Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doświadczenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą doświadczenia. Pokaż wszystkie posty

piątek, 30 maja 2014

Przyczyny depresji w ujęciu nienaukowym

W obiegowych opiniach przeważają głosy, że na depresję zapadają ludzie, którym przytrafiła się w życiu jakaś straszliwa trauma. Utracili kogoś bliskiego, zapadli na nieuleczalną chorobę albo stracili dobytek całego życia wskutek kataklizmu. Uważa się, że to musi być coś na tyle wielkiego i dotkliwego, żeby zdołało wystąpienie owej depresji usprawiedliwić.  

Ziarnko do ziarnka...

Ja, po moich okołoporodowych doświadczeniach przychylam się do opinii zgoła przeciwstawnej. To nie jakaś wielka sprawa, nie ogromny ciężar przygniata najbardziej, ale liczne drobnostki. To właśnie one, jeśli w jednym czasie namnażają się do granic tolerancji, powodują załamanie. 

W pierwszych tygodniach po porodzie miałam kilka takich dni, kiedy myślałam, że nie udźwignę tego wszystkiego. Ani fizycznie, ani psychicznie. Gdyby ktoś mnie wtedy zapytał, co się dzieje, odpowiedź brzmiałaby: nic wielkiego. I nie byłoby to wcale kłamstwo, bo naprawdę nie działo się nic nadzwyczajnego. Ot zmęczenie, ból, wyczerpanie, niedobór snu, problemy z karmieniem i inne zmartwienia o dziecko. I narastający stres, że gdy za chwilę dziecko znów zapłacze, nie będę miała siły do niego wstać. Że po prostu mięśnie odmówią posłuszeństwa i nie zareagują na impuls płynący z mózgu z komendą uruchomienia prostowników i zginaczy.

Co ciekawsze, sama nie dowierzałam, że mogę się czuć tak przygnieciona. Bo niby czym? Deficyt snu jeszcze przecież nikogo nie zabił. Ani przemęczenie, ani zmartwienia. 

No właśnie, żadna z tych rzeczy nie zabija, pod warunkiem jednak, że występują osobno. Ale gdy się skumulują, stanowią już istotny czynnik ryzyka. 

Matka z babki prababki

Dodatkową trudnością w takiej sytuacji stanowi fakt, że właściwie nie ma się komu wyżalić. Bardziej doświadczone matki mówią, że przechodziły to samo i muszę po prostu zacisnąć zęby. Reszta świata bagatelizuje problem powołując się na samą naturę - kobiety są stworzone do bycia matkami i od wieków sobie radzą z tą rolą. Poza tym nie jestem samotną matką i mam wsparcie w osobie partnera. Więc o co mi chodzi?  

Biorąc pod uwagę powyższe, wcale się nie dziwię, że pomoc kobietom z depresjami nie przybywa na czas. Nie dziwi mnie też, że się nie przyznają, zakładając z góry, że nie zostaną zrozumiane. Czy słusznie? Niestety czasami tak. 

Nie tylko w przypadku porodów i matek, ale ogólnie życiowo: warto pamiętać, że największa nawet błahostka może przybrać monstrualne rozmiary jeśli będzie się powtarzać odpowiednio często. To wystarczy, żeby się zintensyfikowała i sukcesywnie wykańczała "ofiarę". I wcale nie potrzebne jest trzęsienie ziemi. 

Podziękowania

W tym miejscu pragnę wyrazić wdzięczność dla wszystkich, którzy wzięli sobie do serca moją lutową prośbę i skontaktowali się ze mną niedawno, celem sprawdzenia jak sobie radzę. Odpowiadając nie owijałam w bawełnę. Mówiłam jak jest - bez upiększania, ale i bez umniejszania. I wiem, że nie zawsze była to wersja, którą najbardziej chcieliście usłyszeć. Sorry :) 


fot.www.examiner.com

niedziela, 18 maja 2014

Jak urodzić, nie zwariować i jeszcze się pośmiać

Rzadko zdarza mi się oglądać dwa razy ten sam film, zwłaszcza w krótkim odstępie czasu. Jednak gdy zobaczyłam zapowiedź "Jak urodzić i nie zwariować", wiedziałam, że muszę go znów zobaczyć! 

Pierwszy raz widziałam go około roku temu - a więc jeszcze przed ciążą. I mimo, że była to komedia, w wielu momentach wcale nie było mi do śmiechu. Ba, wiele scen wyraźnie mnie drażniło. No bo po co pokazywać te biedne ciężarne kobiety w tak wstydliwych sytuacjach? Po co sceny z niekontrolowaną fizjologią, albo darcie się na porodówkach? Nie tylko mnie to nie śmieszyło, ale wręcz zniechęcało. 

