Niespełna kilka miesięcy temu byłam o włos od rezygnacji z karmienia piersią, a właściwie od rezygnacji z prób. Kosztowało mnie to dużo bólu, stresu, a przede wszystkim niepewności, czy dziecko się najada.
Dziś jestem z siebie dumna, że mimo ogromnego zniechęcenia kontynuowałam próby i w końcu zaskoczyło. Od jakiegoś czasu karmię już bez osłonek (a jednak nawet moja oporna skóra się hartuje!), nie odczuwam dyskomfortu wiążącego się z samym pobieraniem przez dziecko pokarmu jak i jego napływem. A co najważniejsze (i wielce zaskakujące jednocześnie), czerpię z tego naprawdę dużą przyjemność. I aż się łezka w oku kręci na myśl o tym, że niebawem czeka mnie rozszerzanie diety maluszka, czyli stopniowe zastępowanie porcji mleka innymi produktami. Ehh, kto by pomyślał, że tak mi się odmieni...
I choć za nami już przeszło tysiąc mlecznych posiłków, to ciągle nie wiem, na czym ma polegać karmienie na żądanie. Niezupełnie odróżniam rodzaje płaczu, raczej działam instynktownie. Jednocześnie staram się nie utrwalać nawyku, że przystawienie do piersi służy uspokojeniu, wynagrodzeniu czegokolwiek, czy usypianiu (tego ostatniego najmniej udaje mi się przestrzegać, bo jak już zaśnie to przecież się cieszę, a nie budzę :)).
I to by było tyle na dziś, bo właśnie słyszę synka, który chyba komunikuje swe żądania...
PS. Już po :)
PS'. Acha, zmieniło się jeszcze coś: w czasie karmienia nie jestem już obłożona książkami czy gazetami, aby jak najefektywniej ten "siedzący" czas wykorzystać. Teraz mały je już o wiele szybciej, więc po pierwsze nie zdążyłabym otworzyć lektury na pożądanej stronie, a po drugie - zwyczajnie żal mi się rozpraszać! Synuś karmi się mlekiem, a ja - jego widokiem :)
fot.www.demotywatory.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą karmienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą karmienie. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 29 września 2014
sobota, 28 czerwca 2014
Do zaczytania jeden łyk
Jeszcze niedawno nie mogłam sobie pozwolić na dodatkowe aktywności w czasie karmienia dziecka, ale sytuacja uległa zmianie (synek je bez pilnowania go :)), więc postanowiłam ją wykorzystać.
Nie wiem z jakiej okazji od paru lat promowane jest tak intensywnie karmienie piersią (w końcu jeśli to autentycznie najlepszy z możliwych pokarm dla dziecka, to powinien obronić się sam...), w każdym razie jednym z argumentów jest "odpoczynek i czas dla siebie". Na początku pomyślałam, że to jakaś kpina. Teraz dostrzegam w czym rzecz. Mogę siąść na czterech literach i przez kilkadziesiąt minut nie zmuszać się do robienia niczego innego. Podczas gdy mleko płynie bez mojego udziału, sama mogę w tym czasie na przykład przekartkować ostatnią gazetę. A jeszcze lepiej książkę i to nie jedną.
W pierwszej kolejności postanowiłam nadrobić zaległości, czyli sięgnąć po książki które dostałam na urodziny, a więc "Znaki szczególne" Pauliny Wilk i "W dżungli zdrowia" Beaty Pawlikowskiej. Zaraz potem poradniki i książki o tematyce dziecięcej, które już zgromadziłam w wersji papierowej lub ebook. I tak rzutem na taśmę idą "Mamo tato co ty na to" Zawitkowskiego (a może przyspieszę "czytanie" i obejrzę same płytki DVD?), "Uśnij wreszcie! Jak pomóc dziecku zasnąć" (Estivil, Bejar), "Dziecko dzień po dniu" Pameli Druckerman, "Dobra miłość. Co robić aby nasze dzieci miały udane życie" Eichelbergera i "Psychologia dziecka" Schaffera. I odświeżam sobie "Język niemowląt" Tracy Hogg, bo już niewiele pamiętam...
Jak widać nawet przy niemowlęciu można podnosić statystyki czytelnicze w Polsce. Kto wie, może zamiłowanie do książek wysysa się z mlekiem matki i właśnie wychowuję kolejnego mola książkowego ? :)
fot.www.7dnistargardu.pl
Nie wiem z jakiej okazji od paru lat promowane jest tak intensywnie karmienie piersią (w końcu jeśli to autentycznie najlepszy z możliwych pokarm dla dziecka, to powinien obronić się sam...), w każdym razie jednym z argumentów jest "odpoczynek i czas dla siebie". Na początku pomyślałam, że to jakaś kpina. Teraz dostrzegam w czym rzecz. Mogę siąść na czterech literach i przez kilkadziesiąt minut nie zmuszać się do robienia niczego innego. Podczas gdy mleko płynie bez mojego udziału, sama mogę w tym czasie na przykład przekartkować ostatnią gazetę. A jeszcze lepiej książkę i to nie jedną.
W pierwszej kolejności postanowiłam nadrobić zaległości, czyli sięgnąć po książki które dostałam na urodziny, a więc "Znaki szczególne" Pauliny Wilk i "W dżungli zdrowia" Beaty Pawlikowskiej. Zaraz potem poradniki i książki o tematyce dziecięcej, które już zgromadziłam w wersji papierowej lub ebook. I tak rzutem na taśmę idą "Mamo tato co ty na to" Zawitkowskiego (a może przyspieszę "czytanie" i obejrzę same płytki DVD?), "Uśnij wreszcie! Jak pomóc dziecku zasnąć" (Estivil, Bejar), "Dziecko dzień po dniu" Pameli Druckerman, "Dobra miłość. Co robić aby nasze dzieci miały udane życie" Eichelbergera i "Psychologia dziecka" Schaffera. I odświeżam sobie "Język niemowląt" Tracy Hogg, bo już niewiele pamiętam...
Jak widać nawet przy niemowlęciu można podnosić statystyki czytelnicze w Polsce. Kto wie, może zamiłowanie do książek wysysa się z mlekiem matki i właśnie wychowuję kolejnego mola książkowego ? :)
fot.www.7dnistargardu.pl
czwartek, 26 czerwca 2014
Rzecz biustu czyli ze słownika matki karmiacej
Wisi przy cycku - określenie aktywności noworodka, którego egzystencja opiera się głównie na jedzeniu
Karmisz? - pytanie o karmienie lub zaproszenie do napicia się piwa bezalkoholowego
Masz go na piersi? - klasyczne pytanie padające w gronie matek celem dowiedzenia się, czy dziecko jest karmione naturalnie czy sztucznie
Kamienie - piersi w czasie nawału pokarmu
Strupki były? - pytanie ze strony bardziej doświadczonych matek, chcących się upewnić, że ich młodsze koleżanki nie mały lepiej od nich i równie ciężko przechodziły początki karmienia
Ile wyciąga? - ile średnio dziecko zjada w czasie jednego karmienia
Mleczarnia - gruczoły mleczne w okresie laktacji
Droga mleczna - przedmiot wizualizacji w czasie karmienia rzekomo zwiększający ilość pokarmu
Narzędzie tortur - laktator
Dmuchanie na zimne - unikanie dmuchania, a dokładniej klimy, przeciągów, zimnych basenów i wszystkiego, co mogłoby doprowadzić do przeziębienia i zapalenia piersi
fot.www.iceis.pl
Karmisz? - pytanie o karmienie lub zaproszenie do napicia się piwa bezalkoholowego
Masz go na piersi? - klasyczne pytanie padające w gronie matek celem dowiedzenia się, czy dziecko jest karmione naturalnie czy sztucznie
Kamienie - piersi w czasie nawału pokarmu
Strupki były? - pytanie ze strony bardziej doświadczonych matek, chcących się upewnić, że ich młodsze koleżanki nie mały lepiej od nich i równie ciężko przechodziły początki karmienia
Ile wyciąga? - ile średnio dziecko zjada w czasie jednego karmienia
Mleczarnia - gruczoły mleczne w okresie laktacji
Droga mleczna - przedmiot wizualizacji w czasie karmienia rzekomo zwiększający ilość pokarmu
Narzędzie tortur - laktator
Dmuchanie na zimne - unikanie dmuchania, a dokładniej klimy, przeciągów, zimnych basenów i wszystkiego, co mogłoby doprowadzić do przeziębienia i zapalenia piersi
fot.www.iceis.pl
środa, 25 czerwca 2014
Jak sprzedać karmienie piersią?
