"Niech pani nie formułuje opinii o pediatrze na podstawie jednej wizyty" - poradziła mi położna, która przychodziła do mnie i do dziecka po porodzie.
Dobrze, że zwróciła na to moją uwagę, bo faktycznie czeka mnie sporo wizyt kontrolnych, szczepiennych itp.
Jak mu z oczu patrzy
Rzeczywiście może być tak, że pierwsze wrażenie będzie zmącone naszym przejęciem wizytą, rozkojarzeniem z powodu zaabsorbowania dzieckiem, albo sprawdzaniem, czy aby w gabinecie nie ma przeciągu.
Jakkolwiek więc lekarz wydawał by się nieodpowiedni (gbur, nieuprzejmy, niedostępny, niedouczony itp), to może i tak za radą położnej warto dać mu drugą szansę? Do tego czasu przetrawimy pierwsze wrażenie i lekko się zdystansujemy, a to już wystarczy, aby następnym razem przyjrzeć się mu bardziej jako specjaliście, niż człowiekowi.
Oczywiście wszyscy byśmy sobie życzyli, żeby lekarze zawsze zachowywali się profesjonalnie, byli dla nas uprzejmi, odpowiadali na wszystkie nasze pytania i poświęcali nam 100% swojej uwagi. Jednak to też są tylko ludzie i jak my wszyscy mogą mieć gorszy dzień. Dlatego zanim pójdziemy do innego lekarza, upewnijmy się, ze nie zamykamy sobie drzwi do być może bardzo dobrego fachowca.
Opinia zawsze subiektywna
Przy tym temacie mam jeszcze jedną refleksję. Polecenia. Często o naszych wyborach dotyczących lekarza decyduje czyjaś rekomendacja. Uważam, że nie do końca słusznie.
Nie dlatego, że nie warto zbierać różnych opinii. Przeciwnie, jeśli tylko jest możliwość, sama przeprowadzam wywiad środowiskowy. I nierzadko na temat tej samej osoby słyszę całkowicie skrajne opinie. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że jesteśmy tak różni w naszych potrzebach i tak odmienne mamy oczekiwania, iż zawsze będzie tak, że jedni ludzie będą zadowoleni z usług, a inni nie. I to niekoniecznie dlatego, że specjalista nie jest dobrym fachowcem. Najczęściej chodzi o kryterium "bycia fajnym", czyli ocena człowieka jako takiego. Jak to w życiu, jedni ludzie nam "pasują", inni nie. Tak po prostu.
Podam przykład z własnego podwórka. Kilka dni temu wysłuchałam opinii sąsiadki o fizjoterapeutce dziecięcej. Bardzo sobie chwaliła jej podejście do dziecka, wyjaśnianie wszystkiego rodzicom, energiczność i pasję tej pani. Niedługo później o tej samej specjalistce wypowiadała się moja inna znajoma. I co? Wcale nie była z niej zadowolona. Bo zbyt głośna, bo chaotyczna, bo dziecko przy niej płakało.
Zatem najlepsze do możemy zrobić, to wysłuchać tylu opinii, ile się uda zebrać, ale własną wyrobić sobie dopiero po osobistym kontakcie.
fot.www.phennec.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opinie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą opinie. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 22 maja 2014
piątek, 28 marca 2014
Najlepsza szkoła rodzicielstwa na świecie
Po kolejnych zajęciach w szkole rodzenia (znów bardzo ciekawych i przydatnych) pojawił się w mojej głowie duży znak zapytania: kogo ostatecznie posłucham? z czyich rad skorzystam? I w końcu: kto ma rację?
Racja twoja, moja, mojsza...
Pomimo wcześniejszego oporu, przeczytałam już trochę literatury poświęconej opiece nad dzieckiem. W międzyczasie wpadały mi w ręce różne poradniki i artykuły, a także docierał do mnie ustny przekaz wielu doświadczonych mam.