Po drugiej stronie barykady

Powtórne oglądanie przyniosło całkowicie przeciwstawne reakcje. Po przebytej ciąży i porodzie, gdy już na własnej skórze doświadczyłam wielu sytuacji przedstawionych w filmie, komedia wydała mi się pierwszorzędna! Boki zrywałam patrząc na bohaterki i przypominając sobie siebie w różnych bardziej i mniej poradnych akcjach z brzuchem w roli głównej.  

I tak oto punkt widzenia zależy od punktu siedzenia :) 


fot.www.gandalf.com.pl

niedziela, 11 maja 2014

(Nie)dokończone życzenia

Wśród życzeń okolicznościowych zawsze znajdą się sztampowe typu "zdrowia, szczęścia, pomyślności" i choć nie są szczególnie oryginalne, to im dłużej żyję, tym bardziej je cenię za ich prosty przekaz.

Ogólnie rzecz biorąc wszystkie życzenia, które sobie składamy na różne okazje podzieliłabym na dwie kategorie. Pierwszą byłby zbiór wszelkich wartości, obiektywnie ocenianych jako pozytywne - jak np. zdrowie czy miłość - których urzeczywistnienia to my życzymy solenizantom/jubilatom. Wymyślamy listę życzeń według własnego uznania sądząc, że i adresat pragnąłby ich spełnienia. Do drugiej kategorii zaliczyłabym te, które polegają na odbiciu piłeczki i podpisaniu się pod wszystkim, co tylko by sobie solenizant wymarzył. Najczęściej brzmią one: "spełnienia najskrytszych marzeń", albo "i czego sobie życzysz".   

I jedne i drugie mają swój urok - wszystko zależy od nadawcy, okazji, formy i paru innych czynników. Ale życzeniami, które najbardziej zapadają w pamięć są te, które dalekie są od schematów. A ponieważ mam pamięć dobrą, ale krótką :), chcę sobie upamiętnić najbardziej wyjątkowe spośród tegorocznych życzeń:

"Życzę ci wszystkiego, co jest dla ciebie ważne"

Życzenia od znajomej po fachu. Tak już mam, że lubię życzenia od psychologów ;p Dlatego, że wiedzą, jak ważne w życiu człowieka jest znaczenie, jakie przypisujemy rzeczom, ludziom, zdarzeniom oraz jak to znaczenie przekłada się na wszystkie nasze wybory, decyzje, zachowania, a nawet samopoczucie. Czyli właściwie na jakość całego naszego życia. A zatem w takim krótkim zdaniu zawiera się życzenie, by wszystko, co jest potrzebne do pełnego życia, było w moim zasięgu. Czegóż chcieć więcej?

"Życzę ci, żebyś zawsze była tak szczęśliwa, jak teraz. Bo jesteś szczęśliwa, prawda...?"

Życzenia od koleżanki, również matki syna, tyle że już dorosłego, który właśnie wyrusza w świat. Wielokrotnie opowiadała mi o silnej więzi, jaka łączy ją z synem i o tym, jak wiele szczęścia wniósł w jej życie. Nie musiała mnie przekonywać, że kocha go nad życie. Widziałam jak przeżywała rozłąkę, gdy wyfruwał z gniazda i widzę, jak tęskni. Najpewniej założyła, że i mnie pojawienie się maluszka uszczęśliwiło. Chyba dlatego tak zapamiętałam jej życzenia, bo jak do tej pory ani razu się nad tym nie zastanawiałam... 

Przypomina mi się tu pewien cytat: "Sekret bycia nieszczęśliwym polega na posiadaniu wolnego czasu, który możemy poświęcić na zastanawianie się, czy jesteśmy szczęśliwi, czy też nie" (B.Shaw). 

W moim przypadku ilość wolnego czasu przy małym dziecku chyba jednoznacznie wskazuje na szczęście, nieprawdaż...? :)      

"Życzę ci satysfakcji z macierzyństwa, ale też tego, byś poza nim zobaczyła jeszcze kawałek świata"

To życzenia od matki 4-latka, która prężnie działa zawodowo. Bycie matką jest dla niej tylko jedną z ról, w których się spełnia, ale nie jedyną. Należy do tych kobiet, które harmonijnie łączą karierę z życiem rodzinnym i niezmiennie wzbudza mój podziw ze względu na świetną organizację czasu. Dlatego jej życzenia traktuję jako dowód na to, że obowiązki macierzyńskie da się ogarnąć w taki sposób, żeby jeszcze zostało czasu na coś poza tym. Bo w chwili obecnej akurat trudno mi uwierzyć, że poza karmieniem, przewijaniem i spacerowaniem można ugrać jeszcze coś dla siebie :)

"Życzę ci wiary w siebie, zaufania do siebie i odkrycia potencjału jaki w sobie masz, jako matka. Bo masz taki potencjał, jak każda kobieta"

