Na jednych z zajęć szkoły rodzenia mieliśmy do czynienia z symulatorem niemowlęcia, czyli zaprogramowaną lalką. Trzeba ją było nakarmić, uspokoić itp. Pamiętam, że jej płacz był dla mnie nie do zniesienia pomimo świadomości, że to tylko fantom. Męczył mnie i irytował, a nawet stresował. Prowadzące powiedziały, że musimy się uodpornić na takie dźwięki, bo płacz własnego dziecka jest jeszcze bardziej drażniący.
Słuchać =/= słyszeć
I coś mi się nie zgadza ta teoria z praktyką. Gdy mój synek intensywnie płacze przez dłuższą chwilę, to moje ucho stopniowo przyzwyczaja się do wzrastających decybeli. Do tego stopnia, że czasami zdarza mi się zapomnieć (sic!), że ten wrzask to w istocie wołanie mnie i reaguję z opóźnieniem. I to bynajmniej nie celowo, bo na przykład tak sobie wymyśliłam żeby zwlekać i w ten sposób trenować w malcu cierpliwość. Zupełnie nie. Wygląda na to, że po prostu staję się głucha na to, czego nie chcę słyszeć. To tak jak w przypadku słuchania nudnej opowieści - w pewnym momencie człowiek się wyłącza, nie wiedząc nawet kiedy...
To było dla mnie zaskakujące odkrycie. Znajoma mama, z którą podzieliłam się tym spostrzeżeniem stwierdziła, że to widocznie moja "strategia przetrwania". Że jakoś sobie muszę radzić z tak dużym, często się powtarzającym dyskomfortem.
A wracając to teorii ze szkoły rodzenia - jestem zapewne wyjątkiem potwierdzającym regułę. Bo płacz cudzych dzieci (i lalek) jest dla mnie wciąż nieporównywalnie bardziej irytujący, niż wrzask mojego synka. Chyba tylko dlatego, że to co znane, jest bardziej znośne, bo przynajmniej przewidywalne.
PS. W takich przypadkach nie jestem pewna, czy duża samoświadomość mi służy, czy raczej przeszkadza. Czasami byłoby lepiej nie znać odpowiedzi na pewne pytania i nie wiedzieć dlaczego zachowuję się tak, jak się zachowuję :)
fot.www.maryblue.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła rodzenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła rodzenia. Pokaż wszystkie posty
środa, 28 maja 2014
niedziela, 6 kwietnia 2014
Dyplomowani rodzice, czyli podsumowanie szkoły rodzenia - cz. 2
Część pierwsza podsumowania -> tutaj
Gul, gul, gul...
Dokładnie tyle zapamiętałam z zajęć z doradcą laktacyjnym. Pani ilustrowała nam dźwiękowo sposób pobierania pokarmu przez dziecko i w mojej głowie zrobiło się z tego jedno wielkie gulganie :) Tak po prawdzie podano mnóstwo praktycznych wskazówek, co zrobić, żeby skutecznie wystartować z karmieniem piersią i dlaczego warto. Spisałam wszystkie porady na różne problemy typu nawał pokarmu, czy nienajadanie się dziecka. Jednak zauważyłam, że słuchałam tego wszystkiego z o wiele mniejszą uwagą. Miałam poczucie, że tej wiedzy jest taki ogrom, że i tak nie ogarnę. Podobnie reagowałam czytając książkę "Język niemowląt", gdzie autorka zestawiała problemy z rozwiązaniami. W obu przypadkach zagadnienia te wydawały mi się dość odległe, ponieważ dotyczą jeszcze nienarodzonego dziecka. A dopóki sama nie poznam maluszka, nie dowiem się, z jakimi trudnościami będę miała do czynienia. I chyba stąd wynikało nieznaczne wycofanie mojego zaangażowania przy tych tematach.
Nie znaczy to jednak wcale, że nie poczyniłam skrupulatnych notatek. Mianowicie drukowanymi literami zanotowałam uwagę, która wydała mi się godna zapamiętania i przypominania sobie w każdej kryzysowej chwili: "dziecko też się uczy" (a nie tylko matka). A więc apel o cierpliwość i prawo do błędu, nie tylko dla mnie. Druga istotna kwestia to "niezbędnik matki karmiącej piersią": 1.wygodne siedzisko, 2.podnóżek, 3.poducha do karmienia, 4.woda!! (podobno strasznie suszy). I jeszcze hasło ku pokrzepieniu serc, a raczej żołądków: "nie święte dzieci karmią" - co dla mnie, umiarkowanego łasucha, stanowi rozgrzeszenie z różnych dietetycznych grzeszków :).
Zuzia, lalka nieduża... ale jaka rozwrzeszczana!
W programie zajęć były jeszcze tematy dotyczące pielęgnacji kobiety w połogu i obsługi noworodka (trening na lalkach), wsparcia ze strony ojca w tym niełatwym okresie, szczepień, zasad bezpieczeństwa w domu i wiele innych, które zrodziły się w toku burzliwych rozmów. Nie będę o nich już jednak szczegółowo pisać (choć gdyby ktoś chciał, mam notatki oraz materiały edukacyjne ze szkoły) z powodu, o którym wspomniałam przy okazji laktacji - są to tematy już dalsze, do których mam większy dystans, bo moje radzenie sobie z nimi będzie ściśle związane z charakterkiem mojego synka. Tematy okołoporodowe zaś są związane głównie ze mną i moim przygotowaniem psychicznym i fizycznym, a więc takim, na które mam bezpośredni wpływ - stąd angażują mnie na chwilę obecną dużo bardziej.
Nie mogę jednak przemilczeć obecności pewnego gadżetu - symulatora niemowlęcia. Niby tylko lalka, ale jak wydała głos, to zaczęłam się nerwowo rozglądać, czy aby nasza sala nie graniczy przypadkiem z odziałem noworodkowym! I czegóż się dowiedziałam przy tej okazji? Że jeżeli denerwował mnie [<- eufemizm] płacz takiej lali, to mogę być pewna, że płacz mojego dziecka będzie dla mnie jeszcze bardziej drażniący. Aaaaaaaa ratunku!!!
