Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziecko. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 czerwca 2014

Kanibalizm dwudziestego pierwszego wieku

Ostrzegam Czytelników o słabszych nerwach, że to co przeczytacie poniżej, może być wstrząsające i zakrawać o naruszenie praw dziecka.  

Czasami mam ochotę zjeść własne dziecko. 

Normalnie. Schrupać kawałek po kawałku, od najmniejszego paluszka stopy, bo mięciutkie włoski na głowie. 

A wszystko zaczyna się całkiem niewinnie. Biorę szkraba na ręce, opieram jego główkę na moim ramieniu, a stąd już prosta droga mojego nosa do jego szyjki. I zatapiam się w cudownym dzidziusiowym zapachu, gładzę ustami jego delikatną skórkę i... zaciskam wargi, żeby przypadkiem nie odgryźć mu uszka. 

*** 

Jak tylko przyłapałam się na tej skłonności, od razu wdrożyłam środki najwyższej ostrożności. Pilnuję mianowicie, abym przed każdym, najkrótszym nawet kontaktem z dzieckiem, była porządnie najedzona. Założenie jest bowiem takie, że kiedy nie będę na głodzie, to nie będę robiła zakusów na udko ani golonko synusiowe. I na razie - odpukać - działa.

Jeśli by kto znał inne jeszcze sposoby opanowywania chęci zjedzenia własnego dziecka, proszę mnie niezwłocznie o nich poinformować.


fot.www.info.edziecko.pl  

poniedziałek, 5 maja 2014

Od pierwszego wejrzenia

Gdybym miała w kilku słowach opisać wrażenie, jakie zrobiły na mnie pierwsze chwile z synem (te dłuższe, gdy przywieziono syna do sali), najchętniej poszłabym na skróty i przywołała słowa jakiejś tkliwej piosenki o macierzyństwie i odesłała do posłuchania. Ale nie ma takiej piosenki, bo nikt nie napisał piosenki o mnie i moim dziecku. Uważam, że choć doświadczenia wielu mam są bardzo podobne, to jednak każda przeżywa je na swój sposób. Dlatego jedyne, co mi pozostaje, to napisać moją własną piosenkę... Na razie jednak może lepiej zostanę przy prozie :) 

Ciekawość - pierwszy stopień do poznania

Pierwsze wrażenie? Nie zapomnę jak przyglądałam się małemu opatulonemu w pieluchy uformowane w rożek i mówiłam do siebie w myślach: "A więc to Ty... Czyli tak właśnie wyglądasz!". Nie wiem ile mogła trwać ta chwila. Nie wiem, co działo się wtedy w okół. Spał spokojnie, a ja nie mogłam uwierzyć, że ten maleńki człowieczek jeszcze nie dawno był u mnie w brzuchu! Że powstał z połączenia komórek dwojga różnych ludzi. I że to w moim ciele takie małe nasionko dorosło do postaci, w której jest w stanie żyć na świecie. I w końcu, że zupełnie nic o nim nie wiem! Nie rozpoznawałam nawet jego płaczu wśród innych dzieci... Jedyne, co wyglądało znajomo, to profil jego buźki - identyczny jak na kilku ostatnich zdjęciach USG. Nie spodziewałam się tylu włosów na głowie, długich paluszków ani tego, że noworodek jest... taki malutki! (pomimo swojej słusznej wagi ponad 4 kg). 

Gdy się poruszył, zaczęłam się zastanawiać, co zrobię, jak się obudzi i zacznie płakać. Może zajrzę mu do pieluszki i przewinę? Może się przedstawię? Może...

Nie zdążyłam udzielić sobie odpowiedzi, bo gdy w końcu zakwilił, zalałam go moją mową powitalną odmieniając jego imię przez wszystkie formy i zdrobnienia, dziwiąc się, skąd mi to w ogóle przyszło do głowy. Bo przyszło. I do głowy i do serca. Jakoś nie bałam się go podnieść, przewinąć (tu mi się otworzyły różne klapki z instruktarzem ze szkoły rodzenia), wszystko przyszło naturalnie. Umacniało mnie przekonanie, że nie da się zrobić krzywdy własnemu dziecku, nawet jeśli coś robię niepoprawnie.  