Z pewnością każdy handlowiec zgodzi się ze mną, że mało która technika sprzedażowa jest tak skuteczna, jak pozostawienie klientowi wyboru. Jak to działa? Po zakończonej prezentacji produktu lub usługi wystarczy powiedzieć: "ale decyzja i tak należy do pani" lub "zrobi pani tak, jak pan będzie uważał" itp.
Klient, po wysłuchaniu oferty spodziewa się, że handlowiec będzie chciał jak najszybciej sfinalizować transakcję nakłaniając na zakup. Tymczasem wcale nie naciska! Zostawia wolną rękę i oddaje decyzyjność klientowi. I jak się w takiej sytuacji czuje ów klient? Nad wyraz dobrze. Czuje się poszanowany, ma wrażenie, że ktoś liczy się z jego zdaniem, a co najważniejsze - nie czuje się do niczego zmuszany.
Wszyscy lubimy się tak czuć. Lubimy o sobie myśleć, że to my decydujemy i nikt nam nie będzie niczego wciskał. Miły pan sprzedawca niech sobie reklamuje swój produkt, ale to do nas należy ostatnie słowo. I nim się zorientujemy, już postanowiliśmy dokonać zakupu, by potem równie szybko zracjonalizować podjętą decyzję...
Dlaczego o tym wspominam? Otóż z karmieniem jest identycznie. W każdym razie jestem książkowym przykładem potwierdzającym skuteczność powyższej techniki.
Gdy w chwilach słabości bliskie osoby wspierały mnie słowami: "jeśli ci to nie odpowiada, to w każdej chwili możesz zrezygnować", albo: "jeśli zdecydujesz się przejść na karmienie butelką, to też będzie OK", to dziwnym trafem mobilizowałam się i dawałam sobie kolejną szansę. Gdy jednak ktoś mówił do mnie coś w stylu: "Wiesz, wypadałoby karmić piersią przynajmniej do roku", to momentalnie stawałam okoniem i ani myślałam skorzystać z namowy.
A wystarczyłby zastosować niewielki zabieg, aby złagodzić wydźwięk tej dobrej rady. Można było powiedzieć: "zdrowo dla maluszka jest gdy jest karmione do roku", albo swoją wypowiedź poprzedzić zwrotem typu: "Według lekarzy pediatrów...". Taki mały trik nie tylko sprawia, że chętniej wysłuchujemy takiej opinii (siła autorytetu), ale też zwiększa szansę, że weźmiemy ją pod uwagę przy podejmowaniu decyzji. Jeżeli oczywiście autor owej rady będzie przez nas lubiany i/lub szanowany.
Równie dobrą, a może i najlepszą metodą sprzedażową jest zachęta do wypróbowania. Próbki perfum, poczęstunki w marketach, jazdy próbne w salonach samochodowych. Dać klientowi poczucie, że już prawie jest właścicielem określonego produktu i ... odczekać chwilę, żeby się dobrze poczuł z nowym, prawie własnym, nabytkiem. A z drugiej strony, żeby głupio mu było zwrócić coś, co już trzymał w swoich dłoniach ("towar macany należy do macanta" :)).
Dokładnie tą techniką posłużyła się nieświadomie moja koleżanka, która słysząc moje uprzedzenia do karmienia, wypowiedziała tylko jedno słowo: spróbuj. "Najpierw spróbuj, a potem się wypowiesz, czy to faktycznie nie dla ciebie". Zadziałało. Spróbowałam i po pewnym czasie musiałam przyznać, że niepotrzebnie się nakręcałam.
Tym sposobem obnażyłam swoje zachowania konsumenckie, jeśli więc ktoś chce mi coś sprzedać, to zapraszam - prowizja od sprzedaży murowana :)
fot.www.biznesnetworking.pl
A wystarczyłby zastosować niewielki zabieg, aby złagodzić wydźwięk tej dobrej rady. Można było powiedzieć: "zdrowo dla maluszka jest gdy jest karmione do roku", albo swoją wypowiedź poprzedzić zwrotem typu: "Według lekarzy pediatrów...". Taki mały trik nie tylko sprawia, że chętniej wysłuchujemy takiej opinii (siła autorytetu), ale też zwiększa szansę, że weźmiemy ją pod uwagę przy podejmowaniu decyzji. Jeżeli oczywiście autor owej rady będzie przez nas lubiany i/lub szanowany.
Równie dobrą, a może i najlepszą metodą sprzedażową jest zachęta do wypróbowania. Próbki perfum, poczęstunki w marketach, jazdy próbne w salonach samochodowych. Dać klientowi poczucie, że już prawie jest właścicielem określonego produktu i ... odczekać chwilę, żeby się dobrze poczuł z nowym, prawie własnym, nabytkiem. A z drugiej strony, żeby głupio mu było zwrócić coś, co już trzymał w swoich dłoniach ("towar macany należy do macanta" :)).
Dokładnie tą techniką posłużyła się nieświadomie moja koleżanka, która słysząc moje uprzedzenia do karmienia, wypowiedziała tylko jedno słowo: spróbuj. "Najpierw spróbuj, a potem się wypowiesz, czy to faktycznie nie dla ciebie". Zadziałało. Spróbowałam i po pewnym czasie musiałam przyznać, że niepotrzebnie się nakręcałam.
Tym sposobem obnażyłam swoje zachowania konsumenckie, jeśli więc ktoś chce mi coś sprzedać, to zapraszam - prowizja od sprzedaży murowana :)
fot.www.biznesnetworking.pl
wtorek, 24 czerwca 2014
Walka do ostatniej kropli mleka
Długo zwlekałam z tym tekstem, bo sytuacja zmieniała się na tyle często, że jak tylko postanowiłam napisać kilka słów, okazywały się nieaktualne. Postanowiłam więc zaczekać do momentu, w którym sytuacja się ustabilizuje i napisać pewnego rodzaju podsumowanie. I chyba właśnie ten moment nadszedł.
Jestem tym, czym (się) karmię
W ciąży nie byłam w 100% przekonana do karmienia piersią. Oczywiście zdawałam sobie sprawę w niebywałych plusów, natomiast niekoniecznie akceptowałam siebie w roli matki karmiącej. Zraziłam się po usłyszeniu kilku opinii, nie chciałam czuć się jak...za przeproszeniem, dojna krowa. Jednak w szpitalu, gdy przynieśli mi małe bezbronne zawiniątko do karmienia - podjęłam rękawicę.
Ilość smsów, którą wysłałam w szpitalu i w ciągu pierwszego tygodnia w domu, a także ilość telefonicznych rozmów z doświadczonymi mamami przełożyła się na ... podwójny rachunek za telefon :) Chciałam wiedzieć wszystko na już, mieć gotową odpowiedź, dlaczego tak, a nie inaczej. Miałam wrażenie, że moje dziecko jest ciągle głodne, nie miałam pomysłu, z jakiego innego powodu mogłoby płakać. A to z kolei kłóciło mi się to z teoriami o karmieniu co 2-3 godziny, więc szukałam dziury w całym, czyli zaczęłam rozpytywać, co robię nie tak.
A gdzie matczyna intuicja? Chyba jeszcze na tym etapie się nie rozbudziła. Albo ja nie dałam sobie tyle luzu ile trzeba, by przyjąć, że to jest jeszcze maluszek, który nie ma uregulowanych rytmów dobowych i pór jedzenia, więc trudno mieć jakiekolwiek oczekiwania. Chciałam koniecznie uchwycić jakąś regułę, pewną regularność, a to było poza zasięgiem. Dlatego nie potrafiłam pogodzić się z tak dużą ilością znaków zapytania pozostawionych bez odpowiedzi przed dłuższy czas.
Prawy do lewego, lewy do prawego
W całym tym zamieszaniu i wielkiej niewiadomej pozytywnie zaskoczyło mnie moje zaangażowanie, własna determinacja. Przez trzy tygodnie w ciągu całej doby robiłam skrupulatne zapiski. W jednej kolumnie tabeli zapisywałam pory karmienia, w drugiej to, co sama zjadałam. Przejęta opowieściami koleżanek o tym, jak wiele produktów spożywczych uczula dziecko za pośrednictwem mleka matki, uznałam że takie przysmaki jak czekolada, orzechy, czy truskawki będą musiały poczekać. Notatki miały ułatwić dochodzenie, który produkt spożywczy wywołał ewentualne reakcje niepożądane u dziecka.
