ pozwala mi przypuszczać, że tak jak któreś z nas, maluszek albo jest niecierpliwy, albo szybko się nudzi, ma silną potrzebę ruchu albo małą tolerancję na dyskomfort fizyczny. Może żadna z wymienionych cech akurat nie ma pokrycia w rzeczywistości, niemniej jednak gdy pomyślę o tym, co mnie samą drażni, tym łatwiej mi zrozumieć, że dziecku może być źle z podobnych przyczyn. 

A już najbardziej denerwowałoby mnie - jako niemowlę - to, że ja przecież tak precyzyjnie komunikuję, a ci niedomyślni dorośli i tak nie wiedzą, o co mi chodzi. Jeszcze głupkowato dopytują jeden drugiego: "na co on teraz płacze?" 

Każdy (maluch) straciłby w końcu cierpliwość, to oczywiste. Dziecięcy płacz jest więc niczym innym, jak tylko jednym ze środków wyrazu adekwatnych do aktualnego poziomu kumacji rodziców :)))


fot.www.urodaizdrowie.pl
fot.www.cwiczenia-atlas.pl


*jest wyrażeniem ostatnio niepożądanym w publicznych wypowiedziach, więc lepiej nie ryzykować...

poniedziałek, 26 maja 2014

Awans na Dzień Matki

W tym roku jeszcze syn nie przyszedł do mnie z kwiatkiem i laurką. 
Nie deklamował wierszyka na akademii ani nie powiedział "kocham cię mamusiu". Spędził ze mną po prostu kolejny dzień tuląc się, bawiąc, uśmiechając, płacząc i zaspokajając głód za moim pośrednictwem. Nie wysilił się specjalnie na jakiś lepszy humor ani też nie pospał dłużej, żebym mogła odpocząć. A mimo to, w Dzień Matki 2014 czułam się superWażna i superDumna. 

Nobilitacja

Nikt oficjalnie nie przyjął mnie do "klubu matek", jednak w kontaktach z różnymi ludźmi wyczuwam znaczną różnicę. Tak jakby bycie matką było lepsze od nie bycia. Jakby zasługiwało na pewnego rodzaju uznanie. Na specjalne przywileje. Matki z dziećmi mają swoje miejsca w komunikacji miejskiej, mogą planować urlop w sezonie wakacyjnym, a nawet się spóźniać  :) (staram się nie nadużywać :p). 


Mnie osobiście kobiety-matki zawsze wydawały się starsze od bezdzietnych równolatek (bo to przecież taka poważna funkcja - w moim mniemaniu - że byle małolata nie może jej "sprawować" ;p). Miałam też wrażenie, że bycie matką stanowi dużo większe życiowe wyzwanie, niż kariera zawodowa.

Wspólny język 


Gdy 26 maja tego roku składałam życzenia mojej Mamie, po raz pierwszy w życiu miałam poczucie, że wreszcie rozumiem co kryje się pod pojęciami "trud wychowania" czy "bezwarunkowa miłość". Nagle pojęłam, co powodowało tą miękkość serca mojej Mamy gdy przychodziło o wybaczanie dzieciom wyrządzonych przykrości. Jej bezkompromisowość oraz waleczność, jeśli chodziło o dobro moje i siostry. I to rozdarcie sumienia, gdy rozsądek dyktował wychowywanie żelazną ręką, a serce ciągnęło w przeciwnym kierunku...  

Teraz zaczynam rozumieć to, czego nigdy nie zrozumiałabym jako nie-matka. A to przecież dopiero początek macierzyńskiej drogi! Tyle jeszcze do odkrycia, tyle do przeżycia, tyle do nauczenia się. Ale już dziś cieszę się niezmiernie, że zdobyłam się na odwagę, aby otworzyć ten rozdział życia. Tak zaskakujący i niepodobny do żadnego innego!


Z najlepszymi życzeniami dla wszystkich Mam!
- początkująca mama


fot.www.chimed.pl
fot.www.pielegnacjadziecka.pl

poniedziałek, 5 maja 2014

Bo ludzie są ważni

Są w życiu takie chwile, kiedy to, jacy ludzie nas otaczają, ma niebagatelne znaczenie. Choć współcześnie promuje się całkowitą wewnątrzsterowność i samowystarczalność, a wraz z nimi niezależność od cudzych opinii i zachowań, to zdarza się, że czyjaś przychylność lub antypatia bywa kluczowa dla naszego dobrostanu. Zwłaszcza w sytuacjach nowych, kiedy nie czujemy się pewnie, nie potrafimy się odnaleźć albo gdy jesteśmy w pełni zdani na czyjąś pomoc. 