Brzuszek do brzuszka

Pierwsze przystawienie do piersi, choć nieporadne (z mojej strony, bo dziecko wiedzione instynktem doskonale wiedziało, gdzie chwycić :)), zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Tym bardziej, że upłynęło sporo czasu, zanim przyniesiono mi małego do karmienia i nie byłam pewna, czy skoro już posmakował butelki (po cesarce dzieci w pierwszej dobie są często dokarmiane, zanim mama dojdzie do siebie), będzie miał ochotę jeszcze spróbować mojego pokarmu. Nie mogłam się nadziwić patrząc na maleńkie usteczka "poszukiwacza skarbów", który z zamkniętymi oczami dobrał się do celu i przyssał jak mała pijawka. Widok małej główeczki zatopionej w moim ramieniu i twarzyczki mocno przytulonej do mojego ciała był dla mnie tyleż niesamowity, co niespodziewany. A więc zaiskrzyło między nami! - cieszyłam się w duchu. 

Nie wiem, na ile to sprawka szalejących hormonów, na ile wpływ środków znieczulających, ale byłam maksymalnie oszołomiona sytuacją. Czy pozytywnie? Tak, jak najbardziej! Pomyślałam wtedy, że ten cały baby blues jest zdecydowanie przereklamowany. Bo jak można mieć jakieś załamanie, gdy ogarnia człowieka tak obezwładniające poczucie szczęścia...? 


fot.www.seven-seas.com

sobota, 3 maja 2014

Spotkanie 22 kwietnia, godz.10:37

Dobrą chwilę zastanawiałam się, czy rozpisywać się na temat porodówki jako takiej. Jeśli powiem, że nigdy w ciągu prawie 30-letniego życia nie byłam w szpitalu tak na poważnie (mam na myśli "z noclegiem"), to możecie sobie wyobrazić, że czułam się trochę jak dzikus wypuszczony z buszu. 

Między izbą przyjęć a blokiem operacyjnym 

Niemal wszystko było dla mnie nowe. Cewniki, wenflony i inne ciała obce, w tym obce ręce. O dziwo bariera wstydu dość szybko ustąpiła miejsca przekonaniu, że personel medyczny już widział w swojej karierze wszystko i naprawdę nie muszę się czuć skrępowana. Przynajmniej odpadł jeden ze stresorów. Osoby, które się mną zajmowały na różnych etapach były miłe, niektóre z dużym poczuciem humoru, co po części niwelowało dyskomfort pewnych zabiegów. Nie zmieniło to jednak faktu, że wiele z tych rutynowych działań odbierałam jako nieprzyjemne, głownie ze względu moje szpitalne nieobycie (jakoś nie przywykłam, że tylu ludzi ogląda mnie i dotyka tu i ówdzie) i małą odporność na ból. 

Na szczęście były też radośniejsze chwile. Jedną z nich było badanie tętna płodu. Akurat łóżko ustawione było w taki sposób, że miałam widok na okno, a tuż za nim na zieleń drzew z promieniami słonecznymi przedzierającymi się przez liście. Przepiękny, optymistycznie wiosenny obrazek! Przez 40 minut trwania pomiaru uśmiechałam się do siebie (albo do tych drzew - nie jestem pewna...), starając się nie zasnąć z tego ciepła i błogości, ponieważ musiałam czuwać aby przyciskać guziczek aparatury za każdym razem, gdy poczułam ruch dziecka. 

Pomyślałam, że gdyby poza tętnem dziecka rejestrowano też bicie serca matki, to moje z pewnością osiągałoby górne wartości normy, radośnie wyrywając się z piersi :) Świadomość, że już niebawem nastąpi jedno z najważniejszych wydarzeń mojego życia sprawiała, że nie mogłam usiedzieć (lub też: uleżeć) na miejscu i z każdą chwilą coraz bardziej nie mogłam się doczekać! 

