"Niech pani nie formułuje opinii o pediatrze na podstawie jednej wizyty" - poradziła mi położna, która przychodziła do mnie i do dziecka po porodzie.
Dobrze, że zwróciła na to moją uwagę, bo faktycznie czeka mnie sporo wizyt kontrolnych, szczepiennych itp.
Jak mu z oczu patrzy
Rzeczywiście może być tak, że pierwsze wrażenie będzie zmącone naszym przejęciem wizytą, rozkojarzeniem z powodu zaabsorbowania dzieckiem, albo sprawdzaniem, czy aby w gabinecie nie ma przeciągu.
Jakkolwiek więc lekarz wydawał by się nieodpowiedni (gbur, nieuprzejmy, niedostępny, niedouczony itp), to może i tak za radą położnej warto dać mu drugą szansę? Do tego czasu przetrawimy pierwsze wrażenie i lekko się zdystansujemy, a to już wystarczy, aby następnym razem przyjrzeć się mu bardziej jako specjaliście, niż człowiekowi.
Oczywiście wszyscy byśmy sobie życzyli, żeby lekarze zawsze zachowywali się profesjonalnie, byli dla nas uprzejmi, odpowiadali na wszystkie nasze pytania i poświęcali nam 100% swojej uwagi. Jednak to też są tylko ludzie i jak my wszyscy mogą mieć gorszy dzień. Dlatego zanim pójdziemy do innego lekarza, upewnijmy się, ze nie zamykamy sobie drzwi do być może bardzo dobrego fachowca.
Opinia zawsze subiektywna
Przy tym temacie mam jeszcze jedną refleksję. Polecenia. Często o naszych wyborach dotyczących lekarza decyduje czyjaś rekomendacja. Uważam, że nie do końca słusznie.
Nie dlatego, że nie warto zbierać różnych opinii. Przeciwnie, jeśli tylko jest możliwość, sama przeprowadzam wywiad środowiskowy. I nierzadko na temat tej samej osoby słyszę całkowicie skrajne opinie. To tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że jesteśmy tak różni w naszych potrzebach i tak odmienne mamy oczekiwania, iż zawsze będzie tak, że jedni ludzie będą zadowoleni z usług, a inni nie. I to niekoniecznie dlatego, że specjalista nie jest dobrym fachowcem. Najczęściej chodzi o kryterium "bycia fajnym", czyli ocena człowieka jako takiego. Jak to w życiu, jedni ludzie nam "pasują", inni nie. Tak po prostu.
Podam przykład z własnego podwórka. Kilka dni temu wysłuchałam opinii sąsiadki o fizjoterapeutce dziecięcej. Bardzo sobie chwaliła jej podejście do dziecka, wyjaśnianie wszystkiego rodzicom, energiczność i pasję tej pani. Niedługo później o tej samej specjalistce wypowiadała się moja inna znajoma. I co? Wcale nie była z niej zadowolona. Bo zbyt głośna, bo chaotyczna, bo dziecko przy niej płakało.
Zatem najlepsze do możemy zrobić, to wysłuchać tylu opinii, ile się uda zebrać, ale własną wyrobić sobie dopiero po osobistym kontakcie.
fot.www.phennec.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pierwsze wrażenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pierwsze wrażenie. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 22 maja 2014
poniedziałek, 5 maja 2014
Od pierwszego wejrzenia
Gdybym miała w kilku słowach opisać wrażenie, jakie zrobiły na mnie pierwsze chwile z synem (te dłuższe, gdy przywieziono syna do sali), najchętniej poszłabym na skróty i przywołała słowa jakiejś tkliwej piosenki o macierzyństwie i odesłała do posłuchania. Ale nie ma takiej piosenki, bo nikt nie napisał piosenki o mnie i moim dziecku. Uważam, że choć doświadczenia wielu mam są bardzo podobne, to jednak każda przeżywa je na swój sposób. Dlatego jedyne, co mi pozostaje, to napisać moją własną piosenkę... Na razie jednak może lepiej zostanę przy prozie :)
Ciekawość - pierwszy stopień do poznania
Pierwsze wrażenie? Nie zapomnę jak przyglądałam się małemu opatulonemu w pieluchy uformowane w rożek i mówiłam do siebie w myślach: "A więc to Ty... Czyli tak właśnie wyglądasz!". Nie wiem ile mogła trwać ta chwila. Nie wiem, co działo się wtedy w okół. Spał spokojnie, a ja nie mogłam uwierzyć, że ten maleńki człowieczek jeszcze nie dawno był u mnie w brzuchu! Że powstał z połączenia komórek dwojga różnych ludzi. I że to w moim ciele takie małe nasionko dorosło do postaci, w której jest w stanie żyć na świecie. I w końcu, że zupełnie nic o nim nie wiem! Nie rozpoznawałam nawet jego płaczu wśród innych dzieci... Jedyne, co wyglądało znajomo, to profil jego buźki - identyczny jak na kilku ostatnich zdjęciach USG. Nie spodziewałam się tylu włosów na głowie, długich paluszków ani tego, że noworodek jest... taki malutki! (pomimo swojej słusznej wagi ponad 4 kg).
Gdy się poruszył, zaczęłam się zastanawiać, co zrobię, jak się obudzi i zacznie płakać. Może zajrzę mu do pieluszki i przewinę? Może się przedstawię? Może...