To tylko urywek życzeń, bo były one długie, skonstruowane z wielokrotnie złożonych zdań i zwyczajnie nie spamiętałam tego ciągu. Ale zapamiętałam to, co najbardziej do mnie przemówiło. Wiarygodności przekazowi dodawał fakt, że osoba wypowiadająca te życzenia jest matką dwójki dzieci, więc z pewnością wiedziała, o czym mówi (a przynajmniej taką mam nadzieję!) :)

"Życzę ci wszystkiego"

Życzenia z tylko z pozoru niedokończone. W rzeczywistości świetna gra słów, kojarzy mi się ze starą reklamą bodajże Plusa "Wielka Wyprz". 
Autor życzeń to trener rozwoju osobistego, zatem mogłam się spodziewać jedynie konstruktywnych życzeń :) Życzyć komuś "wszystkiego" to tyle, co uznawać ludzkie istnienie za pełne wyłącznie wtedy, gdy doświadcza się wszystkich stanów emocjonalnych, od radości po smutek. Tak trochę biblijnie: "jest czas siewów i czas zbierania; czas cierpienia i czas radości" - przeciwieństwa następują po sobie jak dzień i noc, dlatego nie sposób ich uniknąć, bo wpisane są w nasze człowieczeństwo. Gdy więc wychodzi się z takiego założenia, to życzenie komuś "wszystkiego najlepszego" wyraża chęć ograniczenia tych doświadczeń. To tak jakby chcieć pozbawić człowieka połowy jego życia tylko dlatego, że jest mniej kolorowa, mniej optymistyczna. 

Trudno nie zauważyć, że współczesny świat zmierza właśnie w takim kierunku - wszyscy chcieliby być szczęśliwi cały czas, a to jest zwyczajnie niemożliwe. Chwile zatrzymania, refleksji czy nawet przygnębienia są równie pożyteczne, jak te z przeciwległego bieguna. Sztuka polega na tym, żeby z tych trudnych doświadczeń umieć czerpać i w ostatecznym rozrachunku obracać je na naszą korzyść. Jaka to korzyść? Uczymy się, dojrzewamy, rozwijamy, hartujemy, mądrzejemy. Bo co nas nie zabije... 

Do tych ostatnich życzeń dodałabym jeszcze "siły, żeby to wszystko udźwignąć i nie stracić ducha". Bo w życiu 29-latki naprawdę już jest co dźwigać :) 

A więc niech się spełniają! :)


fot.www.usatoday.com
fot.www.imigion.com
fot.www.lri.fr

poniedziałek, 5 maja 2014

Bo ludzie są ważni

Są w życiu takie chwile, kiedy to, jacy ludzie nas otaczają, ma niebagatelne znaczenie. Choć współcześnie promuje się całkowitą wewnątrzsterowność i samowystarczalność, a wraz z nimi niezależność od cudzych opinii i zachowań, to zdarza się, że czyjaś przychylność lub antypatia bywa kluczowa dla naszego dobrostanu. Zwłaszcza w sytuacjach nowych, kiedy nie czujemy się pewnie, nie potrafimy się odnaleźć albo gdy jesteśmy w pełni zdani na czyjąś pomoc. 

W cudzych rękach 


Nigdy bym nie przypuszczała, że w czasie pobytu w szpitalu jednymi z najbardziej stresujących wydarzeń będą zmiany położnych. Gdy tylko skończył się dyżur porannej zmiany, z niepokojem wypatrywałam osoby, która zastąpi poprzednią. W pierwszej dobie po cesarce miałam szczęście trafić na dwie kolejne sympatyczne położne, serdeczne i empatyczne. Cieszyłam się, że co jakiś czas do mnie zaglądają zapytać, jak się czuję i czy czegoś nie potrzebuję. Mogłoby się wydawać, że nie robiły nic wyjątkowego, po prostu wykonywały swoją pracę. Tyle, że w moim odczuciu dawały od siebie dużo więcej. Coś, co nie jest ujęte w zakresach obowiązków i z czego pracodawca z pewnością ich nie rozlicza. Chodzi o rodzaj szacunku dla człowieka-pacjenta i zrozumienia jego położenia (dosłownie). A czasem tylko o uśmiech czy dobre słowo.  

W drugiej dobie karta się odwróciła i kolejne dwie położne były niemal przeciwieństwem poprzednich. Na wezwania reagowały późno i zawsze dawały mi odczuć, że niepotrzebnie zawracam im głowę. Każdą najmniejszą prośbę kwitowały komentarzem, który skutecznie zniechęcał do dalszego kontaktu. W rezultacie zaczęłam czuć się winna, że zakłócam paniom cenny spokój, a w skrajnych przypadkach - widząc ich niepocieszone miny - zastanawiałam się, czy aby rzeczywiście nie przesadzam z częstotliwością naciskania na dzwonek. Szczerze powiedziawszy chętnie bym zrezygnowała z ich usług, gdyby to tylko było możliwe. Niestety naprawdę potrzebowałam ich pomocy, więc trzeba było jakoś się dogadać. Znaczyło to mniej więcej tyle, co przekonać je, że przychodzą do mnie nie na darmo. To stawiało mnie w niekomfortowej pozycji znienawidzonego "petenta", który istnieje tylko po to, żeby uprzykrzać komuś życie, albo dopomina się o coś, co mu się nie należy. No bo kto to widział wzywać położną w środku nocy, jeśli ta wolałaby się wyspać na dyżurze?