Potem znów rzeczywistość szpitalna dała o sobie znać, bo przed cięciem cesarskim trzeba było założyć znieczulenie. Zawsze mnie frapowało, jak to jest, że żeby nie bolało, najpierw musi boleć. Jak u dentysty - żeby się znieczulić, najpierw trzeba przecierpieć ból podania zastrzyku. Tutaj wkłucie do kręgosłupa wymagało nie ruszania się, co było o tyle trudne w realizacji, że zazwyczaj instynktownie uciekam przed nadciągającą igłą. Jakimś cudem jednak udało mi się nie odskoczyć zbyt energicznie, ale w zamian nogi mi się straszliwie roztelepotały i tak trzęsły się aż do końca. Czyli do momentu, w którym znieczulenie zaczęło działać i przestałam odczuwać cokolwiek od pasa w dół...

Chwile, które łączą  

To, co działo się później, pamiętam już jak przez mgłę. Anestezjolog sprawdzał co kilka chwil czy znieczulenie chwyciło gdzie trzeba, a ja zamknęłam oczy na wypadek, gdyby się okazało, że w lampach odbija się pole operacyjne i nie daj Boże zobaczyłabym swoje wnętrzności. 

Choć wiedziałam, że nie będę czuła bólu, byłam mocno spięta, dlatego starałam się rozluźnić głębokim oddychaniem. W rezultacie słyszałam głównie moje dyszenie, które skutecznie zagłuszało rozmowy między lekarzami (może i dobrze :)). Otworzyłam oczy dopiero wtedy, gdy lekarka wyciągnęła z mojego brzucha dziecko i uniosła je nad parawan odgradzający moją głowę od reszty ciała...  

[robię przerwę w pisaniu, bo ilekroć wspominam tę chwilę, rozmazuje mi się obraz i litery jakieś takie niewyraźne...]



Nie wiem, skąd mi to przyszło wtedy do głowy, ale prezentacja Małego skojarzyła mi się ze sceną z bajki "Król lew", w której Rafiki ze szczytu lwiej skały pokazuje małego Simbę zwierzętom z całego królestwa. 

Zgaduję, że to może przez wpływ środków znieczulających, bo ani doktórka w najmniejszym stopniu nie przypominała pawiana, ani mój syn lwiątka... No ale cóż, nie ma co się zagłębiać w zakamarki (pod)świadomości. Przyjmuję to za sygnał włączania się instynktu macierzyńskiego, objawiający się właśnie przypominaniem sobie bajek, które w niedalekiej przyszłości będę przecież czytać/opowiadać dziecku :)

Tymczasem jeszcze gdy leżałam na stole operacyjnym ktoś podszedł z moim Maluszkiem i przyłożył jego buźkę do mojego policzka. To była króciuteńka chwila, pełna ciepła i wzruszenia.

I jak nic pasuje mi tu banał, że dla takich chwil warto żyć.  


fot.www.poradymamy.com.pl
fot.www.games.usvsth3m.com

sobota, 15 lutego 2014

Zanim złapię baby bluesa

Przed paroma dniami zrobiło się głośno w mojej okolicy za sprawą matki małego (ok. półrocznego) dziecka, która popełniła samobójstwo wyskakując nocą z okna własnego mieszkania. Niestety jest to przypadek autentyczny, a nie jedna z wielu mrożących krew w żyłach plotek, niewiele mających wspólnego z rzeczywistością. 