W cudzych rękach 


Nigdy bym nie przypuszczała, że w czasie pobytu w szpitalu jednymi z najbardziej stresujących wydarzeń będą zmiany położnych. Gdy tylko skończył się dyżur porannej zmiany, z niepokojem wypatrywałam osoby, która zastąpi poprzednią. W pierwszej dobie po cesarce miałam szczęście trafić na dwie kolejne sympatyczne położne, serdeczne i empatyczne. Cieszyłam się, że co jakiś czas do mnie zaglądają zapytać, jak się czuję i czy czegoś nie potrzebuję. Mogłoby się wydawać, że nie robiły nic wyjątkowego, po prostu wykonywały swoją pracę. Tyle, że w moim odczuciu dawały od siebie dużo więcej. Coś, co nie jest ujęte w zakresach obowiązków i z czego pracodawca z pewnością ich nie rozlicza. Chodzi o rodzaj szacunku dla człowieka-pacjenta i zrozumienia jego położenia (dosłownie). A czasem tylko o uśmiech czy dobre słowo.  

W drugiej dobie karta się odwróciła i kolejne dwie położne były niemal przeciwieństwem poprzednich. Na wezwania reagowały późno i zawsze dawały mi odczuć, że niepotrzebnie zawracam im głowę. Każdą najmniejszą prośbę kwitowały komentarzem, który skutecznie zniechęcał do dalszego kontaktu. W rezultacie zaczęłam czuć się winna, że zakłócam paniom cenny spokój, a w skrajnych przypadkach - widząc ich niepocieszone miny - zastanawiałam się, czy aby rzeczywiście nie przesadzam z częstotliwością naciskania na dzwonek. Szczerze powiedziawszy chętnie bym zrezygnowała z ich usług, gdyby to tylko było możliwe. Niestety naprawdę potrzebowałam ich pomocy, więc trzeba było jakoś się dogadać. Znaczyło to mniej więcej tyle, co przekonać je, że przychodzą do mnie nie na darmo. To stawiało mnie w niekomfortowej pozycji znienawidzonego "petenta", który istnieje tylko po to, żeby uprzykrzać komuś życie, albo dopomina się o coś, co mu się nie należy. No bo kto to widział wzywać położną w środku nocy, jeśli ta wolałaby się wyspać na dyżurze?


Szczytem "zawracania głowy" była moja prośba o środek przeciwbólowy. Położna ciężko westchnęła i wymamrotała: "to będę musiała zadzwonić po lekarza..." i stała tak jeszcze chwilę jakby czekając, że na widok jej zdegustowanej miny natychmiast się wycofam i powiem coś w stylu: "A to jak po lekarza aż trzeba dzwonić, to nie... proszę się nie fatygować". Zamiast tego gryzłam się w język, żeby nie palnąć: "A to będzie dla pani jakiś problem? jeśli tak, to proszę dać numer do tego doktora, to sobie sama zadzwonię". 


Pomyślicie może, że jestem superupierdliwym pacjentem i ewentualne współczucie należy się właśnie położnym, które się ze mną musiały "użerać". W moim odczuciu jednak byłam pacjentem, który po prostu zna swoje prawa. Innymi słowy nie zamierzałam zwijać się z bólu tylko dlatego, żeby nie dodawać paniom położnym pracy. Czy to jakieś nadużycie? 

Win-win?

Komunę znam głównie z opowieści, ale relacja położna-pacjent trochę mi przypominała układ urzędnik-petent, w której ten drugi, jeśli nie kłaniał się w pas, niczego nie załatwił. Na szczęście czasy się zmieniły, ale jeszcze gdzieniegdzie zostało "po staremu", w urzędach czy szpitalach właśnie.

Z ciekawostek, osoba z którą wymieniłam opinię na temat tej jednej "mniej fajnej" położnej, powiedziała o niej krótko: "ta pani chyba nie lubi swojej pracy". Wow, pomyślałam, cóż za genialny eufemizm!

