Znacie powiedzenie "Uważaj o co prosisz, bo możesz to dostać"?
Ten wpis piszę ku przestrodze. Jeśli ktoś jeszcze nie przekonał się we własnym życiu co do słuszności tej prawdy, to jeszcze ma szansę się nad tym zastanowić. Tymczasem przedstawiam moje doświadczenie.
Generalnie mogę powiedzieć, że jestem zadowolona ze swojego życia. Wprawdzie chętnie dokonałabym paru zmian w sobie i otoczeniu, ale staram się nie wybrzydzać i doceniać to, co mam. Jednocześnie pracować nad tym, na co mam realny wpływ. Jest jednak taka rzecz, która mimo moich wielu prób, ciągle wymyka się spod kontroli. To jest sen.
Jeśli wierzyć w prawdziwość teorii o sowach i skowronkach, to ja zdecydowanie należę do tych pierwszych. Niezależnie od pory pójścia spać, nie jestem zdolna wstać o poranku bez budzika. Oczywiście praca i inne obowiązki wymuszają pobudkę, ale bez zewnętrznego przymusu mój organizm nie reaguje na próby obudzenia się po dobroci. To sprawia, że niejednokrotnie miewam poczucie przesypiania życia, niewykorzystania czasu. Bywa, że mój brak dyscypliny w tym temacie przeszkadza mi bardziej, niż zwykle, więc sięgam po kolejną technikę, mającą zmienić mnie w rannego ptaszka. Niestety zmiany, nawet jeśli są, to krótkotrwałe i zawsze okupione ogromnym wysiłkiem. Ewidentnie czuję, że to próba zawrócenia kijem rzeki, działanie wbrew mojemu zegarowi biologicznemu.
W takich momentach myślę sobie: jakże bym chciała budzić się co rano wyspana i rześka, tak bym nawet dzień wolny mogła spożytkować już od poranka, a nie dopiero leniwie od południa!
Gdy Morfeusz wypuszcza z objęć
Trzeci trymestr, a uściślając ostatnie dwa miesiące ciąży, to dla mnie wiele nieprzespanych nocy. Albo nie mogę się dobrze ułożyć, albo swędzi mnie skóra, albo muszę odwiedzić toaletę. Wielokrotnie zasypiam dopiero o 4.00, 5.00 nad ranem - już chyba tylko ze zmęczenia, przesypiam 3-4 godziny i budzę się. Początkowo bardzo mnie to męczyło, bo wolałam się wysypiać w nocy, a nie odsypiać potem za dnia nocy, która wcale nie musiała być zarwana.
Nigdy wcześniej nie cierpiałam na bezsenność, przeciwnie - nie oszczędzałam sobie snu. Stąd nie miałam pojęcia, że to takie wyczerpujące. Gdy jednak nie skutkowały żadne metody uśpienia się (techniki relaksacyjne, powtarzanie mantr, uspokajanie oddechu, cieplejsze niż zwykle ubranie, gorący prysznic przed samym położeniem się do łóżka, długi spacer wieczorem itp.), postanowiłam zmienić nastawienie. Przestałam mianowicie traktować bezsenność jako problem i nie kładę się do łóżka zanim nie poczuję, że zaraz zasnę. Tym sposobem bywam aktywna przez całą noc, padam zmęczona ok. 6.00 i po trzech godzinach budzę się jakby nigdy nic.
Mówię i mam!
W jedną z takich nocy, które dla mnie były dniem, zadowolona z faktu, że moja bezsenność przysłużyła się przeczytaniu dodatkowej książki, na którą normalnie nie wygospodarowałabym czasu, odkryłam, że oto właśnie moje prośby zostały wysłuchane. Bo czyż nie o to mi chodziło? Przecież chciałam wstawać o normalnej porannej porze pomimo późnego "sowiego" chodzenia spać. I dokładnie to dostałam. Nie dość, że mogę zasypiać później, to jeszcze wybudzam się po tej króciutkiej nocce sama, bez budzika.
I wtedy przypomniałam sobie słynne "Uważaj o co prosisz...". Ja ewidentnie dostałam. Doby, w których do funkcjonowania wystarczyła mi minimalna ilość snu oraz wybudzanie się bez budzika, bez potrzeby dosypiania sobie. Zyskałam w ten sposób dodatkowe godziny do wykorzystania, ale nie musiałam przy tym rezygnować ze snu, który tak lubię. Po prostu zmniejszyło mi się zapotrzebowanie na sen i nie wiązał się z tym najmniejszy wysiłek z mojej strony!