I to, co mam w głowie po zebraniu tego wszystkiego "do kupy", to jeden wielki mętlik. Choć każda z proponowanych opcji wydaje się równie sensowna, to wiele z nich jest od siebie tak różnych, że trudno znaleźć wspólny mianownik. Za każdą pojedynczą metodą przemawia wiele argumentów i są one jednocześnie w kontrze do metod alternatywnych. Na każdy jeden temat, czy to karmienie, czy przewijanie, czy szczepienia jest tyle wariacji, że bez trudu można się pogubić. Zwłaszcza jeśli jest się zupełnym nowicjuszem i chce się polegać na czyiś wypróbowanych sposobach. Tylko na czyich??
Najlepszy doradca
Gdy w pewnej sprawie zagadnęłam do szwagierki z prośbą o poradę, dodając że jeszcze tylu rzeczy ciągle nie wiem, odpowiedziała:
I jeszcze jedno: z pewnością najskuteczniejszymi metodami okażą się te, do których będę prawdziwie przekonana. Nic na siłę.
Moje przemyślenia ostatecznie zatoczyły koło i powróciłam do przekonania sprzed ciąży, że dziecka trzeba się nauczyć poprzez obserwację i interakcję, a wtedy będę wiedziała, co należy zrobić. Żaden podręcznik tego nie zastąpi.
Wniosek: najlepszą szkołą rodzicielstwa na świecie będzie bycie mamą każdego dnia.
fot.www.health.india.com
fot.www.anationofmoms.com
Racja twoja, moja, mojsza...
Pomimo wcześniejszego oporu, przeczytałam już trochę literatury poświęconej opiece nad dzieckiem. W międzyczasie wpadały mi w ręce różne poradniki i artykuły, a także docierał do mnie ustny przekaz wielu doświadczonych mam.
I to, co mam w głowie po zebraniu tego wszystkiego "do kupy", to jeden wielki mętlik. Choć każda z proponowanych opcji wydaje się równie sensowna, to wiele z nich jest od siebie tak różnych, że trudno znaleźć wspólny mianownik. Za każdą pojedynczą metodą przemawia wiele argumentów i są one jednocześnie w kontrze do metod alternatywnych. Na każdy jeden temat, czy to karmienie, czy przewijanie, czy szczepienia jest tyle wariacji, że bez trudu można się pogubić. Zwłaszcza jeśli jest się zupełnym nowicjuszem i chce się polegać na czyiś wypróbowanych sposobach. Tylko na czyich??
Najlepszy doradca
Gdy w pewnej sprawie zagadnęłam do szwagierki z prośbą o poradę, dodając że jeszcze tylu rzeczy ciągle nie wiem, odpowiedziała:
"nikt nie wie wszystkiego, a już niedługo twoim najlepszym doradcą stanie się matczyna intuicja".Lepszej odpowiedzi chyba nie mogłabym dostać. Bardzo na to liczę, że będę potrafiła się na własną intuicję zdać i nie tracić głowy przy pierwszych wątpliwościach, czy aby na pewno dobrze robię. Mam nadzieję, że instynkt macierzyński nie pozwala zrobić krzywdy własnemu dziecku, a dobór optymalnego sposobu zajmowania się maluszkiem będzie po prostu efektem prób i błędów. Aż w końcu wypracuję sobie własne metody, najbardziej odpowiadające dziecku i najwygodniejsze dla mnie.
I jeszcze jedno: z pewnością najskuteczniejszymi metodami okażą się te, do których będę prawdziwie przekonana. Nic na siłę.
Moje przemyślenia ostatecznie zatoczyły koło i powróciłam do przekonania sprzed ciąży, że dziecka trzeba się nauczyć poprzez obserwację i interakcję, a wtedy będę wiedziała, co należy zrobić. Żaden podręcznik tego nie zastąpi.
Wniosek: najlepszą szkołą rodzicielstwa na świecie będzie bycie mamą każdego dnia.
fot.www.health.india.com
fot.www.anationofmoms.com
piątek, 15 listopada 2013
Ranking mam
Widziałam się dziś z przyjaciółką, mamą 4 miesięcznej córci. Rozmawiałyśmy o początkach jej macierzyństwa, chętnie dzieliła się radami jako ta bardziej doświadczona.
Nie ukrywałam, że temat karmienia jest dla mnie wciąż "nieobrobiony" mentalnie i byłam ciekawa jej doświadczeń.