Piszę o tym dlatego, że narodziny dziecka są dla kobiety jednym z ważniejszych życiowych wydarzeń - pięknym i bolesnym zarazem. I byłoby idealnie, gdyby przy pomocy personelu medycznego dało się zminimalizować negatywne skutki porodu na tyle, żeby kobieta mogła się maksymalnie skupić na opiece nad dzieckiem. Tymczasem w praktyce bywa różnie. Można trafić na lekarza, położną czy nawet salową(!) z powołania, którzy wiedzą jakim typem pacjentek są położnice i jakiego rodzaju wsparcia potrzebują. I są też ich przeciwieństwa - ludzie, którzy swój zawód wykonują z musu albo przypadku i nie ma co liczyć na jakąkolwiek uprzejmość z ich strony. Sami sprawiają wrażenie bardziej pokrzywdzonych przez los od obolałych pacjentów i proszenie akurat ich o pomoc wydaje się wielce niestosowne. A pacjentom czasami potrzeba naprawdę niewiele - poprawić poduszkę czy przygasić światło, kiedy po zabiegu znieczulenie ciągle przykuwa nogi do łóżka...   

Miłość bliźniego 

I tym sposobem zawracam do wątku o ludziach, których spotykamy na naszej drodze. Nie zawsze możemy wybrać, kto będzie nam towarzyszył w ważnych momentach życia. Mamy też znikomy wpływ na to, kto nam sprzeda paliwo na stacji, kto zarejestruje do lekarza albo obsłuży w banku. Ale zawsze mamy wpływ na to, jak my zapiszemy się w czyimś życiu. Bo w większości przypadków sami decydujemy o tym, czy zdobędziemy się na uprzejmość, dobre słowo, odrobinę zrozumienia. Nawet jeśli nie lubimy swojej pracy albo wybitnie nie podoba nam się miejsce, w którym się znaleźliśmy to nie zwalnia to nas obowiązku bycia człowiekiem. To kosztuje naprawdę niewiele, a może być promykiem rozpromieniającym czyjeś doświadczenie. 

Moje doświadczenie, poza drobnymi :) wyjątkami, było na szczęście okraszone wieloma pozytywnymi spotkaniami. Pozwoliły mi one przejść przez trudne momenty z poczuciem, że pobyt w szpitalu oraz wszelkie cierpienia są jedynie chwilowe i miną tak szybko, jak się pojawiły. 


fot.www.photl.com
fot.www.identity-mag.com

piątek, 27 grudnia 2013

Spełnienie (nie) na życzenie

Na lekcjach religii w podstawówce i corocznych roratach ksiądz zawsze powtarzał: "Adwent to czas oczekiwania na przyjście Bożej Dzieciny." i do dziś dźwięczy mi w głowie to zdanie. Oczekiwanie zakończone Bożym Narodzeniem, które tradycyjnie świętujemy jako chrześcijanie. 

Właśnie mijają kolejne takie święta. Były jakieś inne, wyjątkowe. Ja czułam się wyjątkowo. Jako kobieta, która niebawem też urodzi swoje dziecko. I wyjątkowo nie krzywiłam się, gdy ktoś ciążę nazywał stanem błogosławionym, bo jak tak się dobrze zastanowić, to nie jest to zwyczajny stan. Nawet więcej, jest absolutnie nadzwyczajny, bo moje ciało jest teraz mieszkaniem dla maleńkiego człowieka!

Spodziewałam się, że podczas tegorocznego łamania się opłatkiem będą dominować życzenia związane z dzieckiem. Dość standardowo życzono mi szczęśliwego rozwiązania, zdrowia dla mnie i synka oraz stworzenia szczęśliwej rodziny. Ale jedne życzenia były nieoczekiwanie zaskakujące: "Żebyś była zadowolona z bycia matką".

Być może nie byłoby w tym nic szczególnego gdyby nie fakt, że autorem życzeń był mój ... teść. Nie dość, że mężczyzna, to jeszcze wcale nie najbliższy mi człowiek, a przebił wszystkie kobiece życzenia razem wzięte. 