No cóż, przynajmniej mam tego świadomość, dzięki czemu gdy zauważę u siebie oznaki zniecierpliwienia (czyli chęci wyjścia z siebie w najlepszym wypadku) to mam sobie nie wyrzucać od razu bycia wyrodną matką, tylko przyjąć ten stan jako normę. I co najwyżej wyjść z pokoju, aby po paru głębszych (oddechach oczywiście ;p), wrócić i spróbować się skomunikować z dzieckiem raz jeszcze.
Rodzice z dyplomem
I tym spokojnym :) akcentem kończę podsumowanie przygody w szkole rodzenia. Polecam ją każdej kobiecie, która potrzebuje wsparcia na drodze do odkrycia swoich mocnych stron i utwierdzenia się w poczuciu kobiecej siły. I każdemu mężczyźnie, aby nabrał pewności siebie w roli taty.
Nie mam pojęcia, jak przebiegnie mój poród, jednak mogę powiedzieć, że na niecały miesiąc przed terminowym rozwiązaniem jestem spokojna, gotowa na każdą ewentualność i pozytywnie nastawiona. A co najważniejsze, koncentruję się na tym, na co mam wpływ - i to jest chyba największa wartość, jaką wyniosłam z kursu.
Na ostatnich zajęciach wszystkie pary otrzymały dyplom ukończenia szkoły rodzenia. Z takim poważnym dokumentem od razu poczułam się bardziej kompetentna i lepiej przygotowana do roli rodzica :)
fot.www.blog.ebobas.pl
fot.www.zsmiroslawiec.pl
fot.www.buzzle.com
Gul, gul, gul...
Dokładnie tyle zapamiętałam z zajęć z doradcą laktacyjnym. Pani ilustrowała nam dźwiękowo sposób pobierania pokarmu przez dziecko i w mojej głowie zrobiło się z tego jedno wielkie gulganie :) Tak po prawdzie podano mnóstwo praktycznych wskazówek, co zrobić, żeby skutecznie wystartować z karmieniem piersią i dlaczego warto. Spisałam wszystkie porady na różne problemy typu nawał pokarmu, czy nienajadanie się dziecka. Jednak zauważyłam, że słuchałam tego wszystkiego z o wiele mniejszą uwagą. Miałam poczucie, że tej wiedzy jest taki ogrom, że i tak nie ogarnę. Podobnie reagowałam czytając książkę "Język niemowląt", gdzie autorka zestawiała problemy z rozwiązaniami. W obu przypadkach zagadnienia te wydawały mi się dość odległe, ponieważ dotyczą jeszcze nienarodzonego dziecka. A dopóki sama nie poznam maluszka, nie dowiem się, z jakimi trudnościami będę miała do czynienia. I chyba stąd wynikało nieznaczne wycofanie mojego zaangażowania przy tych tematach.
Nie znaczy to jednak wcale, że nie poczyniłam skrupulatnych notatek. Mianowicie drukowanymi literami zanotowałam uwagę, która wydała mi się godna zapamiętania i przypominania sobie w każdej kryzysowej chwili: "dziecko też się uczy" (a nie tylko matka). A więc apel o cierpliwość i prawo do błędu, nie tylko dla mnie. Druga istotna kwestia to "niezbędnik matki karmiącej piersią": 1.wygodne siedzisko, 2.podnóżek, 3.poducha do karmienia, 4.woda!! (podobno strasznie suszy). I jeszcze hasło ku pokrzepieniu serc, a raczej żołądków: "nie święte dzieci karmią" - co dla mnie, umiarkowanego łasucha, stanowi rozgrzeszenie z różnych dietetycznych grzeszków :).
Zuzia, lalka nieduża... ale jaka rozwrzeszczana!
W programie zajęć były jeszcze tematy dotyczące pielęgnacji kobiety w połogu i obsługi noworodka (trening na lalkach), wsparcia ze strony ojca w tym niełatwym okresie, szczepień, zasad bezpieczeństwa w domu i wiele innych, które zrodziły się w toku burzliwych rozmów. Nie będę o nich już jednak szczegółowo pisać (choć gdyby ktoś chciał, mam notatki oraz materiały edukacyjne ze szkoły) z powodu, o którym wspomniałam przy okazji laktacji - są to tematy już dalsze, do których mam większy dystans, bo moje radzenie sobie z nimi będzie ściśle związane z charakterkiem mojego synka. Tematy okołoporodowe zaś są związane głównie ze mną i moim przygotowaniem psychicznym i fizycznym, a więc takim, na które mam bezpośredni wpływ - stąd angażują mnie na chwilę obecną dużo bardziej.
Nie mogę jednak przemilczeć obecności pewnego gadżetu - symulatora niemowlęcia. Niby tylko lalka, ale jak wydała głos, to zaczęłam się nerwowo rozglądać, czy aby nasza sala nie graniczy przypadkiem z odziałem noworodkowym! I czegóż się dowiedziałam przy tej okazji? Że jeżeli denerwował mnie [<- eufemizm] płacz takiej lali, to mogę być pewna, że płacz mojego dziecka będzie dla mnie jeszcze bardziej drażniący. Aaaaaaaa ratunku!!!
No cóż, przynajmniej mam tego świadomość, dzięki czemu gdy zauważę u siebie oznaki zniecierpliwienia (czyli chęci wyjścia z siebie w najlepszym wypadku) to mam sobie nie wyrzucać od razu bycia wyrodną matką, tylko przyjąć ten stan jako normę. I co najwyżej wyjść z pokoju, aby po paru głębszych (oddechach oczywiście ;p), wrócić i spróbować się skomunikować z dzieckiem raz jeszcze.
Rodzice z dyplomem
I tym spokojnym :) akcentem kończę podsumowanie przygody w szkole rodzenia. Polecam ją każdej kobiecie, która potrzebuje wsparcia na drodze do odkrycia swoich mocnych stron i utwierdzenia się w poczuciu kobiecej siły. I każdemu mężczyźnie, aby nabrał pewności siebie w roli taty.
Nie mam pojęcia, jak przebiegnie mój poród, jednak mogę powiedzieć, że na niecały miesiąc przed terminowym rozwiązaniem jestem spokojna, gotowa na każdą ewentualność i pozytywnie nastawiona. A co najważniejsze, koncentruję się na tym, na co mam wpływ - i to jest chyba największa wartość, jaką wyniosłam z kursu.