Oto, co mi powiedziała: "zapamiętaj: niezależnie od tego, czy będziesz karmić piersią, czy nie - będziesz dobrą mamą".
No tak, w środowisku mam i często również personelu medycznego naturalne karmienie jest jedynym dopuszczalnym. Panuje przekonanie, że to najlepsze, co matka może dać swojemu dziecku.
A co, jeśli z różnych względów nie może?
Która lepsza?
Przyjaciółka jest właśnie przykładem kobiety, która mimo szczerych chęci nie zdołała wykarmić swojego dziecka. Pokarmu miała maleńko, dziecko nie przybierało na wadze, choć było regularnie przystawiane i faktycznie coś tam piło. Ale to nie była ani wystarczająca ilość ani jakość. I nie ma sobie nic do zarzucenia.
"Spróbuj - to na pewno. Ale jeśli się nie uda, to trudno. Nic na siłę."
Inna znajoma przestała karmić po interwencji lekarza. Była bardzo znerwicowana rolą matki i dużo czasu zajęło jej przyzwyczajenie się do nowej funkcji. Jej dziecko również było bardzo niespokojne, więc najwidoczniej z pokarmem przekazywała mu te wszystkie toksyczne substancje wytwarzane pod wpływem stresu. Po odstawieniu syna od piersi i ona się uspokoiła i dziecko.
Morał? Mleko matki nie zawsze jest bezwzględnie najlepsze. Zawsze trzeba wziąć pod uwagę możliwości, okoliczności i wybierać mniejsze zło.
Dlatego uważam, że podział na matki lepsze (karmiące piersią) i gorsze (nie karmiące naturalnie) nie ma racji bytu. Jestem przekonana, że każdy wybór jest podyktowany dobrem wspólnym - i matki i dziecka.
fot.www.m.webmd.com
Nie ukrywałam, że temat karmienia jest dla mnie wciąż "nieobrobiony" mentalnie i byłam ciekawa jej doświadczeń.
Oto, co mi powiedziała: "zapamiętaj: niezależnie od tego, czy będziesz karmić piersią, czy nie - będziesz dobrą mamą".
No tak, w środowisku mam i często również personelu medycznego naturalne karmienie jest jedynym dopuszczalnym. Panuje przekonanie, że to najlepsze, co matka może dać swojemu dziecku.
A co, jeśli z różnych względów nie może?
Która lepsza?
Przyjaciółka jest właśnie przykładem kobiety, która mimo szczerych chęci nie zdołała wykarmić swojego dziecka. Pokarmu miała maleńko, dziecko nie przybierało na wadze, choć było regularnie przystawiane i faktycznie coś tam piło. Ale to nie była ani wystarczająca ilość ani jakość. I nie ma sobie nic do zarzucenia.
"Spróbuj - to na pewno. Ale jeśli się nie uda, to trudno. Nic na siłę."
Inna znajoma przestała karmić po interwencji lekarza. Była bardzo znerwicowana rolą matki i dużo czasu zajęło jej przyzwyczajenie się do nowej funkcji. Jej dziecko również było bardzo niespokojne, więc najwidoczniej z pokarmem przekazywała mu te wszystkie toksyczne substancje wytwarzane pod wpływem stresu. Po odstawieniu syna od piersi i ona się uspokoiła i dziecko.
Morał? Mleko matki nie zawsze jest bezwzględnie najlepsze. Zawsze trzeba wziąć pod uwagę możliwości, okoliczności i wybierać mniejsze zło.
Dlatego uważam, że podział na matki lepsze (karmiące piersią) i gorsze (nie karmiące naturalnie) nie ma racji bytu. Jestem przekonana, że każdy wybór jest podyktowany dobrem wspólnym - i matki i dziecka.
fot.www.m.webmd.com
czwartek, 12 września 2013
Zdjęcia z wakacji
Jak w ciekawy sposób poinformować znajomych o potomku w drodze?