Byłam mile zaskoczona faktem, że ktoś (facet! jeszcze raz podkreślę) traktuje mnie podmiotowo na tyle, żeby nie postrzegać mnie jedynie w kategoriach matki swojego wnuka (nosicielki brzucha), ale przede wszystkim człowieka, dla którego macierzyństwo jest jedną z życiowych ról. Co więcej teść zdawał się mieć świadomość, że rola ta nie wszystkim kobietom daje spełnienie z automatu, że to nie żaden pewnik - więc tym więcej zyskał w moich oczach. 

No dobra. Jest też wielce możliwe, że teściowi tak się po prostu powiedziało, a za tym zdaniem nie kryje się zbyt wielka empatia. Jednak tak wspaniale się czuję z moją interpretacją jego życzeń, że tak to zostawię :)


fot.www.sp2relifia.strefa.pl

czwartek, 19 grudnia 2013

Matki wokół mnie

Na tegorocznym spotkaniu wigilijnym klubu Toastmasters spotkałam niewidziane od jakiegoś czasu znajome. Te, które nie wiedziały o mojej ciąży, zareagowały tak serdecznie, że (po raz kolejny) poczułam się nieswojo. Znów przypomniałam sobie moje bezemocjonalne reakcje na wiadomość o ciążach moich przyjaciółek jeszcze z czasów, gdy dzieci mnie zupełnie nie obchodziły... No cóż, uczę się tym nie zadręczać i z otwartymi ramionami przyjmować wszelkie miłe słowa, choć to nie takie proste :)

Wszystkie te kobiety łączyło jedno: miały swoje dzieci, niektóre całkiem już dorosłe. Pewnie dlatego brzmiały absolutnie przekonująco. 

Zasada ograniczonego zaufania

B., psycholożka :), uczulała mnie, żebym nie dała się zwariować wszechobecnym ekspertom i doradcom (w tym psychologom oczywiście!). Jej wrażenia z porodu były odmienne od wszystkich dotychczasowych, o których mi opowiadano. Miała bardzo trudny poród i przeliczyła się z własnymi siłami. Wydawało się jej, że łagodniej zniesie ból, że lepiej sobie poradzi. 

Aha, więc i w taką skrajność można popaść! (zwykle kobiety boją się raczej, że nie dadzą rady, rzadziej zakładają bardziej optymistyczne warianty). To cenna informacja dla mnie. Żebym nie przesadziła z wiarą w potęgę umysłu, ignorując przy tym ograniczenia ciała takie jak chociażby próg bólu. 

Takie podejście koresponduje z opiniami moich innych koleżanek, które po naturalnym porodzie powiedziały wprawdzie, że ból jest do przeżycia i mają wielką satysfakcję, ale gdyby wiedziały wcześniej jaki to ból, poprosiłyby o znieczulenie. "Bo po co tak cierpieć?" 

Nie przegap swojego dziecka!

I., ok 40-letnia matka dwójki dzieci, życzyła mi szczęśliwego rozwiązania i tego, bym potrafiła się zatrzymać i cieszyć tym dzieckiem, które już mnie kocha. "Ty jesteś taka szybka... życzę ci, żeby dziecko wniosło do twojego życia równowagę, która chyba bardzo ci się przyda". 

Nie powiem, zaskoczyły mnie te słowa. Do tego stopnia, że nazajutrz musiałam się z nią skontaktować i dopytać, co dokładnie miała na myśli. Powiedziała, że postrzega mnie jako osobę żyjącą w pędzie, która ma milion rzeczy do zrobienia, która lubi być aktywna i słabo toleruje stan, gdy nic się nie dzieje. Wyraziła też obawę, czy nie będę tym typem matki, która czas spędzony z dzieckiem uzna za czas stracony, a dziecko będzie obwiniać za zabranie życia. Życzyła mi, żebym nie przegapiła swojego dziecka, zauważyła je od początku czyli wtedy, kiedy będzie mnie najbardziej potrzebowało. Powiedziała, że dzieciństwo mojego dziecka minie szybko i bezpowrotnie. Że w skali całego życia to króciutki epizod, dlatego łatwo go przegapić, skupiając się na innych rzeczach. I żebym, jako kobieta, potrafiła docenić dar macierzyństwa i wziąć sobie z niego jak najwięcej, ponieważ wiąże się z wielkim życiowym spełnieniem. 

Bardzo poruszyło mnie to, co usłyszałam. Zwłaszcza, gdy na zakończenie dodała: "Twoje dziecko już cię słyszy, już czuje twoje nastroje, nie może się doczekać spotkania z tobą. Ono już cię kocha!". 