Na ostatnich zajęciach wszystkie pary otrzymały dyplom ukończenia szkoły rodzenia. Z takim poważnym dokumentem od razu poczułam się bardziej kompetentna i lepiej przygotowana do roli rodzica :)
fot.www.blog.ebobas.pl
fot.www.zsmiroslawiec.pl
fot.www.buzzle.com
sobota, 5 kwietnia 2014
Dyplomowani rodzice, czyli podsumowanie szkoły rodzenia - cz. 1
Udało się! Uczestniczyłam we wszystkich pięciu zajęciach szkoły rodzenia. Ostatnie z nich przypadały na mój 37 tydzień ciąży, więc gdy zapisywałam się do szkoły w styczniu, moja obecność stała pod znakiem zapytania. Mogłam już przecież w tym czasie wprowadzać w życie nauki teoretyczne, zwłaszcza dotyczące tematu porodu :)
Ale nie, syn zdaje się postanowił być donoszony (i słusznie! gdzież mu będzie tak dobrze, jak u mamy? ;p), dzięki czemu w dobrej formie wzięłam udział w każdym ze spotkań coachingowej szkoły rodzenia.
Spóźnieni na lekcję?
Na pierwszych zajęciach podano sporo informacji o sprawach, o które warto zadbać od początku ciąży - np. o jakie badania koniecznie upomnieć się u lekarza, albo jak optymalnie skompletować wyprawkę dla dziecka. W tym momencie zastanowiłam się, jaki jest optymalny czas na przyjście do szkoły rodzenia. No bo gdybym akurat nie miała lekarza, który bardzo o mnie dba i kieruje na niezbędne badania, to po usłyszeniu takich informacji mogłabym mieć poczucie, że coś przegapiłam, że powinnam przyjść na takie zajęcia wcześniej. Tylko kiedy wcześniej? Bo na pewno nie w pierwszym trymestrze, kiedy jeszcze zupełnie inne rzeczy zaprzątały mi głowę. Nawet drugi wydawał mi się ciągle zbyt odległy od rozwiązania, żebym miała ochotę słuchać o porodzie. Wydaje mi się, że właśnie teraz mam najbardziej podatny umysł na przyjmowanie wszelkich informacji, bo zwyczajnie mnie interesują w miarę zbliżania się terminu porodu - tyle, że na uwzględnienie wielu omawianych kwestii mogłoby już być za późno. Na szczęście nie mam poczucia, że coś zawaliłam, albo pominęłam z niewiedzy.
Oddychaj za siebie i dziecko
To hasło szczególnie zapamiętałam z zajęć, których tematem był poród. Podobnie jak diagram stosunku wdechu do wydechu (1/2 do 2/3) i pojęcie "triady Reada" (błędne koło lęku, napięcia i bólu). Samemu oddechowi prowadzące (coach i położna) poświęciły naprawdę dużo uwagi - zarówno technice jak i funkcji. I słusznie, bo prawidłowy oddech przeponowy załatwia nam takie sprawy jak kontrola emocji, redukcja bólu, pokonanie zmęczenia, wzrost energii (w czasie porodu i w życiu w ogóle), a przede wszystkim pozwala dotlenić dziecko. Oddech jest najlepszym pomocnikiem na porodówce, a podobno najczęściej bagatelizowanym lub nawet wyśmiewanym. Hmm, ciekawe przez kogo.
Bez bólu ani rusz!
Jako że większość uczestniczek szkoły rodzenia podała strach przed bólem porodowym jako jedną ze swoich głównych obaw, tematowi temu została poświęcona również dłuższa chwila. Trochę było o mechanizmach powstawania bólu jako takiego i o samym porodowym. Pracowaliśmy na przekonaniach związanych z bólem i wybieraliśmy te wspierające np. ból jest informacją o postępie porodu, informacją o dziecku gotowym do wyjścia, sygnałem do mobilizacji organizmu. Jeśli potraktujemy go jako sprzymierzeńca, a nie wroga, to nie tylko go złagodzimy, ale też przyspieszymy poród i zachowamy więcej energii. Możemy wykorzystać w tym celu narzędzia takie jak afirmacje i wizualizacje oraz w razie potrzeby metody farmakologiczne.
Kryzys 7-go centymetra
Ten kryzys to dla mnie zupełna nowość, nigdy o tym nie słyszałam. Być może dlatego, że nikogo nie wypytywałam o przebieg pierwszej fazy porodu zbyt szczegółowo. To ważna informacja zwłaszcza dla osób towarzyszących, czyli najczęściej tatusiów. Jeśli mają świadomość występowania owego kryzysu, to będą potrafili odpowiednio zareagować i wesprzeć partnerki. Dzięki temu zamiast opadać z sił razem z nimi, dodadzą otuchy mówiąc, że meta już blisko. Jeśli oczywiście pary zdecydują się na poród rodzinny (tu plus dla prowadzących za pokazywanie zalet takich porodów, ale pozostawienie ostatecznej decyzji uczestnikom, bez narzucania swoich poglądów).
"Ty nie rodziłaś - ty miałaś cesarkę"
Osobiście nigdy nie spotkałam się z wartościowaniem porodów, jakoby tylko poród siłami natury zasługiwał na miano "rodzenia", a cięcie cesarskie było pójściem na łatwiznę. Ale takie opinie można wyczytać choćby na forach internetowych.
Po rozmowach z wieloma kobietami, które rozwiązywały ciążę w jeden z tych dwóch sposobów, nasunął mi się tylko jeden wniosek: kobiety rodzące naturalnie cierpią fizycznie w trakcie porodu (skurcze), a te po cesarce - po zabiegu (ból rany i dyskomfort związany ze znieczuleniem). Ani jedne ani drugie nie stwierdzały, że ich poród był bezbolesny, albo łatwiejszy.