Szczytem "zawracania głowy" była moja prośba o środek przeciwbólowy. Położna ciężko westchnęła i wymamrotała: "to będę musiała zadzwonić po lekarza..." i stała tak jeszcze chwilę jakby czekając, że na widok jej zdegustowanej miny natychmiast się wycofam i powiem coś w stylu: "A to jak po lekarza aż trzeba dzwonić, to nie... proszę się nie fatygować". Zamiast tego gryzłam się w język, żeby nie palnąć: "A to będzie dla pani jakiś problem? jeśli tak, to proszę dać numer do tego doktora, to sobie sama zadzwonię". 


Pomyślicie może, że jestem superupierdliwym pacjentem i ewentualne współczucie należy się właśnie położnym, które się ze mną musiały "użerać". W moim odczuciu jednak byłam pacjentem, który po prostu zna swoje prawa. Innymi słowy nie zamierzałam zwijać się z bólu tylko dlatego, żeby nie dodawać paniom położnym pracy. Czy to jakieś nadużycie? 

Win-win?

Komunę znam głównie z opowieści, ale relacja położna-pacjent trochę mi przypominała układ urzędnik-petent, w której ten drugi, jeśli nie kłaniał się w pas, niczego nie załatwił. Na szczęście czasy się zmieniły, ale jeszcze gdzieniegdzie zostało "po staremu", w urzędach czy szpitalach właśnie.

Z ciekawostek, osoba z którą wymieniłam opinię na temat tej jednej "mniej fajnej" położnej, powiedziała o niej krótko: "ta pani chyba nie lubi swojej pracy". Wow, pomyślałam, cóż za genialny eufemizm!

Piszę o tym dlatego, że narodziny dziecka są dla kobiety jednym z ważniejszych życiowych wydarzeń - pięknym i bolesnym zarazem. I byłoby idealnie, gdyby przy pomocy personelu medycznego dało się zminimalizować negatywne skutki porodu na tyle, żeby kobieta mogła się maksymalnie skupić na opiece nad dzieckiem. Tymczasem w praktyce bywa różnie. Można trafić na lekarza, położną czy nawet salową(!) z powołania, którzy wiedzą jakim typem pacjentek są położnice i jakiego rodzaju wsparcia potrzebują. I są też ich przeciwieństwa - ludzie, którzy swój zawód wykonują z musu albo przypadku i nie ma co liczyć na jakąkolwiek uprzejmość z ich strony. Sami sprawiają wrażenie bardziej pokrzywdzonych przez los od obolałych pacjentów i proszenie akurat ich o pomoc wydaje się wielce niestosowne. A pacjentom czasami potrzeba naprawdę niewiele - poprawić poduszkę czy przygasić światło, kiedy po zabiegu znieczulenie ciągle przykuwa nogi do łóżka...   

Miłość bliźniego 

I tym sposobem zawracam do wątku o ludziach, których spotykamy na naszej drodze. Nie zawsze możemy wybrać, kto będzie nam towarzyszył w ważnych momentach życia. Mamy też znikomy wpływ na to, kto nam sprzeda paliwo na stacji, kto zarejestruje do lekarza albo obsłuży w banku. Ale zawsze mamy wpływ na to, jak my zapiszemy się w czyimś życiu. Bo w większości przypadków sami decydujemy o tym, czy zdobędziemy się na uprzejmość, dobre słowo, odrobinę zrozumienia. Nawet jeśli nie lubimy swojej pracy albo wybitnie nie podoba nam się miejsce, w którym się znaleźliśmy to nie zwalnia to nas obowiązku bycia człowiekiem. To kosztuje naprawdę niewiele, a może być promykiem rozpromieniającym czyjeś doświadczenie. 

Moje doświadczenie, poza drobnymi :) wyjątkami, było na szczęście okraszone wieloma pozytywnymi spotkaniami. Pozwoliły mi one przejść przez trudne momenty z poczuciem, że pobyt w szpitalu oraz wszelkie cierpienia są jedynie chwilowe i miną tak szybko, jak się pojawiły. 


fot.www.photl.com
fot.www.identity-mag.com

poniedziałek, 25 listopada 2013

Nikt mi tego nie powiedział!

- "Smarujesz się oliwką regularnie? Wiesz, profilaktyka. Przeciwko rozstępom" - pyta znajoma troskliwie.

Tak. Od samego początku. 

- "No to dobrze. Bo mnie w pierwszej ciąży nikt tego nie powiedział i niestety mam po ciąży brzydką pamiątkę na brzuchu i udach..." 