Nie zdążyłam udzielić sobie odpowiedzi, bo gdy w końcu zakwilił, zalałam go moją mową powitalną odmieniając jego imię przez wszystkie formy i zdrobnienia, dziwiąc się, skąd mi to w ogóle przyszło do głowy. Bo przyszło. I do głowy i do serca. Jakoś nie bałam się go podnieść, przewinąć (tu mi się otworzyły różne klapki z instruktarzem ze szkoły rodzenia), wszystko przyszło naturalnie. Umacniało mnie przekonanie, że nie da się zrobić krzywdy własnemu dziecku, nawet jeśli coś robię niepoprawnie.
Brzuszek do brzuszka
Pierwsze przystawienie do piersi, choć nieporadne (z mojej strony, bo dziecko wiedzione instynktem doskonale wiedziało, gdzie chwycić :)), zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Tym bardziej, że upłynęło sporo czasu, zanim przyniesiono mi małego do karmienia i nie byłam pewna, czy skoro już posmakował butelki (po cesarce dzieci w pierwszej dobie są często dokarmiane, zanim mama dojdzie do siebie), będzie miał ochotę jeszcze spróbować mojego pokarmu. Nie mogłam się nadziwić patrząc na maleńkie usteczka "poszukiwacza skarbów", który z zamkniętymi oczami dobrał się do celu i przyssał jak mała pijawka. Widok małej główeczki zatopionej w moim ramieniu i twarzyczki mocno przytulonej do mojego ciała był dla mnie tyleż niesamowity, co niespodziewany. A więc zaiskrzyło między nami! - cieszyłam się w duchu.
Nie wiem, na ile to sprawka szalejących hormonów, na ile wpływ środków znieczulających, ale byłam maksymalnie oszołomiona sytuacją. Czy pozytywnie? Tak, jak najbardziej! Pomyślałam wtedy, że ten cały baby blues jest zdecydowanie przereklamowany. Bo jak można mieć jakieś załamanie, gdy ogarnia człowieka tak obezwładniające poczucie szczęścia...?
fot.www.seven-seas.com
Ciekawość - pierwszy stopień do poznania
Pierwsze wrażenie? Nie zapomnę jak przyglądałam się małemu opatulonemu w pieluchy uformowane w rożek i mówiłam do siebie w myślach: "A więc to Ty... Czyli tak właśnie wyglądasz!". Nie wiem ile mogła trwać ta chwila. Nie wiem, co działo się wtedy w okół. Spał spokojnie, a ja nie mogłam uwierzyć, że ten maleńki człowieczek jeszcze nie dawno był u mnie w brzuchu! Że powstał z połączenia komórek dwojga różnych ludzi. I że to w moim ciele takie małe nasionko dorosło do postaci, w której jest w stanie żyć na świecie. I w końcu, że zupełnie nic o nim nie wiem! Nie rozpoznawałam nawet jego płaczu wśród innych dzieci... Jedyne, co wyglądało znajomo, to profil jego buźki - identyczny jak na kilku ostatnich zdjęciach USG. Nie spodziewałam się tylu włosów na głowie, długich paluszków ani tego, że noworodek jest... taki malutki! (pomimo swojej słusznej wagi ponad 4 kg).
Gdy się poruszył, zaczęłam się zastanawiać, co zrobię, jak się obudzi i zacznie płakać. Może zajrzę mu do pieluszki i przewinę? Może się przedstawię? Może...
Nie zdążyłam udzielić sobie odpowiedzi, bo gdy w końcu zakwilił, zalałam go moją mową powitalną odmieniając jego imię przez wszystkie formy i zdrobnienia, dziwiąc się, skąd mi to w ogóle przyszło do głowy. Bo przyszło. I do głowy i do serca. Jakoś nie bałam się go podnieść, przewinąć (tu mi się otworzyły różne klapki z instruktarzem ze szkoły rodzenia), wszystko przyszło naturalnie. Umacniało mnie przekonanie, że nie da się zrobić krzywdy własnemu dziecku, nawet jeśli coś robię niepoprawnie.
Brzuszek do brzuszka
Pierwsze przystawienie do piersi, choć nieporadne (z mojej strony, bo dziecko wiedzione instynktem doskonale wiedziało, gdzie chwycić :)), zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Tym bardziej, że upłynęło sporo czasu, zanim przyniesiono mi małego do karmienia i nie byłam pewna, czy skoro już posmakował butelki (po cesarce dzieci w pierwszej dobie są często dokarmiane, zanim mama dojdzie do siebie), będzie miał ochotę jeszcze spróbować mojego pokarmu. Nie mogłam się nadziwić patrząc na maleńkie usteczka "poszukiwacza skarbów", który z zamkniętymi oczami dobrał się do celu i przyssał jak mała pijawka. Widok małej główeczki zatopionej w moim ramieniu i twarzyczki mocno przytulonej do mojego ciała był dla mnie tyleż niesamowity, co niespodziewany. A więc zaiskrzyło między nami! - cieszyłam się w duchu.
Nie wiem, na ile to sprawka szalejących hormonów, na ile wpływ środków znieczulających, ale byłam maksymalnie oszołomiona sytuacją. Czy pozytywnie? Tak, jak najbardziej! Pomyślałam wtedy, że ten cały baby blues jest zdecydowanie przereklamowany. Bo jak można mieć jakieś załamanie, gdy ogarnia człowieka tak obezwładniające poczucie szczęścia...?
fot.www.seven-seas.com
Subskrybuj:
Posty (Atom)