Powiedzieć: "Pokażemy wam zdjęcia z wakacji!" i wyciągnąć wydruk USG z Fasolką na pierwszym planie. Efekt gwarantowany! :)
Szalenie miło odbierało się reakcje znajomych i rodziny, zwłaszcza tych spośród nich, którzy absolutnie się nie spodziewali. Powiedzmy sobie szczerze, ja sama jeszcze rok temu byłabym zaskoczona :)
Wśród komentarzy typu "ale super" i "bardzo się cieszę", był też jeden szczególny, a brzmiał on: "wielkie gratulacje i podziwiam odwagę!". Głęboko zapadł mi w pamięć między innymi dlatego, że wypowiedziała go koleżanka, która też jeszcze nie ma dzieci. Wiedziałam, że doskonale rozumiała moje wcześniejsze obawy i trudności z podjęciem decyzji.
Mam świadomość, że dla większości ludzi moja ciąża jest jedynie naturalną koleją rzeczy, niczym wyjątkowym. Dla mnie wręcz przeciwnie - to ogromny przełom, którego zaistnienie wcale nie było takie oczywiste.
Moja kuzynka do dziś wspomina ogromną awersję do dzieci, której przez długie lata nie potrafiłam ukryć przed rodziną. Jaka była jej reakcja? "Sorry, ale nie widzę cię z pampersem w ręku - muszę to zobaczyć! :)"
fot.www.mamazone.pl
Powiedzieć: "Pokażemy wam zdjęcia z wakacji!" i wyciągnąć wydruk USG z Fasolką na pierwszym planie. Efekt gwarantowany! :)
Szalenie miło odbierało się reakcje znajomych i rodziny, zwłaszcza tych spośród nich, którzy absolutnie się nie spodziewali. Powiedzmy sobie szczerze, ja sama jeszcze rok temu byłabym zaskoczona :)
Wśród komentarzy typu "ale super" i "bardzo się cieszę", był też jeden szczególny, a brzmiał on: "wielkie gratulacje i podziwiam odwagę!". Głęboko zapadł mi w pamięć między innymi dlatego, że wypowiedziała go koleżanka, która też jeszcze nie ma dzieci. Wiedziałam, że doskonale rozumiała moje wcześniejsze obawy i trudności z podjęciem decyzji.
Mam świadomość, że dla większości ludzi moja ciąża jest jedynie naturalną koleją rzeczy, niczym wyjątkowym. Dla mnie wręcz przeciwnie - to ogromny przełom, którego zaistnienie wcale nie było takie oczywiste.
Moja kuzynka do dziś wspomina ogromną awersję do dzieci, której przez długie lata nie potrafiłam ukryć przed rodziną. Jaka była jej reakcja? "Sorry, ale nie widzę cię z pampersem w ręku - muszę to zobaczyć! :)"
fot.www.mamazone.pl
sobota, 7 września 2013
Gdy nadchodzi ten czas
Ilekroć zastanawiam się, co dokładnie sprawiło, że zapragnęłam dziecka, odpowiedź brzmi: nie wiem.
Jednocześnie dostrzegam pewne czynniki, które mogłabym uznać za katalizatory tej decyzji, ale nie mam pewności, że to właśnie one były decydujące.
Na pewno należą do nich choroby onkologiczne w mojej rodzinie zdiagnozowane w ostatnim czasie, które mogły mnie śmiertelnie przerazić i włączyć myślenie "może i ja mam coś w genach? może nie mam w życiu aż tak wiele czasu?" itp.
Drugi możliwy czynnik - sytuacja życiowa. Kobiety często decydują się na dziecko gdy czują stabilizację, mają tak zwane warunki do założenia rodziny. Do tego wora wrzuciłabym nie tylko finanse, dach nad głową i innego rodzaju podstawy bytowe, ale też osobę partnera. To często jego postawa życiowa i nastawienie (prorodzinne) ma o wiele większe znaczenie dla kobiety, niż zaplecze materialne. Obserwuję to zjawisko u koleżanek, które nie zawahały się przed decyzją o kolejnych dzieciach, chociaż z płynnością finansową bywało różnie.