Wspominam o tym dlatego, że kwestia wartościowania porodów została poruszona w szkole, tyle że nie z uwagi na jakiś społeczny ostracyzm, ale ze względu na nasze własne wyobrażenia. Prowadzące uwrażliwiały na fakt, że każdy rodzaj porodu spełnia swój cel, jakim jest wydanie dziecka na świat i nie ma sensu czuć się gorszą, jeśli się okaże, że nasza ciąża zostanie rozwiązana zabiegiem. Trzeba mieć świadomość, że każdy poród może zakończyć się cięciem cesarskim i jeśli będziemy przygotowane na taką ewentualność, to unikniemy niepotrzebnych rozczarowań. Coś w tym musi być, bo znam kilka kobiet, którym tak zależało na naturalnych porodach, że były bardzo zawiedzione, gdy okazało się to niemożliwe ze względów zdrowotnych.
Odnośnie cesarek, tym co wyjątkowo wryło mi się w pamięć na tych zajęciach były rady położnej, by po cięciu nie zwlekać z informowaniem personelu i konieczności podania środków przeciwbólowych, bo gdy ból będzie już nasilony, środki nie zadziałają.
część druga podsumowania -> tutaj
fot.www.miskuleczka.pl
fot.www.kallkwiktburystedmunds.co.uk
fot.www.jezykiemdziecka.wordpress.com
Ale nie, syn zdaje się postanowił być donoszony (i słusznie! gdzież mu będzie tak dobrze, jak u mamy? ;p), dzięki czemu w dobrej formie wzięłam udział w każdym ze spotkań coachingowej szkoły rodzenia.
Spóźnieni na lekcję?
Na pierwszych zajęciach podano sporo informacji o sprawach, o które warto zadbać od początku ciąży - np. o jakie badania koniecznie upomnieć się u lekarza, albo jak optymalnie skompletować wyprawkę dla dziecka. W tym momencie zastanowiłam się, jaki jest optymalny czas na przyjście do szkoły rodzenia. No bo gdybym akurat nie miała lekarza, który bardzo o mnie dba i kieruje na niezbędne badania, to po usłyszeniu takich informacji mogłabym mieć poczucie, że coś przegapiłam, że powinnam przyjść na takie zajęcia wcześniej. Tylko kiedy wcześniej? Bo na pewno nie w pierwszym trymestrze, kiedy jeszcze zupełnie inne rzeczy zaprzątały mi głowę. Nawet drugi wydawał mi się ciągle zbyt odległy od rozwiązania, żebym miała ochotę słuchać o porodzie. Wydaje mi się, że właśnie teraz mam najbardziej podatny umysł na przyjmowanie wszelkich informacji, bo zwyczajnie mnie interesują w miarę zbliżania się terminu porodu - tyle, że na uwzględnienie wielu omawianych kwestii mogłoby już być za późno. Na szczęście nie mam poczucia, że coś zawaliłam, albo pominęłam z niewiedzy.
Oddychaj za siebie i dziecko
To hasło szczególnie zapamiętałam z zajęć, których tematem był poród. Podobnie jak diagram stosunku wdechu do wydechu (1/2 do 2/3) i pojęcie "triady Reada" (błędne koło lęku, napięcia i bólu). Samemu oddechowi prowadzące (coach i położna) poświęciły naprawdę dużo uwagi - zarówno technice jak i funkcji. I słusznie, bo prawidłowy oddech przeponowy załatwia nam takie sprawy jak kontrola emocji, redukcja bólu, pokonanie zmęczenia, wzrost energii (w czasie porodu i w życiu w ogóle), a przede wszystkim pozwala dotlenić dziecko. Oddech jest najlepszym pomocnikiem na porodówce, a podobno najczęściej bagatelizowanym lub nawet wyśmiewanym. Hmm, ciekawe przez kogo.
Bez bólu ani rusz!
Jako że większość uczestniczek szkoły rodzenia podała strach przed bólem porodowym jako jedną ze swoich głównych obaw, tematowi temu została poświęcona również dłuższa chwila. Trochę było o mechanizmach powstawania bólu jako takiego i o samym porodowym. Pracowaliśmy na przekonaniach związanych z bólem i wybieraliśmy te wspierające np. ból jest informacją o postępie porodu, informacją o dziecku gotowym do wyjścia, sygnałem do mobilizacji organizmu. Jeśli potraktujemy go jako sprzymierzeńca, a nie wroga, to nie tylko go złagodzimy, ale też przyspieszymy poród i zachowamy więcej energii. Możemy wykorzystać w tym celu narzędzia takie jak afirmacje i wizualizacje oraz w razie potrzeby metody farmakologiczne.
Kryzys 7-go centymetra
Ten kryzys to dla mnie zupełna nowość, nigdy o tym nie słyszałam. Być może dlatego, że nikogo nie wypytywałam o przebieg pierwszej fazy porodu zbyt szczegółowo. To ważna informacja zwłaszcza dla osób towarzyszących, czyli najczęściej tatusiów. Jeśli mają świadomość występowania owego kryzysu, to będą potrafili odpowiednio zareagować i wesprzeć partnerki. Dzięki temu zamiast opadać z sił razem z nimi, dodadzą otuchy mówiąc, że meta już blisko. Jeśli oczywiście pary zdecydują się na poród rodzinny (tu plus dla prowadzących za pokazywanie zalet takich porodów, ale pozostawienie ostatecznej decyzji uczestnikom, bez narzucania swoich poglądów).
"Ty nie rodziłaś - ty miałaś cesarkę"
Osobiście nigdy nie spotkałam się z wartościowaniem porodów, jakoby tylko poród siłami natury zasługiwał na miano "rodzenia", a cięcie cesarskie było pójściem na łatwiznę. Ale takie opinie można wyczytać choćby na forach internetowych.
Po rozmowach z wieloma kobietami, które rozwiązywały ciążę w jeden z tych dwóch sposobów, nasunął mi się tylko jeden wniosek: kobiety rodzące naturalnie cierpią fizycznie w trakcie porodu (skurcze), a te po cesarce - po zabiegu (ból rany i dyskomfort związany ze znieczuleniem). Ani jedne ani drugie nie stwierdzały, że ich poród był bezbolesny, albo łatwiejszy.