Potem szukając ułatwień znalazłam aplikację* na telefon o nazwie Breastfeeding. Włączałam START na początku karmienia wybierając L lub R, dla oznaczenia piersi lewej lub prawej oraz STOP na końcu karmienia. Aplikacja zapamiętywała za mnie długość i częstotliwość karmienia. Korzystałam z niej przez pewien czas. Zrezygnowałam gdy zaczęłam się trochę bardziej przemieszczać i karmić w różnych miejscach, a co za tym szło - nie wszędzie zabierałam ze sobą telefon, żeby wcisnąć START. A bez pełnej dokumentacji nie było sensu prowadzić dalszych statystyk.
Nieprzydatne umiejętności
Gdy początkowo karmienie zajmowało w sumie połowę każdej doby, chciałam wykorzystać ten czas i zaczęłam uczyć się pisania smsów palcami jednej ręki. Na telefonie z klawiaturą qwerty było to dość karko-, a raczej palcołomne, dlatego musiałam zadowolić się mniej lubianą klawiaturą dotykową. Do przytrzymania dziecka na poduszce do karmienia potrzebowałam jednej ręki, więc drugą mogłam działać - raz prawą, raz lewą. I już byłam z siebie taka dumna, że tak wspaniale wykorzystuję czas, gdy okazało się, że muszę sobie darować te rozrywki, aby ponownie skoncentrować się na karmieniu.
Synuś tak dobrze załapał odruch ssania, że do głowy mi nie przyszło, że nie idzie za tym pobór mleka. Zamiast więc smsować musiałam od tej pory uważnie słuchać, czy dziecko przełyka pokarm i czy słychać charakterystyczne dla noworodków gulganie. Jednocześnie miałam nie dopuszczać, by zasnęło przy jedzeniu. Niestety nie udawało się temu skutecznie zapobiegać, malec odpadał po paru łapczywych łykach. Odkładałam go więc, a po chwili budził się z płaczem, co interpretowałam jako głód, zakładając, że zasnął przed najedzeniem się. Przystawiałam więc ponownie i tak w kółko...
Czasami cykl jedzenie-zasypianie-budzenie-jedzenie powtarzał się trzykrotnie, kończąc albo dłuższą drzemką, albo zadowoleniem dziecka. Całe to karmienie uwiązywało mnie na długi czas uniemożliwiając podjęcie innych aktywności i nie dając poczucia, że mam coś w tej sprawie do powiedzenia. Wydawało mi się, że bez walki oddaję dziecku stery, a ono robi ze mną co chce. Po paru tygodniach okazało się, że młody słabo przybiera i konieczne jest dokarmianie... Trochę się podłamałam, bo nie dość, że moje karmienie wyglądało tak, jak wyglądało (nieregularne i wieloetapowe), to jeszcze nie byłam w stanie sprostać podstawowym potrzebom własnego dziecka. I choć początkowo byłam sceptycznie nastawiona do karmienia piersią, to później, gdy już zaskoczyło, bardzo przejmowałam się, gdy coś nie wychodziło.
Oszustwo czy błąd logiczny?
Pewna znajoma, zapytana przeze mnie, czy karmienie boli, odpowiedziała, że "boli tylko na początku". Odkąd to usłyszałam, było dla mnie jasne, że na początku, czyli w pierwszych dniach. Kiedy po dwóch tygodniach karmienia ból nie mijał, zgłosiłam się do niej po "wyjaśnienia". Potwierdziła, że boli tylko na początku, tyle że na początku ... każdego karmienia! Czułam się oszukana. Sądziłam, że pocierpię na początku i potem będzie już z górki. No cóż...
Wielokrotnie w chwilach kryzysowych "rzucałam" karmienie piersią i postanawiałam przejść na butelkę. Zawsze jednak coś mnie powstrzymywało. Mówiłam sobie, że jeszcze tylko ten jeden, ostatni raz. Tych "ostatnich razów" było całkiem sporo, jednak zawsze znajdowałam przynajmniej jeden powód, dla którego warto było powalczyć dalej. Przełom nastąpił gdy spróbowałam karmienia w osłonkach - genialny wynalazek, dzięki któremu karmię do dziś.
Czy mogę przy tobie... nakarmić?
Pamiętam, że kiedyś słabo tolerowałam kobiety, które karmiły przy mnie swoje dzieci. Zwłaszcza, gdy niespodziewanie zaczynały się przy mnie rozbierać. Nie przywykłam do widoku cudzych piersi wystawionych na mój widok i często czułam się z tym niezręcznie. Bo jak tu patrzeć rozmówczyni w oczy, gdy kilkadziesiąt centymetrów niżej jest półnaga? Oko samo leci i nie wiadomo gdzie odwracać wzrok.
Biorąc pod uwagę mój własny dyskomfort, postanowiłam nie narażać innych na podobne doznania. Chcąc nakarmić przy odwiedzających mnie koleżankach zawsze pytam, czy nie mają nic przeciwko. Najczęściej odpowiadają, że jeśli ja nie jestem skrępowana, to nie widzą przeszkód. Robię to jednak tylko przy wybranych osobach, przy których dobrze się czuję. Jeśli chodzi o wszystkich innych, to wychodzę z założenia, że skoro na co dzień nie oglądają mnie topless, to teraz też nie muszą. Karmienie jest dla mnie osobistym doświadczeniem, przy którym im mniej zakłóceń tym lepiej. Takie podejście też sprzyja laktacji, bo jak zawsze powtarzam: z zestresowanej piersi mleko nie popłynie.
I tak jestem zszokowana moją zwiększającą się swobodą, bo nie podejrzewałam, że w ogóle zdobędę się na to, by karmić przy kimkolwiek. Karmienie jednak trwa dobrą chwilę, a szkoda mi było spędzać tego czasu samotnie, jeśli można w tym czasie wypijać herbatkę z przyjaciółką i poplotkować. Jak zwykle więc życie weryfikuje zamierzenia i uprzedzenia.
Przyjemność dawania
Nigdy się nie spodziewałam, że to powiem, ale ... karmienie jest przyjemnie! Po trudach pierwszych tygodni mówię to z ulgą i pełnym przekonaniem. Teraz uśmiecham się za każdym razem, gdy słyszę sapanie i łapczywe przełykanie maluszka albo widzę charakterystyczne pobudzenie, gdy synuś orientuje się, że zaraz będzie karmiony. I wymachiwanie rączkami w czasie jedzenia, łapanie się za główkę, czy też poklepywanie mnie, jakby chciał przyspieszyć napływ mleka - im starsze dziecko, tym repertuar gestów bogatszy:)
Zaczynam rozumieć, co mają na myśli matki mówiąc, że mleko matki jest najlepszym, co matka może dać swojemu dziecku. I nie chodzi tylko o jego właściwości odżywcze i zdrowotne. Rozumiem to jako okazję do bliskości z własnym dzieckiem, ponieważ trzymanie w ramionach takiego maleństwa jest jedną z największych życiowych przyjemności. I okazję do dania czegoś od siebie. Okazją do obdarowania.
Karmienie to jedna z tych rzeczy w doświadczeniu młodej matki, które przeżywałam przez zaskoczenie - od negatywnego do bardzo pozytywnego. Od niechęci, rozczarowania, bólu i poczucia niewystarczalności po głęboką radość i poczucie spełnienia.
Już dziś wiem, że za kilka miesięcy będzie mi tego bardzo brakowało. Syn będzie coraz chętniej jadł samodzielnie, a zatrzymanie w ramionach na dłużej ruchliwego i spragnionego aktywności dziecka, będzie już tylko pięknym wspomnieniem.
Tymczasem dziecko wzywa - pora na karmienie :)
fot.www.eternallygeeked.wordpress.com
fot.www.praca.wp.pl
fot.www.wizaz.pl
fot.www.financialphilosopher.typepad.com
fot.www.fotosik.pl
Jestem tym, czym (się) karmię
W ciąży nie byłam w 100% przekonana do karmienia piersią. Oczywiście zdawałam sobie sprawę w niebywałych plusów, natomiast niekoniecznie akceptowałam siebie w roli matki karmiącej. Zraziłam się po usłyszeniu kilku opinii, nie chciałam czuć się jak...za przeproszeniem, dojna krowa. Jednak w szpitalu, gdy przynieśli mi małe bezbronne zawiniątko do karmienia - podjęłam rękawicę.