Trochę mnie zatkało. Jak to, nikt nie powiedział? W dobie internetu i dostępu do fachowej literatury nie wiedziała takiej podstawowej rzeczy? 

Na początku nie mieściło mi się to w głowie, ale po chwili spokorniałam, bo przecież pewnie i ja nie wiem wielu wierzy, o których nikt nie mówi, bo "to się po prostu wie". 

A jednak nie zawsze się wie. Przykład koleżanki uzmysłowił mi, że ani książki ani internet nie mają takiej siły przebicia, jak przekaz na żywo od drugiego człowieka. 

Dlatego w tym miejscu chcę wyrazić wdzięczność tym wszystkim kobietom, które są wokół mnie i służą radą oraz pomocą. Cieszę się, że dzieląc się cennym doświadczeniem oszczędzacie mi czasu, który musiałabym poświęcić na studiowanie literatury albo fora internetowe. 

Dziękuję! 


fot.www.bus9fortheparadise-blog.blogspot.com

niedziela, 24 listopada 2013

Duma (bez uprzedzenia)

W cyklu "rady nie od parady" znów dzielę się doświadczeniami znajomych kobiet, które mają "to" już za sobą.  
Tym razem usłyszałam: "Poród naturalny to niesamowity wyczyn dla kobiety. Już po wszystkim będziesz czuła ogromną ulgę i taaaaką satysfakcję, jak jeszcze nigdy w życiu. Będziesz z siebie dumna!"
I znów mnie wmurowało. To dla mnie nowość, bo chyba w ogóle nie docierają do mnie komunikaty, że kobiety rodzące siłami natury są z siebie takie dumne. Wprawdzie w opowieściach często wybrzmiewa pewien rodzaj zadowolenia, ale zwykle wiązałam je ze szczęściem, że dziecko urodziło się zdrowe i jest już na świecie. 


A więc poród można traktować jak sprawdzian. Sprawdzić się w roli kobiety, w której naturę rodzenie dzieci jest wpisane. Czy da radę? Czy spełni się? Czy poradzi sobie z tym najbardziej kobiecym zadaniem? 

Zmiana frontu

Nagle poczułam ukłucie zazdrości w stosunku do tych wszystkich pań, które podołały, które zdały swój egzamin z kobiecości. Ogromnie zaskoczyła mnie ta moja reakcja, bo przecież wszystko ciągle przede mną, ale... 

Nie ukrywam, że w chwilach, gdy ogarniał mnie niespodziewany lęk przed porodem, uspokajałam się myślą, że na szczęście jest jeszcze drugie wyjście: cesarskie cięcie. Stąd zaskoczenie, że nagle zapragnęłam jednak móc urodzić naturalnie, po to właśnie, by zapisać sobie ten niebagatelny sukces na koncie. 

Tak na logikę, jeśli popatrzę na poród jak na wyzwanie, zupełnie inaczej się do niego nastawię, niż jak wtedy, gdy będę szła jak na ścięcie. Od razu włącza mi się bojowa postawa: "że ja nie dam rady? ja???!".

Jeszcze odnośnie mojej zazdrości, przypomniało mi się, że niektóre, najczęściej starsze kobiety, traktują przebyte porody jako źródło energii odnawialnej. Nie ma rzeczy, która mogłaby takie przerazić. Mówią: "panie, piątkę dzieci urodziłam, to nie poradzę sobie z... ?!". Myślę sobie wtedy, że to musi być doświadczenie tak bardzo uskrzydlające i utwierdzające kobietę w jej własnej sile, że można z niego czerpać do końca życia. Pozwala bowiem podchodzić do wszystkich kolejnych życiowych wyzwań z dużym dystansem i poczuciem skuteczności. 

Też chcę się przekonać o swoim kobiecym potencjale. Dam radę. Odnajdę w sobie potrzebą siłę. 

I będę z siebie dumna!


fot.www.strenghttrainingtechniques-npt.com
fot.www.byebyewaistline.wordpress.com

niedziela, 3 listopada 2013

Wyprawka na porodówkę - pomijany element

Niespodziewany telefon od bliskiej znajomej, która we wrześniu tego roku urodziła swoje pierwsze dziecko, był tym, czego - jak się okazało - było mi bardzo trzeba. Zwłaszcza, że nastrój 1-listopadowy jeszcze mnie trochę trzymał, więc dobrze, że wybiła mnie z myślenia o przemijaniu na rzecz myślenia o ... oczekiwaniu.

Opowiedziała mi o tym, jak jej znajoma - kobieta w wieku jej matki, wpłynęła na jej nastawienie w ciąży, dzięki czemu zamiast histeryzować zdecydowała się na poród siłami natury i bardzo sobie tą decyzję chwali. 