Trochę czasu mi zajęło, żeby "z tego sęka zrobić sękacz", jakby to powiedział Dale Carnegie, ale w porę zauważyłam plusy sytuacji i zaczęłam w pełni wykorzystywać ten bonusowy czas. I korzystam nadal, póki jeszcze czas, którym gospodaruję, mogę nazwać moim...
A zatem... uważajcie o co prosicie! :)
fot.www.diablodesign.eu
fot.www.knowgifts.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prośba. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prośba. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
sobota, 15 lutego 2014
Zanim złapię baby bluesa
Przed paroma dniami zrobiło się głośno w mojej okolicy za sprawą matki małego (ok. półrocznego) dziecka, która popełniła samobójstwo wyskakując nocą z okna własnego mieszkania. Niestety jest to przypadek autentyczny, a nie jedna z wielu mrożących krew w żyłach plotek, niewiele mających wspólnego z rzeczywistością.
Ocenia się, że to najprawdopodobniej skutek nieleczonej depresji poporodowej, którą (wcale się nie dziwię) ciężarne raczej się nie chwalą - trudno więc takie zaburzenie zdiagnozować. Z drugiej strony wielu lekarzy na oddziałach ginekologiczno-położniczych niespecjalnie interesuje się stanem psychicznym swoich pacjentek - oni już swoją robotę wykonali: przyjęli poród, reszta należy już do położnicy. Ich zdaniem każda kobieta jakoś sobie radzi z wyzwaniami macierzyństwa, może trochę się pomazgai, ale ostatecznie stanie na nogi i nie ma co się doszukiwać wielkich depresji.
Między porodówką a resztą życia
Rozmawiałam o tym ze znajomą ginekolożką. Przyznała, że wielu lekarzy tak właśnie myśli. Jednak po ostatnim incydencie niektórzy nieco złagodnieli w poglądach. Są skłonni przyjąć do wiadomości, że jedne kobiety radzą sobie lepiej, inne gorzej, ale są też niestety i takie, które nie dają rady wcale. Oczywiście nie jest całkowitą prawdą, że nie dają rady, ale problem w tym, że tak właśnie swoją sytuację postrzegają. A to wystarczy, by się załamać, jeśli na czas nie otrzymają wsparcia. Bo wsparcie niestety nie przybędzie, jeśli udaje się, że wszystko jest w porządku i z dobrą miną do złej gry obmyśla się strategię popełnienia samobójstwa...
Dowiedziałam się, że depresja poporodowa dotyka w większym stopniu kobiet, które rozwiązały ciążę przez cesarskie cięcie. Wiąże się to najpewniej z mniejszą więzią z dzieckiem, którą kobiety rodzące naturalnie mają szansę nawiązać już w czasie porodu. Tego, że poród nie skończy się cesarką akurat nie można sobie zagwarantować, ze względu na możliwość wystąpienia komplikacji w czasie porodu drogami natury. Ale jeśli kobieta wie, że taki właśnie będzie jej poród (ze wskazań medycznych wiadomych wcześniej, lub własnej decyzji), warto uczulić bliskie osoby, by szczególną troską objęły kobietę w połogu i nie bagatelizowały dłużej utrzymującego się baby bluesa. Co ważne, objawy poważnej depresji mogą wystąpić znacznie później, niż w samym szpitalu, czy zaraz po powrocie do domu.
Sama wielokrotnie zastanawiałam się, jak zareaguję na nową sytuację, na sam poród, na spotkanie z dzieckiem, pierwsze wspólne dni i w dalszej kolejności na nową rzeczywistość w domu. Niewykluczone, że tak jak ok. 80% młodych mam, załapię za sprawą hormonów jakiegoś nieszkodliwego baby bluesa, który minie sam po pewnym czasie. Mam nadzieję, że będę w stanie sobie wtedy przypomnieć o tym, żeby możliwie o siebie zadbać, nie obwiniać się o brak formy i dać sobie tyle czasu ile będzie trzeba, żeby przyzwyczaić się do funkcjonowania w nowych warunkach i w nowej roli.
Moja osobista prośba
Kto przeczytał ten wpis, jest proszony o skontaktowanie się ze mną jakiś miesiąc po porodzie celem sprawdzenia, czy wszystko u mnie w porządku.
Z góry dziękuję!
fot.www.healthforher.org
fot.www.babyblues.com
niedziela, 22 grudnia 2013
Mam już wszystko!
I wcale nie chodzi mi o wyprawkę dla dziecka :)
Jestem po inspirującej rozmowie z dziewczyną, która mocno identyfikuje się w filozofią obfitości. Wierzy, że otrzyma w życiu wszystko, o co prosi i odkąd prosi, rzeczywiście otrzymuje - wcześniej albo później. Twierdzi, że jako jednostka ludzka jest wyposażona we wszystko, co jest jej do życia potrzebne.