Ilość smsów, którą wysłałam w szpitalu i w ciągu pierwszego tygodnia w domu, a także ilość telefonicznych rozmów z doświadczonymi mamami przełożyła się na ... podwójny rachunek za telefon :) Chciałam wiedzieć wszystko na już, mieć gotową odpowiedź, dlaczego tak, a nie inaczej. Miałam wrażenie, że moje dziecko jest ciągle głodne, nie miałam pomysłu, z jakiego innego powodu mogłoby płakać. A to z kolei kłóciło mi się to z teoriami o karmieniu co 2-3 godziny, więc szukałam dziury w całym, czyli zaczęłam rozpytywać, co robię nie tak.
A gdzie matczyna intuicja? Chyba jeszcze na tym etapie się nie rozbudziła. Albo ja nie dałam sobie tyle luzu ile trzeba, by przyjąć, że to jest jeszcze maluszek, który nie ma uregulowanych rytmów dobowych i pór jedzenia, więc trudno mieć jakiekolwiek oczekiwania. Chciałam koniecznie uchwycić jakąś regułę, pewną regularność, a to było poza zasięgiem. Dlatego nie potrafiłam pogodzić się z tak dużą ilością znaków zapytania pozostawionych bez odpowiedzi przed dłuższy czas.
Prawy do lewego, lewy do prawego
Potem szukając ułatwień znalazłam aplikację* na telefon o nazwie Breastfeeding. Włączałam START na początku karmienia wybierając L lub R, dla oznaczenia piersi lewej lub prawej oraz STOP na końcu karmienia. Aplikacja zapamiętywała za mnie długość i częstotliwość karmienia. Korzystałam z niej przez pewien czas. Zrezygnowałam gdy zaczęłam się trochę bardziej przemieszczać i karmić w różnych miejscach, a co za tym szło - nie wszędzie zabierałam ze sobą telefon, żeby wcisnąć START. A bez pełnej dokumentacji nie było sensu prowadzić dalszych statystyk.
Nieprzydatne umiejętności
Gdy początkowo karmienie zajmowało w sumie połowę każdej doby, chciałam wykorzystać ten czas i zaczęłam uczyć się pisania smsów palcami jednej ręki. Na telefonie z klawiaturą qwerty było to dość karko-, a raczej palcołomne, dlatego musiałam zadowolić się mniej lubianą klawiaturą dotykową. Do przytrzymania dziecka na poduszce do karmienia potrzebowałam jednej ręki, więc drugą mogłam działać - raz prawą, raz lewą. I już byłam z siebie taka dumna, że tak wspaniale wykorzystuję czas, gdy okazało się, że muszę sobie darować te rozrywki, aby ponownie skoncentrować się na karmieniu.
Synuś tak dobrze załapał odruch ssania, że do głowy mi nie przyszło, że nie idzie za tym pobór mleka. Zamiast więc smsować musiałam od tej pory uważnie słuchać, czy dziecko przełyka pokarm i czy słychać charakterystyczne dla noworodków gulganie. Jednocześnie miałam nie dopuszczać, by zasnęło przy jedzeniu. Niestety nie udawało się temu skutecznie zapobiegać, malec odpadał po paru łapczywych łykach. Odkładałam go więc, a po chwili budził się z płaczem, co interpretowałam jako głód, zakładając, że zasnął przed najedzeniem się. Przystawiałam więc ponownie i tak w kółko...
Czasami cykl jedzenie-zasypianie-budzenie-jedzenie powtarzał się trzykrotnie, kończąc albo dłuższą drzemką, albo zadowoleniem dziecka. Całe to karmienie uwiązywało mnie na długi czas uniemożliwiając podjęcie innych aktywności i nie dając poczucia, że mam coś w tej sprawie do powiedzenia. Wydawało mi się, że bez walki oddaję dziecku stery, a ono robi ze mną co chce. Po paru tygodniach okazało się, że młody słabo przybiera i konieczne jest dokarmianie... Trochę się podłamałam, bo nie dość, że moje karmienie wyglądało tak, jak wyglądało (nieregularne i wieloetapowe), to jeszcze nie byłam w stanie sprostać podstawowym potrzebom własnego dziecka. I choć początkowo byłam sceptycznie nastawiona do karmienia piersią, to później, gdy już zaskoczyło, bardzo przejmowałam się, gdy coś nie wychodziło.
Oszustwo czy błąd logiczny?
Pewna znajoma, zapytana przeze mnie, czy karmienie boli, odpowiedziała, że "boli tylko na początku". Odkąd to usłyszałam, było dla mnie jasne, że na początku, czyli w pierwszych dniach. Kiedy po dwóch tygodniach karmienia ból nie mijał, zgłosiłam się do niej po "wyjaśnienia". Potwierdziła, że boli tylko na początku, tyle że na początku ... każdego karmienia! Czułam się oszukana. Sądziłam, że pocierpię na początku i potem będzie już z górki. No cóż...
Wielokrotnie w chwilach kryzysowych "rzucałam" karmienie piersią i postanawiałam przejść na butelkę. Zawsze jednak coś mnie powstrzymywało. Mówiłam sobie, że jeszcze tylko ten jeden, ostatni raz. Tych "ostatnich razów" było całkiem sporo, jednak zawsze znajdowałam przynajmniej jeden powód, dla którego warto było powalczyć dalej. Przełom nastąpił gdy spróbowałam karmienia w osłonkach - genialny wynalazek, dzięki któremu karmię do dziś.
Czy mogę przy tobie... nakarmić?
Pamiętam, że kiedyś słabo tolerowałam kobiety, które karmiły przy mnie swoje dzieci. Zwłaszcza, gdy niespodziewanie zaczynały się przy mnie rozbierać. Nie przywykłam do widoku cudzych piersi wystawionych na mój widok i często czułam się z tym niezręcznie. Bo jak tu patrzeć rozmówczyni w oczy, gdy kilkadziesiąt centymetrów niżej jest półnaga? Oko samo leci i nie wiadomo gdzie odwracać wzrok.
Biorąc pod uwagę mój własny dyskomfort, postanowiłam nie narażać innych na podobne doznania. Chcąc nakarmić przy odwiedzających mnie koleżankach zawsze pytam, czy nie mają nic przeciwko. Najczęściej odpowiadają, że jeśli ja nie jestem skrępowana, to nie widzą przeszkód. Robię to jednak tylko przy wybranych osobach, przy których dobrze się czuję. Jeśli chodzi o wszystkich innych, to wychodzę z założenia, że skoro na co dzień nie oglądają mnie topless, to teraz też nie muszą. Karmienie jest dla mnie osobistym doświadczeniem, przy którym im mniej zakłóceń tym lepiej. Takie podejście też sprzyja laktacji, bo jak zawsze powtarzam: z zestresowanej piersi mleko nie popłynie.
I tak jestem zszokowana moją zwiększającą się swobodą, bo nie podejrzewałam, że w ogóle zdobędę się na to, by karmić przy kimkolwiek. Karmienie jednak trwa dobrą chwilę, a szkoda mi było spędzać tego czasu samotnie, jeśli można w tym czasie wypijać herbatkę z przyjaciółką i poplotkować. Jak zwykle więc życie weryfikuje zamierzenia i uprzedzenia.
Przyjemność dawania
Nigdy się nie spodziewałam, że to powiem, ale ... karmienie jest przyjemnie! Po trudach pierwszych tygodni mówię to z ulgą i pełnym przekonaniem. Teraz uśmiecham się za każdym razem, gdy słyszę sapanie i łapczywe przełykanie maluszka albo widzę charakterystyczne pobudzenie, gdy synuś orientuje się, że zaraz będzie karmiony. I wymachiwanie rączkami w czasie jedzenia, łapanie się za główkę, czy też poklepywanie mnie, jakby chciał przyspieszyć napływ mleka - im starsze dziecko, tym repertuar gestów bogatszy:)
Zaczynam rozumieć, co mają na myśli matki mówiąc, że mleko matki jest najlepszym, co matka może dać swojemu dziecku. I nie chodzi tylko o jego właściwości odżywcze i zdrowotne. Rozumiem to jako okazję do bliskości z własnym dzieckiem, ponieważ trzymanie w ramionach takiego maleństwa jest jedną z największych życiowych przyjemności. I okazję do dania czegoś od siebie. Okazją do obdarowania.
Karmienie to jedna z tych rzeczy w doświadczeniu młodej matki, które przeżywałam przez zaskoczenie - od negatywnego do bardzo pozytywnego. Od niechęci, rozczarowania, bólu i poczucia niewystarczalności po głęboką radość i poczucie spełnienia.