Mówiła z taką pasją, że uwierzyłam, że poród był dla niej rzeczywiście niezwykłym przeżyciem. "Wystarczy słuchać swojego ciała i reagować zgodnie z tym, czego ono się domaga, a wszystko pójdzie gładko"

Ubolewała, że służba zdrowia i większość szkół rodzenia nie ma w swoich programach zajęć związanych z nastawieniem psychicznym. Że nie wyposaża się kobiet w "wyprawkę", którą powinny mieć ze sobą na porodówce, tyle że w głowie. A im lepsze nastawienie do rodzenia, tym mniejszy ból, tym większa radość spotkania z dzieckiem. Dlatego szkoda, że rola psychiki u rodzących jest wciąż traktowana po macoszemu. "Marzy mi się, żeby prowadzić takie zajęcia w ramach szkoły rodzenia, które będą przygotowywać kobiety do porodu właśnie z uwzględnieniem psychiki" - dodała na koniec.

To była dla mnie bardzo budująca rozmowa. Uświadomiła mi, że moje dotychczasowe wyobrażenia o porodzie są jedynie takie, że to zło konieczne. Tym samym zamykam się na inne aspekty tego doświadczenia, takie które być może dla kobiety są bardzo ubogacające. Nie wiem tego na pewno, ale z wypowiedzi znajomej wybrzmiewała jakaś tajemnicza moc. Jakby dostąpiła czegoś wielkiego, czegoś nie do opisania. Czegoś, co warto przeżyć samemu...

Zyskałam coś jeszcze. Znajoma zaproponowała, że mogę do niej dzwonić w każdej ciążowej sprawie, zwłaszcza w chwilach, gdy dopadają mnie pesymistyczne myśli. Bardzo się ucieszyłam, choć mam nadzieję nie nadużywać tego "telefonu wsparcia". 


fot.www.asklubo.com

sobota, 21 września 2013

Szkoła rodzenia, uczenia czy straszenia?

Jeszcze dobrze nie zdążyłam się zastanowić, czy będę chciała uczestniczyć w zajęciach szkoły rodzenia, a już zostałam do niej skutecznie zniechęcona. Wszystko zaczęło się od znajomej, którą spotkałam wracającą z kolejnego spotkania w szkole rodzenia. Jej mina mówiła sama za siebie, ale dla jasności musiałam dopytać, czy było aż tak źle. Potęga ciężarnej wyobraźni No i cóż - tym razem zajęcia dotyczyły karmienia piersią i osoby prowadzące chyba nie do końca wzięły pod uwagę, że forma podania mało optymistycznych informacji ma ogromne znaczenie dla ich odbioru. Zwłaszcza w przypadku kobiet w ciąży, dla których stres jest raczej mało wskazany, a zatem oddziaływanie strachem średnio trafionym pomysłem.
Znajoma wyglądała na przerażoną i zniesmaczoną jednocześnie. Opowiadała o filmie puszczonym w szkole, na którym kobiece piersi wyglądały jak jedna wielka mleczarnia sięgająca kolan, a prowadząca raz po raz wtrącała soczyste komentarze o tym, że "będziecie płakały z bólu przy karmieniu, ale nie ma nic piękniejszego"... A że mnie nie trzeba wiele, to moja wyobraźnia szybko podążyła za słowami znajomej i oto zobaczyłam w głowie wizerunek murzynki z dzikiego plemienia, która nigdy nie nosiła biustonosza, z piersiami leżącymi na brzuchu i sięgającymi co najmniej pasa. Taaa, bardzo zachęcająca przyszłość. Natomiast ową prowadzącą ze szkoły rodzenia wyobraziłam sobie jako nawiedzoną posłankę dobrej nowiny, której życiową misją jest promowanie kampanii pod hasłem: "albo w pokorze i z uśmiechem na twarzy znosisz torturę karmienia piersią, albo nie masz prawa nazywać siebie matką!". No bo że butelka absolutnie nie wchodzi w grę, nie muszę dodawać?
Porażona tą opowieścią czym prędzej wygadałam się kuzynce (która karmiła dziecko przez 8 miesięcy) przebywającej za granicą, ciekawa jak tamtejsze kobiety zapatrują się na tą kwestię. Krótko i na temat powiedziała: "Wyluzuj, nie jest tak źle. A zawsze możesz podejść do tematu jak Francuzki - nie karmią, bo to źle robi na piersi" :)
Odpowiedź była strzałem w dziesiątkę, bo zyskałam trochę dystansu do sprawy. Jak już się bardziej uspokoiłam, zaczęłam się zastanawiać, gdzie znajduje się granica poświęcenia. Mojego poświęcenia w ogóle i poświęcenia dla dziecka. Czyż już sama decyzja o ciąży, bądź co bądź zmieniającej trochę ciało, nie jest przejawem wyjścia poza własny egocentryzm i ukłonem w stronę nowego człowieka? Jeśli dodatkowo wezmę pod uwagę, że okres połogu to też nie bułka z masłem, a całkowita rekonwalescencja rozłożona jest na kilka miesięcy po porodzie, to mam wrażenie, że wydając na świat dziecko, kobieta daje z siebie naprawdę sporo.