Wracając do czynników potencjalnie decyzyjnych, kolejną rzeczą, którą zapamiętałam, mogła być informacja sąsiadki o jej ciąży. Bardzo się ucieszyłam na tą wieść -zupełnie nie w moim stylu (zwykle reagowałam na takie nowiny lekko naciąganym uśmiechem i myślałam: "aha, no skoro chciała, to fajnie, że się udało"). Tym razem było zupełnie inaczej. Ucieszyłam się tak bardzo, jakby to dotyczyło najbliższej mi osoby, a to była zaledwie nowo poznana sąsiadka! Byłam tak oszołomiona własnym entuzjazmem, że przez kolejne dni nie mogłam się z tym uporać :)
W pewnym momencie zorientowałam się, że dlatego mnie to tak cieszy, bo... mogłoby dotyczyć mnie samej! Dziwne odkrycie, bo przecież od lat mam w swoim otoczeniu koleżanki z dziećmi, które kiedyś podzieliły się ze mną wiadomością o ciąży. Jednak nigdy wcześniej nie odnosiłam tego do siebie. A tym razem... po raz pierwszy pomyślałam o tym, że ja też mogę być kiedyś w ciąży!
Co więcej, to wyobrażenie wydało mi się wtedy bardzo realne. Psycholożka w ciąży :)
Wszędzie dobrze, gdzie jesteśmy
Biorąc pod uwagę powyższe wydarzenia mogłabym wyciągnąć wniosek, że właśnie one sprawiły, że zapragnęłam dziecka. Ale nie robię tego, ponieważ to byłoby za duże uproszczenie. Już przed laty działy się podobne sytuacje, równie ważne życiowo, które spokojnie mogłyby wywołać jakiś przełom w moim myśleniu o potomstwie, a jednak tego nie zrobiły.
Najwidoczniej to nie był mój czas i tyle. Podobnie teraz, mógł wystarczyć jeden bodziec, a może było ich całe mnóstwo, gromadzących się latami.
Jednego jestem pewna: nastąpiła zasadnicza zmiana w moim myśleniu.
fot.www.flickr.com
fot.www.kampaniespoleczne.pl
Jednocześnie dostrzegam pewne czynniki, które mogłabym uznać za katalizatory tej decyzji, ale nie mam pewności, że to właśnie one były decydujące.
Na pewno należą do nich choroby onkologiczne w mojej rodzinie zdiagnozowane w ostatnim czasie, które mogły mnie śmiertelnie przerazić i włączyć myślenie "może i ja mam coś w genach? może nie mam w życiu aż tak wiele czasu?" itp.
Drugi możliwy czynnik - sytuacja życiowa. Kobiety często decydują się na dziecko gdy czują stabilizację, mają tak zwane warunki do założenia rodziny. Do tego wora wrzuciłabym nie tylko finanse, dach nad głową i innego rodzaju podstawy bytowe, ale też osobę partnera. To często jego postawa życiowa i nastawienie (prorodzinne) ma o wiele większe znaczenie dla kobiety, niż zaplecze materialne. Obserwuję to zjawisko u koleżanek, które nie zawahały się przed decyzją o kolejnych dzieciach, chociaż z płynnością finansową bywało różnie.
W tej chwili przypomina mi się filmik, który przysłała mi kiedyś zatroskana moim losem (=bezdzietnością) znajoma. Bohaterką filmiku była kobieta rodząca w bólach... odkurzacz. Dokładnie tak. Film był elementem kampanii społecznej i kończył się pytaniem: "A ty, co jeszcze musisz kupić, zanim zdecydujesz się na dziecko?".
W pierwszej chwili nie zrozumiałam, co to ma wspólnego ze mną, ale potem dotarło do mnie, że przesłanie koleżanki dla mnie było następujące: jeżeli nie masz dzieci ze względu na inne wydatki, to jesteś egoistyczną materialistką. Alternatywna interpretacja: jeśli masz wystarczająco dużo pieniędzy, aby pozwolić sobie na dziecko, ale tego nie robisz, to jest coś z tobą nie tak.W obu przypadkach zastanów się poważnie nad sobą kobieto!