Już dziś wiem, że za kilka miesięcy będzie mi tego bardzo brakowało. Syn będzie coraz chętniej jadł samodzielnie, a zatrzymanie w ramionach na dłużej ruchliwego i spragnionego aktywności dziecka, będzie już tylko pięknym wspomnieniem.
Tymczasem dziecko wzywa - pora na karmienie :)
fot.www.eternallygeeked.wordpress.com
fot.www.praca.wp.pl
fot.www.wizaz.pl
fot.www.financialphilosopher.typepad.com
fot.www.fotosik.pl
sobota, 14 czerwca 2014
Między pieluchami
Usłyszałam kiedyś taki skrót myślowy, że dzieci to same pieluchy. Zgaduję, że w wielkim uproszczeniu chodziło o to, że dzień matki zlatuje głównie na zmienianiu pieluch. No niech się zastanowię...
Zgoda, jest tego trochę :) Początkowo dobijało do dwunastu na dobę. Rzeczywiście, miewałam poczucie, że nie odchodzę od przewijaka. Podobnie z karmieniem - poduszki do karmienia prawie nie odkładałam, bo się nie opłacało :)
Aż kusi, żeby zapytać, co jest między tymi pieluchami? I nie jest to pytanie o zawartość, rzadszą lub gęściejszą (bo każdy rodzic wie, co to "kupa po pachy"). Pytanie o to, co dzieje się w tak zwanym międzyczasie. Co robi kilkutygodniowe dziecko gdy akurat nie je, albo gdy nie jest przewijane?
Dziecko jest.
fot.www.parentsawy.com
Zgoda, jest tego trochę :) Początkowo dobijało do dwunastu na dobę. Rzeczywiście, miewałam poczucie, że nie odchodzę od przewijaka. Podobnie z karmieniem - poduszki do karmienia prawie nie odkładałam, bo się nie opłacało :)
Aż kusi, żeby zapytać, co jest między tymi pieluchami? I nie jest to pytanie o zawartość, rzadszą lub gęściejszą (bo każdy rodzic wie, co to "kupa po pachy"). Pytanie o to, co dzieje się w tak zwanym międzyczasie. Co robi kilkutygodniowe dziecko gdy akurat nie je, albo gdy nie jest przewijane?
Dziecko jest.
fot.www.parentsawy.com
poniedziałek, 12 maja 2014
Matki karmiącej metoda na głoda
Dieta matki karmiącej w moim wydaniu jest ni mniej ni więcej tylko wszystkim tym, co zdołam przygotować w przerwach od opieki nad dzieckiem i spożyć w czasie posiłków malucha.
W tym miejscu muszę uczciwie zaznaczyć, że taki system jedzeniowy został wprowadzony w życie dopiero po ok. 2 tygodniach od porodu. Wcześniej 90% posiłków przygotowywał mąż z tej prostej przyczyny, że ja prawie nie wychodziłam z pokoju, w którym zajmowałam się dzieckiem. Ale i wtedy jadałam razem z maluchem, żeby w krótkich przerwach między karmieniami choć na chwilę zmrużyć oko.
I jeszcze słówko o płynach. Po kilku dniach wypijania zimnej herbaty (bo zawsze coś, a raczej ktoś uniemożliwił mi wypicie ciepłej zaraz po zaparzeniu) postanowiłam skorzystać z wynalazku, jakim jest termos. Dzięki temu nie tylko za dnia, ale i przy każdym nocnym wstawaniu mogę napić się czegoś ciepłego. Bo niestety samej wody na pewnym etapie organizm już nie przyswaja.
I tu stawiam kropkę, bo już mi burczy w brzuchu...
fot.www.polki.pl
Cały myk polega na tym, żeby zaraz po odłożeniu dziecka do łóżka popędzić do kuchni i upitrasić coś możliwie zdrowego i sytego oraz dostarczyć talerz(e) w miejsce karmienia dziecka, a następnie skonsumować wtedy, kiedy dziecko będzie karmione. Zaoszczędzony w ten sposób cenny czas można wykorzystać na wiele różnych sposobów. A im mniej czasu, tym więcej pomysłów na jego spędzenie :)
Strategia ta ma jednak swoje wady.
Przede wszystkim trzeba być bardzo sprawnym manualnie, najlepiej oburącz (a ja jestem tylko praworęczna). Ułatwia to przenoszenie pokarmu na łyżce lub widelcu z talerza do ust tak, aby nic nie spadło na dziecko przystawione do piersi, leżące dokładnie pomiędzy mną a talerzem. Z tego względu jedzenie nie może być zbyt gorące, bo gdyby jednak jakiś kęs upadł, mógłby poparzyć dziecko. Nie może być też zbyt kruche, w przypadku choćby pieczywa, tak aby okruchy nie opadały na dziecko, które póki co powinno się zadowolić samym mlekiem, a nie mlekiem z kruszonką. No i w końcu trzeba mieć podzielną uwagę, żeby odróżnić własne przełykanie od gulgania dziecka po to, aby móc kontrolować ilość przyjmowanego przezeń pokarmu.
Poza tymi drobnymi niedogodnościami, strategia ma same zalety. Przede wszystkim matka nie chodzi głodna. A trzeba wspomnieć, że głód w okresie karmienia piersią jest znaczny i nawet Danio by sobie z nim nie poradził. Dodatkowo posiłki są spożywane regularnie (jeśli nie co do godziny, to przynajmniej często), co jest niezmiernie ważne, a co mogłoby być z trudem osiągalne przy innej organizacji.
Poza tymi drobnymi niedogodnościami, strategia ma same zalety. Przede wszystkim matka nie chodzi głodna. A trzeba wspomnieć, że głód w okresie karmienia piersią jest znaczny i nawet Danio by sobie z nim nie poradził. Dodatkowo posiłki są spożywane regularnie (jeśli nie co do godziny, to przynajmniej często), co jest niezmiernie ważne, a co mogłoby być z trudem osiągalne przy innej organizacji.
W tym miejscu muszę uczciwie zaznaczyć, że taki system jedzeniowy został wprowadzony w życie dopiero po ok. 2 tygodniach od porodu. Wcześniej 90% posiłków przygotowywał mąż z tej prostej przyczyny, że ja prawie nie wychodziłam z pokoju, w którym zajmowałam się dzieckiem. Ale i wtedy jadałam razem z maluchem, żeby w krótkich przerwach między karmieniami choć na chwilę zmrużyć oko.
I jeszcze słówko o płynach. Po kilku dniach wypijania zimnej herbaty (bo zawsze coś, a raczej ktoś uniemożliwił mi wypicie ciepłej zaraz po zaparzeniu) postanowiłam skorzystać z wynalazku, jakim jest termos. Dzięki temu nie tylko za dnia, ale i przy każdym nocnym wstawaniu mogę napić się czegoś ciepłego. Bo niestety samej wody na pewnym etapie organizm już nie przyswaja.
I tu stawiam kropkę, bo już mi burczy w brzuchu...
fot.www.polki.pl
wtorek, 21 stycznia 2014
FAQ: ciąża
Do najczęściej zadawanych pytań kobietom w ciąży należy wiele takich, które zdaniem samych zainteresowanych niekoniecznie powinny paść. Podobnie ze spontanicznymi komentarzami naszych rozmówców.
Oto kilka przykładowych:
- Kto jest ojcem?
- Wolno ci to jeść/pić?
- Mogę dotknąć (brzucha)?
- Planowana ciąża?
- To będziecie się jeszcze starać o dziewczynkę/chłopca, prawda?
- Ojejku, nie cierpię tego imienia!
- Ciąża w tym wieku...
- Ah te szalejące hormony...
- Od razu widać, że będzie dziewczynka!
- Boisz się porodu?
- To na pewno nie będą bliźnięta?
- Rozwiązanie już za chwilę, prawda?
- Ile przytyłaś?
- Będziesz karmić piersią?
- Jakie masz smaki w ciąży?
- Planujesz następne dzieci?
- Będziesz rodzić naturalnie?
- Jak się czujesz?
Na szczęście nie zadano mi, jak do tej pory, jeszcze wszystkich pytań z tej listy (wszystko przede mną), ale kilka szczególnie zapadło mi w pamięć.
Duże zainteresowanie wzbudzają moje dodatkowe kilogramy. Nie wszyscy spodziewają się odpowiedzi jakiej udzielam (podaję bez ściemy ile mi przybyło), być może dlatego, że przy wzroście 175 cm całkiem równomiernie mi się ta nadwyżka rozłożyła. Poza tym mam kształtny, okrągły brzuszek, którego nie można pomylić z "oponką" i nadwagą. Może dlatego pytanie nie jest dla mnie szczególnie denerwujące.