Spodziewaj się niespodziewanego!
W podobnym czasie rozmawiałam z koleżanką, która wspominając swoją pierwszą ciążę powiedziała, że do szkoły rodzenia nie chodziła. "Przygotowują cię na coś konkretnego, a ty i tak nie wiesz, jaki będzie rozwój wydarzeń w twoim przypadku. Uczysz się specjalnego oddychania, a na porodówce lekarz ci powie "proszę nie oddychać, bo dziecko ma obrzęk głowy i będzie cesarka". I na co ci cała edukacja?". 
Inna znajoma zachwalała zajęcia w szkole rodzenia w swoim mieście ze względu na praktyczne informacje i oswojenie z tematem w czasie ciąży. Jednak zapytana po porodzie, czy faktycznie skorzystała z tej wiedzy, powiedziała, że nie. Na porodówce postawiła na współpracę z położną, bo i tak nic przydatnego jej się w tym momencie nie przypominało. Zaproponowała, że może mi skserować notatki ze szkoły, bo właściwie uczestnicząc w zajęciach osobiście i tak nie będę w stanie "nauczyć się rodzenia". Po kilku takich opiniach doszłam do wniosku, że wartość szkoły rodzenia wyraża się głównie w zabezpieczeniu informacyjnym. A wiedząc więcej mogę być spokojna, że po pierwsze - wiem, co się ze mną dzieje teraz, a po drugie - nie spanikuję później, gdyż będę przygotowana, przynajmniej teoretycznie, na to, co nastąpi. Nie ma tu obietnicy, że dzięki tej wiedzy poród będzie łatwiejszy, ani że psychicznie lepiej poradzę sobie z sytuacją. 
To zależy od człowieka - niektórzy im wiedzą więcej, tym mają poczucie większej kontroli nad sytuacją. Inni lepiej radzą sobie na bieżąco, bez uprzedniego nastawiania się miesiącami na to, co na się wydarzyć. 
Czego oczy nie widzą... Jakim typem jestem ja? Cóż, na dzień dzisiejszy nie garnę się do wertowania książek, podrzuconych przez kobiety-matki z rodziny. Nie, żebym nie próbowała. Otworzyłam ze dwa razy książkę w dowolnym miejscu i gdy moim oczom ukazała się lista zmian, które może zaobserwować kobieta w swoim ciele np. w 6. miesiącu, stchórzyłam. Jakoś wizja wszechobecnych żylaków mało mi współgra z radością, którą aktualnie odczuwam na myśl, że rośnie we mnie mały człowieczek. Dlatego na razie podaruję sobie te lektury. Podobnie ze szkołą rodzenia - opowieści i filmy o karmieniu nie są tym, czego teraz mi najbardziej potrzeba. Jak już będzie tak daleko, zmierzę się z tym, ale to nie znaczy, że muszę myśleć o tym już dziś. Tym bardziej, że moje nastawienie jest w tej chwili negatywne, co nie służy ani mnie, ani dziecku. Jak dobrze być świadomym swoich potrzeb! 


fot.www.deon.pl
fot.www.wiadomosci.onet.pl

sobota, 7 września 2013

Bilans zysków i....zysków (?)

Co się zmieniło w moim myśleniu o dzieciach? Właściwie wszystko. Jak już pisałam, nie potrafię dokładnie uchwycić źródeł tych przemian, ale mogę nazwać zmiany, które zauważyłam. 


Odkąd zaczęłam sobie wyobrażać siebie z brzuszkiem... 

... przestałam widzieć ciążę jako coś, co zabiera kobiecie figurę, urodę, kondycję, zdrowie itp.
Przez 28 lat życia nasłuchałam się tak wiele o spustoszeniach w ciele, jakie niesie za sobą ciąża, poród i karmienie, że każdorazowo uznawałam, iż nie jestem gotowa na takie poświęcenie. Po prostu. 

... przestałam widzieć w dzieciach intruzów, które nieproszone wkraczają w życie, zabijając małżeństwa, przewracając świat do góry nogami i bez reszty wypełniając sobą każdą wolną chwilę. 
To też był dla mnie koszt, którego nie byłam gotowa ponieść. Zbyt ceniłam swoje życie w dotychczasowym kształcie, żeby ryzykować jakiekolwiek zachwianie równowagi.

... przestałam się bać utraty pracy.
Wiadomo jak to jest w polskich realiach - prawo chroni matki tylko pozornie i właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, aby je zwolnić niedługo po ich powrocie z urlopu macierzyńskiego. I tego zawsze się obawiałam - że nie będę miała dokąd wracać i życie zawodowe trzeba będzie zaczynać od nowa. Z tym większą presją, że na utrzymaniu będzie dodatkowa osoba.