Ocenia się, że to najprawdopodobniej skutek nieleczonej depresji poporodowej, którą (wcale się nie dziwię) ciężarne raczej się nie chwalą - trudno więc takie zaburzenie zdiagnozować. Z drugiej strony wielu lekarzy na oddziałach ginekologiczno-położniczych niespecjalnie interesuje się stanem psychicznym swoich pacjentek - oni już swoją robotę wykonali: przyjęli poród, reszta należy już do położnicy. Ich zdaniem każda kobieta jakoś sobie radzi z wyzwaniami macierzyństwa, może trochę się pomazgai, ale ostatecznie stanie na nogi i nie ma co się doszukiwać wielkich depresji.   

Między porodówką a resztą życia

Rozmawiałam o tym ze znajomą ginekolożką. Przyznała, że wielu lekarzy tak właśnie myśli. Jednak po ostatnim incydencie niektórzy nieco złagodnieli w poglądach. Są skłonni przyjąć do wiadomości, że jedne kobiety radzą sobie lepiej, inne gorzej, ale są też niestety i takie, które nie dają rady wcale. Oczywiście nie jest całkowitą prawdą, że nie dają rady, ale problem w tym, że tak właśnie swoją sytuację postrzegają. A to wystarczy, by się załamać, jeśli na czas nie otrzymają wsparcia. Bo wsparcie niestety nie przybędzie, jeśli udaje się, że wszystko jest w porządku i z dobrą miną do złej gry obmyśla się strategię popełnienia samobójstwa...

Dowiedziałam się, że depresja poporodowa dotyka w większym stopniu kobiet, które rozwiązały ciążę przez cesarskie cięcie. Wiąże się to najpewniej z mniejszą więzią z dzieckiem, którą kobiety rodzące naturalnie mają szansę nawiązać już w czasie porodu. Tego, że poród nie skończy się cesarką akurat nie można sobie zagwarantować, ze względu na możliwość wystąpienia komplikacji w czasie porodu drogami natury. Ale jeśli kobieta wie, że taki właśnie będzie jej poród (ze wskazań medycznych wiadomych wcześniej, lub własnej decyzji), warto uczulić bliskie osoby, by szczególną troską objęły kobietę w połogu i nie bagatelizowały dłużej utrzymującego się baby bluesa. Co ważne, objawy poważnej depresji mogą wystąpić znacznie później, niż w samym szpitalu, czy zaraz po powrocie do domu.  

Sama wielokrotnie zastanawiałam się, jak zareaguję na nową sytuację, na sam poród, na spotkanie z dzieckiem, pierwsze wspólne dni i w dalszej kolejności na nową rzeczywistość w domu. Niewykluczone, że tak jak ok. 80% młodych mam, załapię za sprawą hormonów jakiegoś nieszkodliwego baby bluesa, który minie sam po pewnym czasie. Mam nadzieję, że będę w stanie sobie wtedy przypomnieć o tym, żeby możliwie o siebie zadbać, nie obwiniać się o brak formy i dać sobie tyle czasu ile będzie trzeba, żeby przyzwyczaić się do funkcjonowania w nowych warunkach i w nowej roli.  

Moja osobista prośba

Kto przeczytał ten wpis, jest proszony o skontaktowanie się ze mną jakiś miesiąc po porodzie celem sprawdzenia, czy wszystko u mnie w porządku. 

Z góry dziękuję!


fot.www.healthforher.org
fot.www.babyblues.com

wtorek, 14 stycznia 2014

Po co być ideałem?

Nie to, żebym była jakimś strasznym bałaganiarzem, ale do pedanta z pewnością mi daleko. W każdym razie jestem przekonana, że wielokrotnie oblałabym "test białej rękawiczki" przeprowadzony przez najperfekcyjniejszą panią domu w tym kraju. I cóż z tego?

Ot, tak mi się temat nasunął, gdy zastanawiałam się, jakich standardów czystości wymaga dziecko. Hmm, na pewno nie skrajnych. Czyli chyba mieszczę się w jakiejś normie. 