Nie jest bez wad, nie jest świetnie zorganizowana ani nie jest bezgranicznie bogata. Kluczem do jej sukcesu jest samoakceptacja i bazowanie na mocnych stronach. Co robi z wadami? Użytek :) Na przykład niepunktualność wybacza sobie mówiąc, że nie traci czasu na czekanie na kogoś (w tym czasie robi coś pożytecznego dla siebie), a lenistwo traktuje jako atut (nie lubię długo pracować, więc muszę w krótkim czasie zarobić tyle, ile inni ludzie przez dłuższy czas).
Nie dopuszcza do siebie myśli, że czegoś jej w życiu brakuje. Myśli w kategoriach dostatku, a nie braków. Gdy stoi przed szafą i myśli "nie mam się w co ubrać", wyrzuca ubrania na zewnątrz, a potem wkłada do niej tylko te ubrania, które naprawdę lubi i w których rzeczywiście chodzi. Przyznaje, że zostaje ich wtedy niewiele, ale dzięki temu, że cała reszta "nie zasłania", może faktycznie coś łatwo wybrać i skompletować.
Pochwala minimalizm. Gdy zaczyna czuć się przytłoczona nadmiarem przedmiotów, zastanawia się, które z nich są na tyle ważne, że zabrała by je ze sobą na koniec świata. Wtedy łatwo zauważa, które rzeczy przyrosły do niej stanowiąc ciężar, a nie wnoszą żadnej wartości.
Spisałam sobie powyższe, żeby mieć do czego wracać, gdy stwierdzę, że nie panuję nad sytuacją, gdy wraz z pojawieniem się dziecka w moim życiu zapanuje chaos. Albo kiedy przyjdzie mi do głowy wyrzucać sobie, że jestem nie dość dobrze zorganizowana. Albo gdy wymyślę, że do bycia dobrą mamą brakuje mi... (i tu długa lista cech "matki idealnej").
fot.www.biznes.gazetaprawna.pl
fot.www.republikakobiet.pl
Jestem po inspirującej rozmowie z dziewczyną, która mocno identyfikuje się w filozofią obfitości. Wierzy, że otrzyma w życiu wszystko, o co prosi i odkąd prosi, rzeczywiście otrzymuje - wcześniej albo później. Twierdzi, że jako jednostka ludzka jest wyposażona we wszystko, co jest jej do życia potrzebne.
Nie jest bez wad, nie jest świetnie zorganizowana ani nie jest bezgranicznie bogata. Kluczem do jej sukcesu jest samoakceptacja i bazowanie na mocnych stronach. Co robi z wadami? Użytek :) Na przykład niepunktualność wybacza sobie mówiąc, że nie traci czasu na czekanie na kogoś (w tym czasie robi coś pożytecznego dla siebie), a lenistwo traktuje jako atut (nie lubię długo pracować, więc muszę w krótkim czasie zarobić tyle, ile inni ludzie przez dłuższy czas).
Nie dopuszcza do siebie myśli, że czegoś jej w życiu brakuje. Myśli w kategoriach dostatku, a nie braków. Gdy stoi przed szafą i myśli "nie mam się w co ubrać", wyrzuca ubrania na zewnątrz, a potem wkłada do niej tylko te ubrania, które naprawdę lubi i w których rzeczywiście chodzi. Przyznaje, że zostaje ich wtedy niewiele, ale dzięki temu, że cała reszta "nie zasłania", może faktycznie coś łatwo wybrać i skompletować.
Pochwala minimalizm. Gdy zaczyna czuć się przytłoczona nadmiarem przedmiotów, zastanawia się, które z nich są na tyle ważne, że zabrała by je ze sobą na koniec świata. Wtedy łatwo zauważa, które rzeczy przyrosły do niej stanowiąc ciężar, a nie wnoszą żadnej wartości.
Spisałam sobie powyższe, żeby mieć do czego wracać, gdy stwierdzę, że nie panuję nad sytuacją, gdy wraz z pojawieniem się dziecka w moim życiu zapanuje chaos. Albo kiedy przyjdzie mi do głowy wyrzucać sobie, że jestem nie dość dobrze zorganizowana. Albo gdy wymyślę, że do bycia dobrą mamą brakuje mi... (i tu długa lista cech "matki idealnej").
fot.www.biznes.gazetaprawna.pl
fot.www.republikakobiet.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)