Od tamtej pory wiedziałam, że jeśli chcę uniknąć tego typu komentarzy w przyszłości, to nie mogę posługiwać się argumentem finansowym przy usprawiedliwieniu decyzji o nieposiadaniu dziecka. Pewnie kiedyś, dla świętego spokoju wyrwało mi się coś w stylu: nie mam dziecka, bo (jeszcze) mnie nie stać. I choć to mało asertywna odpowiedź, skutecznie zamykała usta pytających. Zawsze to lepiej brzmi, niż: "nie, bo nie", a przynajmniej nie musiałam się tłumaczyć z braku uczuć macierzyńskich, na które - jak mi się wydawało - nie miałam wpływu.
Wracając do czynników potencjalnie decyzyjnych, kolejną rzeczą, którą zapamiętałam, mogła być informacja sąsiadki o jej ciąży. Bardzo się ucieszyłam na tą wieść -zupełnie nie w moim stylu (zwykle reagowałam na takie nowiny lekko naciąganym uśmiechem i myślałam: "aha, no skoro chciała, to fajnie, że się udało"). Tym razem było zupełnie inaczej. Ucieszyłam się tak bardzo, jakby to dotyczyło najbliższej mi osoby, a to była zaledwie nowo poznana sąsiadka! Byłam tak oszołomiona własnym entuzjazmem, że przez kolejne dni nie mogłam się z tym uporać :)
W pewnym momencie zorientowałam się, że dlatego mnie to tak cieszy, bo... mogłoby dotyczyć mnie samej! Dziwne odkrycie, bo przecież od lat mam w swoim otoczeniu koleżanki z dziećmi, które kiedyś podzieliły się ze mną wiadomością o ciąży. Jednak nigdy wcześniej nie odnosiłam tego do siebie. A tym razem... po raz pierwszy pomyślałam o tym, że ja też mogę być kiedyś w ciąży!
Co więcej, to wyobrażenie wydało mi się wtedy bardzo realne. Psycholożka w ciąży :)
Wszędzie dobrze, gdzie jesteśmy
Biorąc pod uwagę powyższe wydarzenia mogłabym wyciągnąć wniosek, że właśnie one sprawiły, że zapragnęłam dziecka. Ale nie robię tego, ponieważ to byłoby za duże uproszczenie. Już przed laty działy się podobne sytuacje, równie ważne życiowo, które spokojnie mogłyby wywołać jakiś przełom w moim myśleniu o potomstwie, a jednak tego nie zrobiły.
Najwidoczniej to nie był mój czas i tyle. Podobnie teraz, mógł wystarczyć jeden bodziec, a może było ich całe mnóstwo, gromadzących się latami.
Jednego jestem pewna: nastąpiła zasadnicza zmiana w moim myśleniu.
fot.www.flickr.com
fot.www.kampaniespoleczne.pl
sobota, 27 lipca 2013
Do zakochania jeden krok...pod warunkiem że są swoje
Tak się szczęśliwie składa, że nigdy nie miałam większych problemów z organizowaniem sobie wsparcia społecznego, głównie informacyjnego. Z tego względu gdy tylko pomysł: “dziecko” pojawił się w mojej głowie, korzystam z wielu okazji, aby dowiedzieć się, jak macierzyństwa i rodzicielstwa doświadczają inni. Spotkanie z J.
J. zna mnie dość krótko (niecały rok), ale to jedna z tych znajomości, które zdają się trwać od zawsze. Dobre porozumienie, nadawanie na podobnych falach. Szybko zorientowała się w moim podejściu do dzieci i zapamiętała to niechętne. Z tym większym szokiem słuchała mnie kilka miesięcy później, gdy jak nakręcona opowiadałam jej o tym, jak maleńka myśl o własnym dziecku nieśmiało zakiełkowała mi w głowie. Mówiła, że miałam wypieki na twarzy i wyglądałam tak, jak wygląda człowiek zakochany! Trochę oszołomiona, z błyskiem w oku i pasją w głosie. “Jakbyś nie do końca wiedziała co się z tobą dzieje, taka podekscytowana i radosna. Jakbyś była zaskoczona tym, co ci się przytrafiło i jednocześnie pełna obaw, czy iść za tym głosem.”
Spotkanie z A.