Po co o tym wspominam? Rozmawiałam niedawno ze znajomą na temat utrzymania w domu porządku. Obie uznałyśmy, że posiadanie zawsze wysprzątanego domu stanowi spore wyzwanie. Ciekawszym jednak wnioskiem było stwierdzenie, że żadnej z nas nie jest to specjalnie do szczęścia potrzebne. To znaczy lubimy mieć wszystko na swoim miejscu i dobrze czujemy się w czystym wnętrzu, ale niekoniecznie chcemy poświęcać temu zajęciu lwią część naszej doby. A skoro wypicowany dom nie znajduje się najwyżej w mojej hierarchii wartości, to po co zaprzątać sobie tym szczególnie głowę? 

Ano po to, że utarło się, że to kobieta dba o porządek w mieszkaniu i to na niej spoczywa ta przeogromna odpowiedzialność. To kobiety są chwalone za świetną organizację, za to, że jedną ręką mieszają zupę, a drugą odkurzają i tak dalej. I oddają się niektóre panie z prawdziwą satysfakcją tej wielozadaniowości, jakby chciały wygrać wyścig z kurzem. Tak jakby ilość powtórzeń tych samych ruchów szmatką miała sprawić, że to przebiegłe siedlisko roztoczy już nie powróci. A przecież zawsze wraca. 
"Nigdy nie ma wystarczającej ilości czasu, by zrobić wszystko, ale zawsze jest na tyle czasu, by zrobić to, co najważniejsze." (Brian Tracy)
Niestety wiele kobiet ciągle tłumaczy się, jeśli ma niewysprzątany dom. Mówią, że przy dziecku nie są w stanie wszystkiego ogarnąć, że brakuje czasu... A ja myślę, że czasu jest dokładnie tyle ile trzeba, po prostu są rzeczy ważne i ważniejsze, a wybór zawsze należy do nas. 

Przykładowo jeśli mam dziecko w wieku wymagającym najwięcej mojej uwagi, to dlaczego mam od siebie żądać, żeby tyle samo uwagi poświęcać o wiele mniej ważnym sprawom? To proste: doba jest ograniczona tak samo jak i moja energia, więc jeśli inwestuję ją w opiekę nad dzieckiem, to z czystym sumieniem pozwalam sobie na delikatne zaniedbania w innych dziedzinach życia. Nie muszę i nie chcę być ideałem. Bo i po co? 

Dziecko i tak rozliczy mnie z ilości czasu spędzonego z nim na zabawie, a nie z roboczogodzin przeznaczonych na sprzątanie. 


fot.www.sheknows.com

środa, 8 stycznia 2014

W sąsiednim wózku

W czasie kilku moich wolnych od pracy dni zgłosiłam się na ochotnika do spacerów z sąsiadką - mamą półtoramiesięcznej córki. Przynajmniej będę miała motywację zewnętrzną do wyjścia z domu, a poza tym będę mogła podglądnać, jak to jest!!

Początkowo trochę nieśmiało zaglądałam do wózka, chowającego małego człowieczka. Ciągle nie mogę uwierzyć, że mała jest już na świecie. Jeszcze w listopadzie była przecież w maminym brzuchu! Od czasu do czasu zazdrośnie spoglądam na sąsiadkę, która znakomicie radzi sobie z dzieckiem i jak na moje oko, zachowuje się jak rasowa mamuśka. 
Skąd ona wie, jak mówić do dziecka, jak go ubrać i w jakim tempie spacerować z wózkiem?? Spokojnie, spokojnie - powtarzam sobie. Ja też będę wiedzieć, jak już będzie to dotyczyło mojego własnego dziecka. 
Niesamowite, że w kwietniu znów będę spacerować po osiedlu, tyle że już z własnym dzieckiem w wózku! Jeszcze nie wiem, czy ten dreszcz przebiegający po plecach to bardziej podekscytowanie, czy obawa. Pewnie i jedno i drugie, ale z przewagą tego pierwszego. 

!!! :)


fot.www.disneybaby.com

czwartek, 5 grudnia 2013

Butelka do połowy pelna

Różnica między pesymistą a optymistą? Pesymista na cmentarzu widzi same krzyże, optymista - same plusy. 