Pytaniem, czy boję się porodu, zastrzeliła mnie znienacka moja przyjaciółka (!). Strasznie mnie tym wyprowadziła z równowagi, bo było to jeszcze w pierwszym trymestrze. O co jej chodzi?? - zastanawiałam się. - Ja się cieszę początkami ciąży, a ona mi tu brutalnie uświadamia, jaki będzie finał tej całej przygody!
Szybko jej jednak wybaczyłam, bo sama jeszcze nie rodziła, więc pewnie szczera ciekawość (i troska o mnie) wzięła górę.
Inna znajoma, widząc mnie po raz pierwszy w ciąży w okolicach 5-go miesiąca, zapytała z rozbrajającym uśmiechem: "masz świnkę?". Jasne - pomyślałam - gdybym miała świnkę, to raczej byłabym właśnie w drodze do lekarza, a nie na kawce z koleżanką.
Osobiście nigdy nie uraczyłam żadnej znajomej ciężarnej tego typu komentarzem. Wychodzę z założenia, że każda ma w domu lustro i widzi, jak zmienia się jej ciało w ciąży. Niestety nie zawsze są to zmiany na lepsze, dlatego nie bardzo wiem, czemu miałoby służyć wypowiadanie takich stwierdzeń. Zwłaszcza, że kobiety w ciąży są dość wrażliwe na uwagi o swoim wyglądzie, na który niezupełnie mają wpływ.
Po pytaniu, czy znamy już płeć (potwierdziłam, że tak), zostałam raz zapytana: "a co wolałaś mieć?". Co za idiotyczne pytanie?! Nie znam nikogo, kto spodziewając się dziewczynki przyznaje: wolałam chłopca, i na odwrót. A nawet jeśli w skrytości liczył na coś innego, raczej się do tego nie przyznaje. Jedyną odpowiedzią jaka mi się wtedy cisnęła na usta (na szczęście w porę ugryzłam się w język) było coś w stylu: oczywiście wolałam dziewczynkę i teraz się właśnie zastanawiam, co zrobić z tym chłopcem z mojego brzucha.
Jak to mówią: głupie pytanie - głupia odpowiedź...
Im bardziej zaawansowana ciąża, tym częściej zdarzają się pytania o to, czy planuję poród naturalny (a jeśli tak, to czy rodzinny) i czy będę karmić piersią. Najczęściej odpowiadam, że jeszcze za daleko, żeby rozstrzygać, albo że spróbuję. Moja reakcja na tego typu pytania zależy w dużej mierze od tego, jak bliskie są mi osoby, które pytają. Najskuteczniejszą ze zbywających odpowiedzi jest zawsze: jeszcze nie wiem.
Na zakończenie moje ulubione pytanie: "czy dajesz popalić mężowi?". W kominku? Owszem! - znów mi się ironiczny ton włącza.
Nie wiem, jak jest u innych kobiet, ale wydaje mi się, że te opowieści o humorzastych ciężarnych są trochę przesadzone. Zgoda, jestem w ciąży bardziej emocjonalna, na przykład wzruszam się z błahego powodu, jednak nie wydaje mi się, żeby to jakoś strasznie uprzykrzało życie mojemu partnerowi. Ale mogę się mylić, dlatego dla pewności zawsze odsyłam ciekawych, żeby zapytali samego zainteresowanego. (Niech no ja się tylko dowiem, że ma w tym temacie inne zdanie...!! ;P)
Przede mną ostatni trymestr. Ciekawa jestem, czy lista pytań do ciężarnej jeszcze się wydłuży :)
fot.www.visimobile.com
fot.www.rodzinko.pl
fot.www.kingletas.com
Oto kilka przykładowych:
- Kto jest ojcem?
- Wolno ci to jeść/pić?
- Mogę dotknąć (brzucha)?
- Planowana ciąża?
- To będziecie się jeszcze starać o dziewczynkę/chłopca, prawda?
- Ojejku, nie cierpię tego imienia!
- Ciąża w tym wieku...
- Ah te szalejące hormony...
- Od razu widać, że będzie dziewczynka!
- Boisz się porodu?
- To na pewno nie będą bliźnięta?
- Rozwiązanie już za chwilę, prawda?
- Ile przytyłaś?
- Będziesz karmić piersią?
- Jakie masz smaki w ciąży?
- Planujesz następne dzieci?
- Będziesz rodzić naturalnie?
- Jak się czujesz?
Na szczęście nie zadano mi, jak do tej pory, jeszcze wszystkich pytań z tej listy (wszystko przede mną), ale kilka szczególnie zapadło mi w pamięć.
Duże zainteresowanie wzbudzają moje dodatkowe kilogramy. Nie wszyscy spodziewają się odpowiedzi jakiej udzielam (podaję bez ściemy ile mi przybyło), być może dlatego, że przy wzroście 175 cm całkiem równomiernie mi się ta nadwyżka rozłożyła. Poza tym mam kształtny, okrągły brzuszek, którego nie można pomylić z "oponką" i nadwagą. Może dlatego pytanie nie jest dla mnie szczególnie denerwujące.
Pytaniem, czy boję się porodu, zastrzeliła mnie znienacka moja przyjaciółka (!). Strasznie mnie tym wyprowadziła z równowagi, bo było to jeszcze w pierwszym trymestrze. O co jej chodzi?? - zastanawiałam się. - Ja się cieszę początkami ciąży, a ona mi tu brutalnie uświadamia, jaki będzie finał tej całej przygody!
Szybko jej jednak wybaczyłam, bo sama jeszcze nie rodziła, więc pewnie szczera ciekawość (i troska o mnie) wzięła górę.
Inna znajoma, widząc mnie po raz pierwszy w ciąży w okolicach 5-go miesiąca, zapytała z rozbrajającym uśmiechem: "masz świnkę?". Jasne - pomyślałam - gdybym miała świnkę, to raczej byłabym właśnie w drodze do lekarza, a nie na kawce z koleżanką.
Osobiście nigdy nie uraczyłam żadnej znajomej ciężarnej tego typu komentarzem. Wychodzę z założenia, że każda ma w domu lustro i widzi, jak zmienia się jej ciało w ciąży. Niestety nie zawsze są to zmiany na lepsze, dlatego nie bardzo wiem, czemu miałoby służyć wypowiadanie takich stwierdzeń. Zwłaszcza, że kobiety w ciąży są dość wrażliwe na uwagi o swoim wyglądzie, na który niezupełnie mają wpływ.
Po pytaniu, czy znamy już płeć (potwierdziłam, że tak), zostałam raz zapytana: "a co wolałaś mieć?". Co za idiotyczne pytanie?! Nie znam nikogo, kto spodziewając się dziewczynki przyznaje: wolałam chłopca, i na odwrót. A nawet jeśli w skrytości liczył na coś innego, raczej się do tego nie przyznaje. Jedyną odpowiedzią jaka mi się wtedy cisnęła na usta (na szczęście w porę ugryzłam się w język) było coś w stylu: oczywiście wolałam dziewczynkę i teraz się właśnie zastanawiam, co zrobić z tym chłopcem z mojego brzucha.
Jak to mówią: głupie pytanie - głupia odpowiedź...
Im bardziej zaawansowana ciąża, tym częściej zdarzają się pytania o to, czy planuję poród naturalny (a jeśli tak, to czy rodzinny) i czy będę karmić piersią. Najczęściej odpowiadam, że jeszcze za daleko, żeby rozstrzygać, albo że spróbuję. Moja reakcja na tego typu pytania zależy w dużej mierze od tego, jak bliskie są mi osoby, które pytają. Najskuteczniejszą ze zbywających odpowiedzi jest zawsze: jeszcze nie wiem.
Na zakończenie moje ulubione pytanie: "czy dajesz popalić mężowi?". W kominku? Owszem! - znów mi się ironiczny ton włącza.
Nie wiem, jak jest u innych kobiet, ale wydaje mi się, że te opowieści o humorzastych ciężarnych są trochę przesadzone. Zgoda, jestem w ciąży bardziej emocjonalna, na przykład wzruszam się z błahego powodu, jednak nie wydaje mi się, żeby to jakoś strasznie uprzykrzało życie mojemu partnerowi. Ale mogę się mylić, dlatego dla pewności zawsze odsyłam ciekawych, żeby zapytali samego zainteresowanego. (Niech no ja się tylko dowiem, że ma w tym temacie inne zdanie...!! ;P)
Przede mną ostatni trymestr. Ciekawa jestem, czy lista pytań do ciężarnej jeszcze się wydłuży :)
fot.www.visimobile.com
fot.www.rodzinko.pl
fot.www.kingletas.com
niedziela, 8 grudnia 2013
Takiego wała!