Trudno dyskutować z argumentami tej doświadczonej matki. Kobiety, która pracowała i pracuje zawodowo, ale nigdy nie porównałaby satysfakcji z pracy do tej, którą czerpała i czerpie z macierzyństwa. Zaskoczyło mnie to, bo wiele moich koleżanek nie potrafiło "wysiedzieć" w domu na macierzyńskim, w czasie którego każdy dzień wyglądał tak samo, a to praca dostarczała bodźców i satysfakcji... Dodatkowo wizerunek silnej i przedsiębiorczej kobiety, którą I.
niewątpliwie jest, kontrastował mi z matczyną czułością, wrażliwością i uważnością, o której wspominała. A może pełna kobiecość to właśnie taka, która łączy w sobie zarówno siłę jak i delikatność...?

Bardzo sobie życzę, aby ich życzenia dla mnie się spełniły! 


fot.www.prevention.com
fot.www.styl.pl

wtorek, 20 sierpnia 2013

Test zdany. I co dalej?

Jest! Czerwona kreska na teście ciążowym. Hurra, zdałam!  

Po raz pierwszy stwierdzenie "wiedziałem!", które brzmi nieco jak "a nie mówiłem?" nie zadziałało na mnie jak płachta na byka :) 

Gdy już łzy wzruszenia obeschły, uświadomiłam sobie, że to wcale nie był test końcowy, jak na zaliczenie szkoły. To dopiero początek - egzamin wstępny. Więc co dalej?

Pierwsza konsultacja z lekarzem zakończyła się zaleceniem, bym na pierwsze USG przyszła nie wcześniej, niż za dwa tygodnie. Do tego czasu mam się oszczędzać, nie kąpać w bardzo gorącej wodzie, nie przesilać i...nie skakać na trampolinie :) Nie wiem, skąd to ostatnie przyszło do głowy doktórce, ale zrozumiałam, że mam sobie odpuścić sporty związane z gwałtownymi podskokami. 


W zawieszeniu

Domyślam się, że lekarskie doświadczenie pozwala ginekologom założyć, że nie każda ciąża przetrwa próbę czasu i w tym właśnie początkowym okresie jest sporo samoistnych poronień. W wielu przypadkach kobiety nawet nie dowiadują się, że były w ciąży - po prostu mają spóźniony "okres". 

Pomimo świadomości, że to dla mojego dobra lekarz zaleca odczekanie jeszcze chwili, abym się nie rozczarowała, to jednak nie udało mi się pogodzić dwóch przeciwstawnych uczuć: oczekiwania i nie-oczekiwania. Bo jak można mieć nadzieję i wielką radość, a jednocześnie nastawiać się, że w razie niepowodzenia najwyżej pomyślę: "nic się nie stało"?  

I tak byłam w lepszej sytuacji, niż znajoma, której lekarz powiedział dosłownie: "Jest pani w ciąży, ale proszę się nie cieszyć". Nie cieszyć się?! W przypadku chcianej ciąży nie cieszyć się? To znaczy co robić? Czekać na rozwój wydarzeń w smutku...? Spodziewać się, że nic z tego nie będzie, tak na wszelki wypadek? Przecież nasze psychiczne nastawienie ma ogromny wpływ na nasz organizm, a więc też i na to, czy tą ciążę utrzymamy. 

Cóż, nie każdy ma to szczęście trafienia na lekarza, który w pacjencie dostrzega człowieka. Człowieka z jego emocjami, lękami, doświadczeniami. Oczywiście w gabinecie nie ma czasu na poznanie indywidualnej historii pacjenta ani na zbadanie poziomu jego wrażliwości. Jednak w wielu przypadkach wystarczyłaby odrobina empatii połączona z wiedzą o tym, w jaki sposób przekazywać informacje o rozpoznaniu, aby nie odbierać nadziei w tak radosnej chwili. 

A co jeśli kobieta rzeczywiście poroni? - ktoś zapyta. Nierzadko będzie to bolesne rozczarowanie, jednak uważam, że smucić się należy wtedy, kiedy jest na to pora, czyli gdy poznamy fakty. Zamartwianie się na zapas jeszcze nikomu nie posłużyło.      


fot.www.dooktor.pl
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...