Wspominam o tym dlatego, że kwestia wartościowania porodów została poruszona w szkole, tyle że nie z uwagi na jakiś społeczny ostracyzm, ale ze względu na nasze własne wyobrażenia. Prowadzące uwrażliwiały na fakt, że każdy rodzaj porodu spełnia swój cel, jakim jest wydanie dziecka na świat i nie ma sensu czuć się gorszą, jeśli się okaże, że nasza ciąża zostanie rozwiązana zabiegiem. Trzeba mieć świadomość, że każdy poród może zakończyć się cięciem cesarskim i jeśli będziemy przygotowane na taką ewentualność, to unikniemy niepotrzebnych rozczarowań. Coś w tym musi być, bo znam kilka kobiet, którym tak zależało na naturalnych porodach, że były bardzo zawiedzione, gdy okazało się to niemożliwe ze względów zdrowotnych.
Odnośnie cesarek, tym co wyjątkowo wryło mi się w pamięć na tych zajęciach były rady położnej, by po cięciu nie zwlekać z informowaniem personelu i konieczności podania środków przeciwbólowych, bo gdy ból będzie już nasilony, środki nie zadziałają.
część druga podsumowania -> tutaj
fot.www.miskuleczka.pl
fot.www.kallkwiktburystedmunds.co.uk
fot.www.jezykiemdziecka.wordpress.com
czwartek, 6 marca 2014
Oswoić porodówkę
Po ostatniej rozmowie z lekarzem trochę straciłam rezon. Co którąś wizytę zjawiam się w gabinecie z pokaźną listą pytań. Spisuję wszystkie moje znaki zapytania ponieważ wolę, żeby moje wątpliwości rozwiewał lekarz prowadzący, a nie anonimowy ekspert guglowy. Zwykle odpowiedzi mnie w pełni satysfakcjonują, a ostatnio było trochę inaczej.
Odczułam, że za bardzo chcę się przygotować, co jest niemożliwe, bo przecież tyle rzeczy jest poza moją kontrolą. Z perspektywy lekarza wygląda to tak, że każdy poród jest inny, trudno zatem sobie cokolwiek zaplanować, niewiele można przewidzieć. Zarówno ze strony przebiegu samej akcji porodowej, jak i ze strony rodzącej. Dlatego kobieta nie powinna zbytnio filozofować i robić wokół porodu szczególnej otoczki, bo wszystko się okaże już/dopiero w szpitalu. Innymi słowy nie ma sensu wymyślać scenariuszy, bo wszystko może się potoczyć zupełnie inaczej.
Podcięte skrzydła
Wszystko to wydaje się logiczne. Lepiej się nie nastawiać tak czy owak, żeby się nie rozczarować. I zwykle taką mam właśnie taktykę: nie mieć zbyt wysokich oczekiwań, ponieważ jak już, wolę się pozytywnie zaskoczyć.
Tyle że poród wydaje mi się zbyt ważnym wydarzeniem, żeby nie próbować przygotować się jak najlepiej się da. A jeśli przestanę myśleć o nim optymistycznie, to mogę niechcący dopuścić do głosu czarnowidztwo. No bo nie da się nie myśleć o tym w ogóle. To tak, jak starać się nie myśleć o zbliżającym się egzaminie, ślubie, czy rozmowie kwalifikacyjnej - raczej niewykonalne.
Muszę przyznać, że zaczęłam się już zastanawiać, czy przypadkiem nie tracę tylko czasu i energii na te wszystkie ćwiczenia, wizualizacje, afirmacje, oddychanie, skoro w ostatecznym rozrachunku wszystko jest w rękach położnych. Może jestem naiwna, że dałam się nabrać na to poczucie sprawstwa i możliwości wpływania na rezultaty poprzez własne nastawienie?
Szkoła pięknego rodzenia

Szczęśliwie moje zwątpienie nie miało czasu zakorzenić się na dobre w moim umyśle, gdyż właśnie rozpoczęły się zajęcia w szkole rodzenia (ale ten czas leci!). I to było to, czego bardzo potrzebowałam. Coś, co zwróciło mi wiarę w sens przygotowań i poczucie, że jednak wiele ode mnie zależy.
Tym, co szczególnie dodało mi skrzydeł był mój wniosek, że sposób w jaki starałam się nastawiać przez ostatnie miesiące do rozwiązania, jest pokrewny z podejściem propagowanym w szkole rodzenia. Czyli intuicyjnie dokonałam dla siebie dobrych wyborów, bo innym kobietom to też pomaga. To bardzo cenne wzmocnienie!
Bardzo się cieszyłam z obecności mojego męża. Nie byłabym w stanie wszystkiego mu powtórzyć (mimo dość obszernych notatek). Wartość jego uczestnictwa polega też na tym, że może wyłapywać informacje ważne z jego punktu widzenia, tak by mógł jak najlepiej spełnić się w roli. Ja natomiast jestem zainteresowana innymi aspektami i na nich się skupiam. Dzięki temu jeśli o czymś zapomnę, będzie mi mógł przypomnieć hasłowo - bo słyszeliśmy dokładnie ten sam przekaz. Co dwie głowy to nie jedna :)
Z niecierpliwością czekam na kolejne zajęcia w szkole - a te już za tydzień.
fot.www.successtroughselfimprovement.com
fot.www.hardcourtlessons.blogspot.com
Odczułam, że za bardzo chcę się przygotować, co jest niemożliwe, bo przecież tyle rzeczy jest poza moją kontrolą. Z perspektywy lekarza wygląda to tak, że każdy poród jest inny, trudno zatem sobie cokolwiek zaplanować, niewiele można przewidzieć. Zarówno ze strony przebiegu samej akcji porodowej, jak i ze strony rodzącej. Dlatego kobieta nie powinna zbytnio filozofować i robić wokół porodu szczególnej otoczki, bo wszystko się okaże już/dopiero w szpitalu. Innymi słowy nie ma sensu wymyślać scenariuszy, bo wszystko może się potoczyć zupełnie inaczej.
Podcięte skrzydła
Wszystko to wydaje się logiczne. Lepiej się nie nastawiać tak czy owak, żeby się nie rozczarować. I zwykle taką mam właśnie taktykę: nie mieć zbyt wysokich oczekiwań, ponieważ jak już, wolę się pozytywnie zaskoczyć.
Tyle że poród wydaje mi się zbyt ważnym wydarzeniem, żeby nie próbować przygotować się jak najlepiej się da. A jeśli przestanę myśleć o nim optymistycznie, to mogę niechcący dopuścić do głosu czarnowidztwo. No bo nie da się nie myśleć o tym w ogóle. To tak, jak starać się nie myśleć o zbliżającym się egzaminie, ślubie, czy rozmowie kwalifikacyjnej - raczej niewykonalne.