Wczoraj koleżanka wypożyczyła mi wielofunkcyjny wałek dla kobiet :)
Gruby, miękki i dłuuugi (coś koło 150 cm).
Może służyć jako poduszka do spania w ciąży, a potem - po związaniu końców - jako poduszka do karmienia dziecka. Nie jest wyprofilowana w rogal, więc w wersji rozłożonej można ją ułożyć w absolutnie dowolny sposób. Dzięki temu jeden koniec może być pod głową, środkowa część pod brzuchem, a drugi koniec między nogami.
Super sprawa. Nie miałam pojęcia o istnieniu takich gadżetów :)
Niestety po zakończeniu użytkowania muszę zwrócić gadżet właścicielce, albowiem jest z nim silnie związana (głównie dlatego, że koleżanka ma tyle samo wzrostu ile on, a więc tworzą związek doskonały:)).
fot.ceneo.pl
piątek, 15 listopada 2013
Ranking mam
Widziałam się dziś z przyjaciółką, mamą 4 miesięcznej córci. Rozmawiałyśmy o początkach jej macierzyństwa, chętnie dzieliła się radami jako ta bardziej doświadczona.
Nie ukrywałam, że temat karmienia jest dla mnie wciąż "nieobrobiony" mentalnie i byłam ciekawa jej doświadczeń.
Oto, co mi powiedziała: "zapamiętaj: niezależnie od tego, czy będziesz karmić piersią, czy nie - będziesz dobrą mamą".
No tak, w środowisku mam i często również personelu medycznego naturalne karmienie jest jedynym dopuszczalnym. Panuje przekonanie, że to najlepsze, co matka może dać swojemu dziecku.
A co, jeśli z różnych względów nie może?
Która lepsza?
Przyjaciółka jest właśnie przykładem kobiety, która mimo szczerych chęci nie zdołała wykarmić swojego dziecka. Pokarmu miała maleńko, dziecko nie przybierało na wadze, choć było regularnie przystawiane i faktycznie coś tam piło. Ale to nie była ani wystarczająca ilość ani jakość. I nie ma sobie nic do zarzucenia.
"Spróbuj - to na pewno. Ale jeśli się nie uda, to trudno. Nic na siłę."
Inna znajoma przestała karmić po interwencji lekarza. Była bardzo znerwicowana rolą matki i dużo czasu zajęło jej przyzwyczajenie się do nowej funkcji. Jej dziecko również było bardzo niespokojne, więc najwidoczniej z pokarmem przekazywała mu te wszystkie toksyczne substancje wytwarzane pod wpływem stresu. Po odstawieniu syna od piersi i ona się uspokoiła i dziecko.
Morał? Mleko matki nie zawsze jest bezwzględnie najlepsze. Zawsze trzeba wziąć pod uwagę możliwości, okoliczności i wybierać mniejsze zło.
Dlatego uważam, że podział na matki lepsze (karmiące piersią) i gorsze (nie karmiące naturalnie) nie ma racji bytu. Jestem przekonana, że każdy wybór jest podyktowany dobrem wspólnym - i matki i dziecka.
fot.www.m.webmd.com
Nie ukrywałam, że temat karmienia jest dla mnie wciąż "nieobrobiony" mentalnie i byłam ciekawa jej doświadczeń.
Oto, co mi powiedziała: "zapamiętaj: niezależnie od tego, czy będziesz karmić piersią, czy nie - będziesz dobrą mamą".
No tak, w środowisku mam i często również personelu medycznego naturalne karmienie jest jedynym dopuszczalnym. Panuje przekonanie, że to najlepsze, co matka może dać swojemu dziecku.
A co, jeśli z różnych względów nie może?
Która lepsza?
Przyjaciółka jest właśnie przykładem kobiety, która mimo szczerych chęci nie zdołała wykarmić swojego dziecka. Pokarmu miała maleńko, dziecko nie przybierało na wadze, choć było regularnie przystawiane i faktycznie coś tam piło. Ale to nie była ani wystarczająca ilość ani jakość. I nie ma sobie nic do zarzucenia.
"Spróbuj - to na pewno. Ale jeśli się nie uda, to trudno. Nic na siłę."
Inna znajoma przestała karmić po interwencji lekarza. Była bardzo znerwicowana rolą matki i dużo czasu zajęło jej przyzwyczajenie się do nowej funkcji. Jej dziecko również było bardzo niespokojne, więc najwidoczniej z pokarmem przekazywała mu te wszystkie toksyczne substancje wytwarzane pod wpływem stresu. Po odstawieniu syna od piersi i ona się uspokoiła i dziecko.
Morał? Mleko matki nie zawsze jest bezwzględnie najlepsze. Zawsze trzeba wziąć pod uwagę możliwości, okoliczności i wybierać mniejsze zło.
Dlatego uważam, że podział na matki lepsze (karmiące piersią) i gorsze (nie karmiące naturalnie) nie ma racji bytu. Jestem przekonana, że każdy wybór jest podyktowany dobrem wspólnym - i matki i dziecka.
fot.www.m.webmd.com
sobota, 21 września 2013
Szkoła rodzenia, uczenia czy straszenia?
Jeszcze dobrze nie zdążyłam się zastanowić, czy będę chciała uczestniczyć w zajęciach szkoły rodzenia, a już zostałam do niej skutecznie zniechęcona. Wszystko zaczęło się od znajomej, którą spotkałam wracającą z kolejnego spotkania w szkole rodzenia. Jej mina mówiła sama za siebie, ale dla jasności musiałam dopytać, czy było aż tak źle.
Potęga ciężarnej wyobraźni
No i cóż - tym razem zajęcia dotyczyły karmienia piersią i osoby prowadzące chyba nie do końca wzięły pod uwagę, że forma podania mało optymistycznych informacji ma ogromne znaczenie dla ich odbioru. Zwłaszcza w przypadku kobiet w ciąży, dla których stres jest raczej mało wskazany, a zatem oddziaływanie strachem średnio trafionym pomysłem.
Znajoma wyglądała na przerażoną i zniesmaczoną jednocześnie. Opowiadała o filmie puszczonym w szkole, na którym kobiece piersi wyglądały jak jedna wielka mleczarnia sięgająca kolan, a prowadząca raz po raz wtrącała soczyste komentarze o tym, że "będziecie płakały z bólu przy karmieniu, ale nie ma nic piękniejszego"... A że mnie nie trzeba wiele, to moja wyobraźnia szybko podążyła za słowami znajomej i oto zobaczyłam w głowie wizerunek murzynki z dzikiego plemienia, która nigdy nie nosiła biustonosza, z piersiami leżącymi na brzuchu i sięgającymi co najmniej pasa. Taaa, bardzo zachęcająca przyszłość. Natomiast ową prowadzącą ze szkoły rodzenia wyobraziłam sobie jako nawiedzoną posłankę dobrej nowiny, której życiową misją jest promowanie kampanii pod hasłem: "albo w pokorze i z uśmiechem na twarzy znosisz torturę karmienia piersią, albo nie masz prawa nazywać siebie matką!". No bo że butelka absolutnie nie wchodzi w grę, nie muszę dodawać?
Porażona tą opowieścią czym prędzej wygadałam się kuzynce (która karmiła dziecko przez 8 miesięcy) przebywającej za granicą, ciekawa jak tamtejsze kobiety zapatrują się na tą kwestię. Krótko i na temat powiedziała: "Wyluzuj, nie jest tak źle. A zawsze możesz podejść do tematu jak Francuzki - nie karmią, bo to źle robi na piersi" :)
Odpowiedź była strzałem w dziesiątkę, bo zyskałam trochę dystansu do sprawy. Jak już się bardziej uspokoiłam, zaczęłam się zastanawiać, gdzie znajduje się granica poświęcenia. Mojego poświęcenia w ogóle i poświęcenia dla dziecka. Czyż już sama decyzja o ciąży, bądź co bądź zmieniającej trochę ciało, nie jest przejawem wyjścia poza własny egocentryzm i ukłonem w stronę nowego człowieka? Jeśli dodatkowo wezmę pod uwagę, że okres połogu to też nie bułka z masłem, a całkowita rekonwalescencja rozłożona jest na kilka miesięcy po porodzie, to mam wrażenie, że wydając na świat dziecko, kobieta daje z siebie naprawdę sporo.