A. jest znajomą znajomej, którą poznałam w czasie marszu z kijkami. Na pytanie, czym się zajmuje poza trenowaniem nordic walking, odpowiedziała, że aktualnie "siedzi" w domu na urlopie macierzyńskim. Czyli niedawno została matką! - od razu podłapałam i podpytałam o kilka interesujących mnie kwestii. Szybko okazało się, że nie jest typową “mamuśką”, która poza dzieckiem już świata nie widzi. Może właśnie dlatego od razu stała się bliższa memu sercu. Z naszej rozmowy zapamiętałam, że nie służy jej towarzystwo matek np. na placu zabaw. Dlaczego? “Bo baby ciągle ględzą o tych dzieciach i porodach”. :-) I wyobraziłam sobie, jak na wspomnianym placu zabaw wianuszek mam przechwala się swoimi dziećmi, podczas gdy ona, gdzieś na uboczu czyta książkę. Na kolejnej ławce wyobraziłam sobie siebie samą ze słuchawakami na uszach, słuchającą radia albo audiobooka :-)
Spotkanie z J.
Poznałam ją na urodzinach przyjaciółki. Pracuje w IT, więc była “rodzynką” w gronie samych psycholożek. Tym chętniej słuchałam tego, co ma do powiedzenia, bo ludzie z różnych branż reprezentują często odmienne podejście do życia, nierzadko bardzo inspirujące. Matka 5-letniego syna. Jest absolutnie pragmatyczna, poukładana, typowy umysł ścisły. Do dziś nie wie, jak to się stało, że została matką :-) Drugi raz pewnie się już nie zdecyduje. Przed porodem zrobiła tabelę, w której wpisała plusy i minusy porodu naturalnego i cięcia cesarskiego. Wyszło jej, że cesarka będzie dla niej optymalnym rozwiązaniem. I do dziś bardzo sobie chwali tamtą decyzję, dzięki której uniknęła wielu stresów i bólu.
Spotkanie z E.
Z E. rozmawiam głównie online, ale w miarę na bieżąco aktualizujemy informacje “co słychać”. Gdy przemyciłam własne refleksje o możliwości bycia mamą, a zaraz potem wątpliwości, czy się będę nadawać, no bo przecież nie przepadam za cudzymi dziećmi, usłyszałam w odpowiedzi: “To nie jest żadna przeszkoda. Dzieci są fajne pod warunkiem, że są własne”. Takie proste, że aż trudno uwierzyć, że nikt wcześniej nie uraczył mnie tym argumentem!
Spotkanie z K.
Sporadyczny kontakt, najczęściej za pośrednictwem skype'a. Niedawna rozmowa odbyła się dość późnym wieczorem, umówiona zupełnie spontanicznie, którą z jakiegoś powodu jeszcze opóźniłam. I uszom nie wierzyłam, gdy padło pytanie: "Dziecko już uśpione?". Zamurowało mnie, przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć. Gdy wyjaśniłam, że nie to jest powodem opóźnienia, usłyszałam bezemocjonalne "aha, tak jakoś pomyślałem, że wcześniej nie mogłaś pogadać, bo musiałaś położyć dziecko spać". Sądzę, że gdyby ta sytuacja zaistniała kilka lat temu, raczej roześmiałabym się kwitując "skąd ten pomysł? ja? dziecko?". A teraz poczułam się jak prześwietlona promieniami rtg! Nie chwaliłam się moimi planami prokreacyjnymi, więc jak mógł pomyśleć, że...? Zamiast się domyślać, pociągnęłam tą zaskakującą rozmowę: "wyobrażasz sobie mnie jako matkę? jak wyglądam?". - "Normalnie, tak się pochylasz nad wózeczkiem, uśmiechasz się do dziecka...". Nie do wiary. Ja jeszcze nie do końca zobaczyłam siebie w tej roli, a ktoś już mógł mnie sobie w niej wyobrazić!
Każde z tych spotkań wniosło bardzo dużo do dyskusji, którą prowadzałam sama ze sobą przez kilka miesięcy. Takich rozmów było oczywiście więcej, ale tych kilka szczególnie wryło się w moją pamięć.
fot. www.robert-craven.blogspot.com
Subskrybuj:
Posty (Atom)