Muszę przyznać, że zaczęłam się już zastanawiać, czy przypadkiem nie tracę tylko czasu i energii na te wszystkie ćwiczenia, wizualizacje, afirmacje, oddychanie, skoro w ostatecznym rozrachunku wszystko jest w rękach położnych. Może jestem naiwna, że dałam się nabrać na to poczucie sprawstwa i możliwości wpływania na rezultaty poprzez własne nastawienie?
Szkoła pięknego rodzenia

Szczęśliwie moje zwątpienie nie miało czasu zakorzenić się na dobre w moim umyśle, gdyż właśnie rozpoczęły się zajęcia w szkole rodzenia (ale ten czas leci!). I to było to, czego bardzo potrzebowałam. Coś, co zwróciło mi wiarę w sens przygotowań i poczucie, że jednak wiele ode mnie zależy.
Tym, co szczególnie dodało mi skrzydeł był mój wniosek, że sposób w jaki starałam się nastawiać przez ostatnie miesiące do rozwiązania, jest pokrewny z podejściem propagowanym w szkole rodzenia. Czyli intuicyjnie dokonałam dla siebie dobrych wyborów, bo innym kobietom to też pomaga. To bardzo cenne wzmocnienie!
Bardzo się cieszyłam z obecności mojego męża. Nie byłabym w stanie wszystkiego mu powtórzyć (mimo dość obszernych notatek). Wartość jego uczestnictwa polega też na tym, że może wyłapywać informacje ważne z jego punktu widzenia, tak by mógł jak najlepiej spełnić się w roli. Ja natomiast jestem zainteresowana innymi aspektami i na nich się skupiam. Dzięki temu jeśli o czymś zapomnę, będzie mi mógł przypomnieć hasłowo - bo słyszeliśmy dokładnie ten sam przekaz. Co dwie głowy to nie jedna :)
Z niecierpliwością czekam na kolejne zajęcia w szkole - a te już za tydzień.
fot.www.successtroughselfimprovement.com
fot.www.hardcourtlessons.blogspot.com
niedziela, 3 listopada 2013
Wyprawka na porodówkę - pomijany element
Niespodziewany telefon od bliskiej znajomej, która we wrześniu tego roku urodziła swoje pierwsze dziecko, był tym, czego - jak się okazało - było mi bardzo trzeba. Zwłaszcza, że nastrój 1-listopadowy jeszcze mnie trochę trzymał, więc dobrze, że wybiła mnie z myślenia o przemijaniu na rzecz myślenia o ... oczekiwaniu.
Opowiedziała mi o tym, jak jej znajoma - kobieta w wieku jej matki, wpłynęła na jej nastawienie w ciąży, dzięki czemu zamiast histeryzować zdecydowała się na poród siłami natury i bardzo sobie tą decyzję chwali.
Mówiła z taką pasją, że uwierzyłam, że poród był dla niej rzeczywiście niezwykłym przeżyciem. "Wystarczy słuchać swojego ciała i reagować zgodnie z tym, czego ono się domaga, a wszystko pójdzie gładko".
Ubolewała, że służba zdrowia i większość szkół rodzenia nie ma w swoich programach zajęć związanych z nastawieniem psychicznym. Że nie wyposaża się kobiet w "wyprawkę", którą powinny mieć ze sobą na porodówce, tyle że w głowie. A im lepsze nastawienie do rodzenia, tym mniejszy ból, tym większa radość spotkania z dzieckiem. Dlatego szkoda, że rola psychiki u rodzących jest wciąż traktowana po macoszemu. "Marzy mi się, żeby prowadzić takie zajęcia w ramach szkoły rodzenia, które będą przygotowywać kobiety do porodu właśnie z uwzględnieniem psychiki" - dodała na koniec.
To była dla mnie bardzo budująca rozmowa. Uświadomiła mi, że moje dotychczasowe wyobrażenia o porodzie są jedynie takie, że to zło konieczne. Tym samym zamykam się na inne aspekty tego doświadczenia, takie które być może dla kobiety są bardzo ubogacające. Nie wiem tego na pewno, ale z wypowiedzi znajomej wybrzmiewała jakaś tajemnicza moc. Jakby dostąpiła czegoś wielkiego, czegoś nie do opisania. Czegoś, co warto przeżyć samemu...
Zyskałam coś jeszcze. Znajoma zaproponowała, że mogę do niej dzwonić w każdej ciążowej sprawie, zwłaszcza w chwilach, gdy dopadają mnie pesymistyczne myśli. Bardzo się ucieszyłam, choć mam nadzieję nie nadużywać tego "telefonu wsparcia".
fot.www.asklubo.com
Opowiedziała mi o tym, jak jej znajoma - kobieta w wieku jej matki, wpłynęła na jej nastawienie w ciąży, dzięki czemu zamiast histeryzować zdecydowała się na poród siłami natury i bardzo sobie tą decyzję chwali.
Mówiła z taką pasją, że uwierzyłam, że poród był dla niej rzeczywiście niezwykłym przeżyciem. "Wystarczy słuchać swojego ciała i reagować zgodnie z tym, czego ono się domaga, a wszystko pójdzie gładko".
Ubolewała, że służba zdrowia i większość szkół rodzenia nie ma w swoich programach zajęć związanych z nastawieniem psychicznym. Że nie wyposaża się kobiet w "wyprawkę", którą powinny mieć ze sobą na porodówce, tyle że w głowie. A im lepsze nastawienie do rodzenia, tym mniejszy ból, tym większa radość spotkania z dzieckiem. Dlatego szkoda, że rola psychiki u rodzących jest wciąż traktowana po macoszemu. "Marzy mi się, żeby prowadzić takie zajęcia w ramach szkoły rodzenia, które będą przygotowywać kobiety do porodu właśnie z uwzględnieniem psychiki" - dodała na koniec.