Spodziewaj się niespodziewanego!
W podobnym czasie rozmawiałam z koleżanką, która wspominając swoją pierwszą ciążę powiedziała, że do szkoły rodzenia nie chodziła. "Przygotowują cię na coś konkretnego, a ty i tak nie wiesz, jaki będzie rozwój wydarzeń w twoim przypadku. Uczysz się specjalnego oddychania, a na porodówce lekarz ci powie "proszę nie oddychać, bo dziecko ma obrzęk głowy i będzie cesarka". I na co ci cała edukacja?".
Inna znajoma zachwalała zajęcia w szkole rodzenia w swoim mieście ze względu na praktyczne informacje i oswojenie z tematem w czasie ciąży. Jednak zapytana po porodzie, czy faktycznie skorzystała z tej wiedzy, powiedziała, że nie. Na porodówce postawiła na współpracę z położną, bo i tak nic przydatnego jej się w tym momencie nie przypominało. Zaproponowała, że może mi skserować notatki ze szkoły, bo właściwie uczestnicząc w zajęciach osobiście i tak nie będę w stanie "nauczyć się rodzenia". Po kilku takich opiniach doszłam do wniosku, że wartość szkoły rodzenia wyraża się głównie w zabezpieczeniu informacyjnym. A wiedząc więcej mogę być spokojna, że po pierwsze - wiem, co się ze mną dzieje teraz, a po drugie - nie spanikuję później, gdyż będę przygotowana, przynajmniej teoretycznie, na to, co nastąpi. Nie ma tu obietnicy, że dzięki tej wiedzy poród będzie łatwiejszy, ani że psychicznie lepiej poradzę sobie z sytuacją.
To zależy od człowieka - niektórzy im wiedzą więcej, tym mają poczucie większej kontroli nad sytuacją. Inni lepiej radzą sobie na bieżąco, bez uprzedniego nastawiania się miesiącami na to, co na się wydarzyć.
Czego oczy nie widzą... Jakim typem jestem ja? Cóż, na dzień dzisiejszy nie garnę się do wertowania książek, podrzuconych przez kobiety-matki z rodziny. Nie, żebym nie próbowała. Otworzyłam ze dwa razy książkę w dowolnym miejscu i gdy moim oczom ukazała się lista zmian, które może zaobserwować kobieta w swoim ciele np. w 6. miesiącu, stchórzyłam. Jakoś wizja wszechobecnych żylaków mało mi współgra z radością, którą aktualnie odczuwam na myśl, że rośnie we mnie mały człowieczek. Dlatego na razie podaruję sobie te lektury. Podobnie ze szkołą rodzenia - opowieści i filmy o karmieniu nie są tym, czego teraz mi najbardziej potrzeba. Jak już będzie tak daleko, zmierzę się z tym, ale to nie znaczy, że muszę myśleć o tym już dziś. Tym bardziej, że moje nastawienie jest w tej chwili negatywne, co nie służy ani mnie, ani dziecku. Jak dobrze być świadomym swoich potrzeb!
fot.www.deon.pl
fot.www.wiadomosci.onet.pl
Znajoma wyglądała na przerażoną i zniesmaczoną jednocześnie. Opowiadała o filmie puszczonym w szkole, na którym kobiece piersi wyglądały jak jedna wielka mleczarnia sięgająca kolan, a prowadząca raz po raz wtrącała soczyste komentarze o tym, że "będziecie płakały z bólu przy karmieniu, ale nie ma nic piękniejszego"... A że mnie nie trzeba wiele, to moja wyobraźnia szybko podążyła za słowami znajomej i oto zobaczyłam w głowie wizerunek murzynki z dzikiego plemienia, która nigdy nie nosiła biustonosza, z piersiami leżącymi na brzuchu i sięgającymi co najmniej pasa. Taaa, bardzo zachęcająca przyszłość. Natomiast ową prowadzącą ze szkoły rodzenia wyobraziłam sobie jako nawiedzoną posłankę dobrej nowiny, której życiową misją jest promowanie kampanii pod hasłem: "albo w pokorze i z uśmiechem na twarzy znosisz torturę karmienia piersią, albo nie masz prawa nazywać siebie matką!". No bo że butelka absolutnie nie wchodzi w grę, nie muszę dodawać?
Porażona tą opowieścią czym prędzej wygadałam się kuzynce (która karmiła dziecko przez 8 miesięcy) przebywającej za granicą, ciekawa jak tamtejsze kobiety zapatrują się na tą kwestię. Krótko i na temat powiedziała: "Wyluzuj, nie jest tak źle. A zawsze możesz podejść do tematu jak Francuzki - nie karmią, bo to źle robi na piersi" :)
Odpowiedź była strzałem w dziesiątkę, bo zyskałam trochę dystansu do sprawy. Jak już się bardziej uspokoiłam, zaczęłam się zastanawiać, gdzie znajduje się granica poświęcenia. Mojego poświęcenia w ogóle i poświęcenia dla dziecka. Czyż już sama decyzja o ciąży, bądź co bądź zmieniającej trochę ciało, nie jest przejawem wyjścia poza własny egocentryzm i ukłonem w stronę nowego człowieka? Jeśli dodatkowo wezmę pod uwagę, że okres połogu to też nie bułka z masłem, a całkowita rekonwalescencja rozłożona jest na kilka miesięcy po porodzie, to mam wrażenie, że wydając na świat dziecko, kobieta daje z siebie naprawdę sporo.
Spodziewaj się niespodziewanego!
W podobnym czasie rozmawiałam z koleżanką, która wspominając swoją pierwszą ciążę powiedziała, że do szkoły rodzenia nie chodziła. "Przygotowują cię na coś konkretnego, a ty i tak nie wiesz, jaki będzie rozwój wydarzeń w twoim przypadku. Uczysz się specjalnego oddychania, a na porodówce lekarz ci powie "proszę nie oddychać, bo dziecko ma obrzęk głowy i będzie cesarka". I na co ci cała edukacja?".
Inna znajoma zachwalała zajęcia w szkole rodzenia w swoim mieście ze względu na praktyczne informacje i oswojenie z tematem w czasie ciąży. Jednak zapytana po porodzie, czy faktycznie skorzystała z tej wiedzy, powiedziała, że nie. Na porodówce postawiła na współpracę z położną, bo i tak nic przydatnego jej się w tym momencie nie przypominało. Zaproponowała, że może mi skserować notatki ze szkoły, bo właściwie uczestnicząc w zajęciach osobiście i tak nie będę w stanie "nauczyć się rodzenia". Po kilku takich opiniach doszłam do wniosku, że wartość szkoły rodzenia wyraża się głównie w zabezpieczeniu informacyjnym. A wiedząc więcej mogę być spokojna, że po pierwsze - wiem, co się ze mną dzieje teraz, a po drugie - nie spanikuję później, gdyż będę przygotowana, przynajmniej teoretycznie, na to, co nastąpi. Nie ma tu obietnicy, że dzięki tej wiedzy poród będzie łatwiejszy, ani że psychicznie lepiej poradzę sobie z sytuacją.
To zależy od człowieka - niektórzy im wiedzą więcej, tym mają poczucie większej kontroli nad sytuacją. Inni lepiej radzą sobie na bieżąco, bez uprzedniego nastawiania się miesiącami na to, co na się wydarzyć.
Czego oczy nie widzą... Jakim typem jestem ja? Cóż, na dzień dzisiejszy nie garnę się do wertowania książek, podrzuconych przez kobiety-matki z rodziny. Nie, żebym nie próbowała. Otworzyłam ze dwa razy książkę w dowolnym miejscu i gdy moim oczom ukazała się lista zmian, które może zaobserwować kobieta w swoim ciele np. w 6. miesiącu, stchórzyłam. Jakoś wizja wszechobecnych żylaków mało mi współgra z radością, którą aktualnie odczuwam na myśl, że rośnie we mnie mały człowieczek. Dlatego na razie podaruję sobie te lektury. Podobnie ze szkołą rodzenia - opowieści i filmy o karmieniu nie są tym, czego teraz mi najbardziej potrzeba. Jak już będzie tak daleko, zmierzę się z tym, ale to nie znaczy, że muszę myśleć o tym już dziś. Tym bardziej, że moje nastawienie jest w tej chwili negatywne, co nie służy ani mnie, ani dziecku. Jak dobrze być świadomym swoich potrzeb!
fot.www.deon.pl
fot.www.wiadomosci.onet.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