Jak mówi przysłowie: 
"Szczęście jest zawsze tam, gdzie człowiek je widzi". 
Czasami wyobrażam sobie, że gdy człowiek zostaje rodzicem, to jego mózg, dostosowując się do nowej roli, w magiczny sposób zatraca skłonność do pesymizmu. 


fot.www.polki.pl

wtorek, 8 października 2013

!!!

Gdy zobaczyłam dziś na monitorze, że mam w brzuchu już nie fasolkę, nie haribo, ale maleńką człekokształtną istotkę, zatkało mnie totalnie. 

Jedyne, co byłam w stanie wydusić, to nieudolne pytanie: "Ile to...to mierzy??". 

"To nie to to, tylko twoje dziecko."- usłyszałam serdeczny głos pani doktor.

Zaczęłam się tłumaczyć (chyba głównie przed sobą), że jeszcze ciągle to do mnie nie dociera, że wewnątrz mnie pływa sobie taki ludzik. Lekarka, która zapewne niejedno już w gabinecie widziała i słyszała, powiedziała: "spokojnie, niektóre kobiety dopiero na porodówce się reflektują, że może już czas wymyślić dziecku jakieś imię". Uff, nie jest ze mną chyba aż tak źle :)  

Wyszłam z gabinetu, a w głowie do teraz dźwięczy mi: "moje dziecko, moje dziecko, moje dziecko...". 


fot.źródło własne

środa, 18 września 2013

Haribo...

...macht Kinder froh und Erwachsene ebenso!*

Drugie USG pokazało, że fasolka przepoczwarzyła się w istotkę z wyodrębnioną głową i zawiązkami kończyn, do złudzenia przypominającą miśka Haribo! 

Jak nic, pasuje mi tu hasło reklamowe najpopularniejszych żelków, bo radość dorosłych (rodziców) na widok obrazu na monitorze była przeogromna :)

* niestety w polskiej wersji nie stworzono odpowiednika tego hasła, który oddawałby sens z zachowaniem rymu, więc podaruję sobie tłumaczenie...


fot.www.serendipitybliss.wordpress.com

środa, 14 sierpnia 2013

Babcina tajemnica

Spotkaliście się z taką filozofią życia i śmierci, że starsi ludzie odchodzą, żeby zrobić miejsce na świecie dla nowego człowieka? 

Nie mogłam o tym nie pomyśleć, gdy w chwili mojego wyjazdu na wakacje dowiedziałam się, że z moją ukochaną, chorą onkologicznie babcią jest już bardzo źle. Tak samo, jak nie mogłam przestać powtarzać w myślach "zaczekaj na mnie, babciu!". 

Zaczekała. 

Udało mi się dojechać do niej, gdy była jeszcze w pełni świadoma i chętnie przyjmowała odwiedziny. Choć nikt z rodziny nie wiedział o moich planach rodzicielskich, jej jednej chciałam o nich powiedzieć. Nie będzie przesadą jeśli powiem, że czułam wręcz wewnętrzną powinność, jakiś przymus. 

"Babciu, mogę Ci coś powiedzieć w tajemnicy?". Przytaknęła, nadstawiła ucha, a gdy usłyszała, że staramy się o dziecko, wzięła kilka głębszych oddechów. Wyglądało, jakby odetchnęła z ulgą. Miałam wrażenie, że jej twarz się odprężyła. Przymknęła oczy, delikatnie się uśmiechnęła. "To dobrze...to bardzo dobrze". 

Od zakonnicy pracującej w hospicjum dowiedziałam się, że chorzy często "czekają" ze śmiercią na przyjazd ulubionego dziecka, na jakąś ważną wiadomość, na jakąś szczególną datę. Może dla babci nie miało to takiego znaczenia jak dla mnie, ale cieszyłam się, że zdążyłam się podzielić z nią tą radością. 


fot. www.bigler6.blogspot.com   


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...