To była dla mnie bardzo budująca rozmowa. Uświadomiła mi, że moje dotychczasowe wyobrażenia o porodzie są jedynie takie, że to zło konieczne. Tym samym zamykam się na inne aspekty tego doświadczenia, takie które być może dla kobiety są bardzo ubogacające. Nie wiem tego na pewno, ale z wypowiedzi znajomej wybrzmiewała jakaś tajemnicza moc. Jakby dostąpiła czegoś wielkiego, czegoś nie do opisania. Czegoś, co warto przeżyć samemu...
Zyskałam coś jeszcze. Znajoma zaproponowała, że mogę do niej dzwonić w każdej ciążowej sprawie, zwłaszcza w chwilach, gdy dopadają mnie pesymistyczne myśli. Bardzo się ucieszyłam, choć mam nadzieję nie nadużywać tego "telefonu wsparcia".
fot.www.asklubo.com
sobota, 21 września 2013
Szkoła rodzenia, uczenia czy straszenia?
Jeszcze dobrze nie zdążyłam się zastanowić, czy będę chciała uczestniczyć w zajęciach szkoły rodzenia, a już zostałam do niej skutecznie zniechęcona. Wszystko zaczęło się od znajomej, którą spotkałam wracającą z kolejnego spotkania w szkole rodzenia. Jej mina mówiła sama za siebie, ale dla jasności musiałam dopytać, czy było aż tak źle.
Potęga ciężarnej wyobraźni
No i cóż - tym razem zajęcia dotyczyły karmienia piersią i osoby prowadzące chyba nie do końca wzięły pod uwagę, że forma podania mało optymistycznych informacji ma ogromne znaczenie dla ich odbioru. Zwłaszcza w przypadku kobiet w ciąży, dla których stres jest raczej mało wskazany, a zatem oddziaływanie strachem średnio trafionym pomysłem.
Znajoma wyglądała na przerażoną i zniesmaczoną jednocześnie. Opowiadała o filmie puszczonym w szkole, na którym kobiece piersi wyglądały jak jedna wielka mleczarnia sięgająca kolan, a prowadząca raz po raz wtrącała soczyste komentarze o tym, że "będziecie płakały z bólu przy karmieniu, ale nie ma nic piękniejszego"... A że mnie nie trzeba wiele, to moja wyobraźnia szybko podążyła za słowami znajomej i oto zobaczyłam w głowie wizerunek murzynki z dzikiego plemienia, która nigdy nie nosiła biustonosza, z piersiami leżącymi na brzuchu i sięgającymi co najmniej pasa. Taaa, bardzo zachęcająca przyszłość. Natomiast ową prowadzącą ze szkoły rodzenia wyobraziłam sobie jako nawiedzoną posłankę dobrej nowiny, której życiową misją jest promowanie kampanii pod hasłem: "albo w pokorze i z uśmiechem na twarzy znosisz torturę karmienia piersią, albo nie masz prawa nazywać siebie matką!". No bo że butelka absolutnie nie wchodzi w grę, nie muszę dodawać?
Porażona tą opowieścią czym prędzej wygadałam się kuzynce (która karmiła dziecko przez 8 miesięcy) przebywającej za granicą, ciekawa jak tamtejsze kobiety zapatrują się na tą kwestię. Krótko i na temat powiedziała: "Wyluzuj, nie jest tak źle. A zawsze możesz podejść do tematu jak Francuzki - nie karmią, bo to źle robi na piersi" :)
Odpowiedź była strzałem w dziesiątkę, bo zyskałam trochę dystansu do sprawy. Jak już się bardziej uspokoiłam, zaczęłam się zastanawiać, gdzie znajduje się granica poświęcenia. Mojego poświęcenia w ogóle i poświęcenia dla dziecka. Czyż już sama decyzja o ciąży, bądź co bądź zmieniającej trochę ciało, nie jest przejawem wyjścia poza własny egocentryzm i ukłonem w stronę nowego człowieka? Jeśli dodatkowo wezmę pod uwagę, że okres połogu to też nie bułka z masłem, a całkowita rekonwalescencja rozłożona jest na kilka miesięcy po porodzie, to mam wrażenie, że wydając na świat dziecko, kobieta daje z siebie naprawdę sporo.
Spodziewaj się niespodziewanego!
W podobnym czasie rozmawiałam z koleżanką, która wspominając swoją pierwszą ciążę powiedziała, że do szkoły rodzenia nie chodziła. "Przygotowują cię na coś konkretnego, a ty i tak nie wiesz, jaki będzie rozwój wydarzeń w twoim przypadku. Uczysz się specjalnego oddychania, a na porodówce lekarz ci powie "proszę nie oddychać, bo dziecko ma obrzęk głowy i będzie cesarka". I na co ci cała edukacja?".
Inna znajoma zachwalała zajęcia w szkole rodzenia w swoim mieście ze względu na praktyczne informacje i oswojenie z tematem w czasie ciąży. Jednak zapytana po porodzie, czy faktycznie skorzystała z tej wiedzy, powiedziała, że nie. Na porodówce postawiła na współpracę z położną, bo i tak nic przydatnego jej się w tym momencie nie przypominało. Zaproponowała, że może mi skserować notatki ze szkoły, bo właściwie uczestnicząc w zajęciach osobiście i tak nie będę w stanie "nauczyć się rodzenia". Po kilku takich opiniach doszłam do wniosku, że wartość szkoły rodzenia wyraża się głównie w zabezpieczeniu informacyjnym. A wiedząc więcej mogę być spokojna, że po pierwsze - wiem, co się ze mną dzieje teraz, a po drugie - nie spanikuję później, gdyż będę przygotowana, przynajmniej teoretycznie, na to, co nastąpi. Nie ma tu obietnicy, że dzięki tej wiedzy poród będzie łatwiejszy, ani że psychicznie lepiej poradzę sobie z sytuacją.
To zależy od człowieka - niektórzy im wiedzą więcej, tym mają poczucie większej kontroli nad sytuacją. Inni lepiej radzą sobie na bieżąco, bez uprzedniego nastawiania się miesiącami na to, co na się wydarzyć.
Czego oczy nie widzą... Jakim typem jestem ja? Cóż, na dzień dzisiejszy nie garnę się do wertowania książek, podrzuconych przez kobiety-matki z rodziny. Nie, żebym nie próbowała. Otworzyłam ze dwa razy książkę w dowolnym miejscu i gdy moim oczom ukazała się lista zmian, które może zaobserwować kobieta w swoim ciele np. w 6. miesiącu, stchórzyłam. Jakoś wizja wszechobecnych żylaków mało mi współgra z radością, którą aktualnie odczuwam na myśl, że rośnie we mnie mały człowieczek. Dlatego na razie podaruję sobie te lektury. Podobnie ze szkołą rodzenia - opowieści i filmy o karmieniu nie są tym, czego teraz mi najbardziej potrzeba. Jak już będzie tak daleko, zmierzę się z tym, ale to nie znaczy, że muszę myśleć o tym już dziś. Tym bardziej, że moje nastawienie jest w tej chwili negatywne, co nie służy ani mnie, ani dziecku. Jak dobrze być świadomym swoich potrzeb!
fot.www.deon.pl
fot.www.wiadomosci.onet.pl
Znajoma wyglądała na przerażoną i zniesmaczoną jednocześnie. Opowiadała o filmie puszczonym w szkole, na którym kobiece piersi wyglądały jak jedna wielka mleczarnia sięgająca kolan, a prowadząca raz po raz wtrącała soczyste komentarze o tym, że "będziecie płakały z bólu przy karmieniu, ale nie ma nic piękniejszego"... A że mnie nie trzeba wiele, to moja wyobraźnia szybko podążyła za słowami znajomej i oto zobaczyłam w głowie wizerunek murzynki z dzikiego plemienia, która nigdy nie nosiła biustonosza, z piersiami leżącymi na brzuchu i sięgającymi co najmniej pasa. Taaa, bardzo zachęcająca przyszłość. Natomiast ową prowadzącą ze szkoły rodzenia wyobraziłam sobie jako nawiedzoną posłankę dobrej nowiny, której życiową misją jest promowanie kampanii pod hasłem: "albo w pokorze i z uśmiechem na twarzy znosisz torturę karmienia piersią, albo nie masz prawa nazywać siebie matką!". No bo że butelka absolutnie nie wchodzi w grę, nie muszę dodawać?
Porażona tą opowieścią czym prędzej wygadałam się kuzynce (która karmiła dziecko przez 8 miesięcy) przebywającej za granicą, ciekawa jak tamtejsze kobiety zapatrują się na tą kwestię. Krótko i na temat powiedziała: "Wyluzuj, nie jest tak źle. A zawsze możesz podejść do tematu jak Francuzki - nie karmią, bo to źle robi na piersi" :)
Odpowiedź była strzałem w dziesiątkę, bo zyskałam trochę dystansu do sprawy. Jak już się bardziej uspokoiłam, zaczęłam się zastanawiać, gdzie znajduje się granica poświęcenia. Mojego poświęcenia w ogóle i poświęcenia dla dziecka. Czyż już sama decyzja o ciąży, bądź co bądź zmieniającej trochę ciało, nie jest przejawem wyjścia poza własny egocentryzm i ukłonem w stronę nowego człowieka? Jeśli dodatkowo wezmę pod uwagę, że okres połogu to też nie bułka z masłem, a całkowita rekonwalescencja rozłożona jest na kilka miesięcy po porodzie, to mam wrażenie, że wydając na świat dziecko, kobieta daje z siebie naprawdę sporo.
Spodziewaj się niespodziewanego!
W podobnym czasie rozmawiałam z koleżanką, która wspominając swoją pierwszą ciążę powiedziała, że do szkoły rodzenia nie chodziła. "Przygotowują cię na coś konkretnego, a ty i tak nie wiesz, jaki będzie rozwój wydarzeń w twoim przypadku. Uczysz się specjalnego oddychania, a na porodówce lekarz ci powie "proszę nie oddychać, bo dziecko ma obrzęk głowy i będzie cesarka". I na co ci cała edukacja?".
Inna znajoma zachwalała zajęcia w szkole rodzenia w swoim mieście ze względu na praktyczne informacje i oswojenie z tematem w czasie ciąży. Jednak zapytana po porodzie, czy faktycznie skorzystała z tej wiedzy, powiedziała, że nie. Na porodówce postawiła na współpracę z położną, bo i tak nic przydatnego jej się w tym momencie nie przypominało. Zaproponowała, że może mi skserować notatki ze szkoły, bo właściwie uczestnicząc w zajęciach osobiście i tak nie będę w stanie "nauczyć się rodzenia". Po kilku takich opiniach doszłam do wniosku, że wartość szkoły rodzenia wyraża się głównie w zabezpieczeniu informacyjnym. A wiedząc więcej mogę być spokojna, że po pierwsze - wiem, co się ze mną dzieje teraz, a po drugie - nie spanikuję później, gdyż będę przygotowana, przynajmniej teoretycznie, na to, co nastąpi. Nie ma tu obietnicy, że dzięki tej wiedzy poród będzie łatwiejszy, ani że psychicznie lepiej poradzę sobie z sytuacją.
To zależy od człowieka - niektórzy im wiedzą więcej, tym mają poczucie większej kontroli nad sytuacją. Inni lepiej radzą sobie na bieżąco, bez uprzedniego nastawiania się miesiącami na to, co na się wydarzyć.
Czego oczy nie widzą... Jakim typem jestem ja? Cóż, na dzień dzisiejszy nie garnę się do wertowania książek, podrzuconych przez kobiety-matki z rodziny. Nie, żebym nie próbowała. Otworzyłam ze dwa razy książkę w dowolnym miejscu i gdy moim oczom ukazała się lista zmian, które może zaobserwować kobieta w swoim ciele np. w 6. miesiącu, stchórzyłam. Jakoś wizja wszechobecnych żylaków mało mi współgra z radością, którą aktualnie odczuwam na myśl, że rośnie we mnie mały człowieczek. Dlatego na razie podaruję sobie te lektury. Podobnie ze szkołą rodzenia - opowieści i filmy o karmieniu nie są tym, czego teraz mi najbardziej potrzeba. Jak już będzie tak daleko, zmierzę się z tym, ale to nie znaczy, że muszę myśleć o tym już dziś. Tym bardziej, że moje nastawienie jest w tej chwili negatywne, co nie służy ani mnie, ani dziecku. Jak dobrze być świadomym swoich potrzeb!
fot.www.deon.pl
fot.www.wiadomosci.onet.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)