... przestałam się obawiać "przerwy w życiorysie" 
Jako osoba aktywna zawodowo, towarzysko, posiadająca liczne zainteresowania i generalnie nie znająca nudy, nie mogłam sobie wyobrazić, że oto nagle będę musiała z wielu rzeczy zrezygnować. 

Ile kosztuje dziecko?

Odkąd zaczęłam wyobrażać sobie siebie w ciąży, a potem jako matkę maluszka, nagle te wszystkie zmartwienia ustąpiły miejsca pewności, że nawet jeśli dotkną mnie któreś z powyższych komplikacji, to będę one niewielkie w porównaniu z wartością, jaką w moje życie wniesie ten mały człowiek. 

Coraz mniej przerażały mnie wizje powietrza zabieranego mi przez dziecko, aż zniknęły całkowicie ustępując miejsca otwartości na to, że mój świat ulegnie zmianie. Czy na plus? Tego nie wiem. Na pewno będzie inaczej. 


Od chwili, w której przestałam się kurczowo trzymać tego wszystkiego, czego nie chcę utracić, zaczęłam sobie uzmysławiać, jak wiele mogę zyskać. Choć wcześniej już wiele koleżanek opowiadało, że nie wyobrażają sobie życia bez ich dziecka, nie do końca wierzyłam, że ani przez chwilę nie żałowały, że już nic nie jest takie, jak było. 

A teraz myślę sobie, że one po prostu były wobec siebie uczciwe i wiedziały, które rzeczy chcą zatrzymać (niezależnie od dziecka), dlatego nie traktowały dziecka jako przeszkody w osiąganiu swoich celów. 

Może więc jednak znam odpowiedź na pytanie, co sprawiło, że zdecydowałam się powołać dziecko do życia? Przestałam myśleć o potomku wyłącznie w kategorii kosztów, które muszę ponieść (psychicznych i fizycznych). 

Nie znaczy to, że teraz ich nie doszacowuję. Oczywiście wiem, że pewną cenę trzeba będzie zapłacić, ale teraz jestem gotowa zaryzykować. Chcę się przekonać o tych urokach macierzyństwa, o których nie da się opowiedzieć żadnymi słowami, ani ich wycenić. To pragnienie jest teraz silniejsze, niż wszystkie obawy razem wzięte. 

O byciu matką można słuchać, czytać, można oglądać scenki z życia, ale nie można tego doświadczyć cudzym kosztem. Można poczuć jedynie na własnej skórze, we własnym ciele, własnymi emocjami. 

Wyłącznie w praktyce. 


fot.www.boscoanthony.com
fot.www.vaforlife.com

wtorek, 30 lipca 2013

Awansując na matkę

Która pracująca kobieta nie zastanawiała się choć raz, jak jej macierzyństwo wpłynie na życie zawodowe? Czy będzie miała możliwość powrotu do tej samej pracy, na to samo stanowisko? A może będzie skazana na rozpoczęcie wszystkiego od nowa?

A czy któraś kobieta przed decyzją o pierwszym dziecku myślała o tym, jak dobrze będzie być pracującą mamą? O tym, jakich nowych umiejętności jej przybędzie? I z jaką łatwością podoła wyzwaniom zawodowym po tym, czego doświadczy jako rodzic?




Nie wiem, jak Wy, ale ja dotychczas spotykałam się niemal wyłącznie z tym pierwszym wzorcem. Czyli dominacja obaw o pracę i postrzeganie macierzyństwa jako pewnej przeszkody w karierze. Oczywiście większość mam nie mówi wprost, że dziecko to problem, ale z wielu wypowiedzi można wyłapać informacje o szeregu kłopotów. Najczęściej chodzi o konieczność pogodzenia ról, organizacji opieki nad dzieckiem na czas pracy czy nietolerancję zwolnień lekarskich przez pracodawców w przypadku częstych chorób dziecka. Te problemy dotyczą oczywiście tych kobiet, które mają dokąd wracać po urlopie macierzyńskim, nierzadko zresztą skracanym z obawy o utratę stanowiska. 


Przerwa w CV

Nie ukrywam, że ja sama wielokrotnie zastanawiałam się "jak to będzie", gdy nadejdzie ten czas, aby zakomunikować szefowi, że jestem w ciąży. Jak będę traktowana w pracy przez kolejne miesiące, kto przejmie moje obowiązki na czas mojej nieobecności i jak długa to będzie nieobecność? I czy firma będzie czekać na mój powrót z otwartymi ramionami, czy wręcz przeciwnie.

Przez długi czas zamartwiałam się, że podczas gdy ja w domu będę uczyć się bycia mamą, to coś cennego w pracy mnie ominie. Życie firmowe nie zatrzyma się przecież z mojego powodu, nikt nie wciśnie pauzy, żeby po moim powrocie znów włączyć "play". Wiem, jak dynamiczna potrafi być sytuacja w pracy podczas mojej nieobecności, a co dopiero kiedy mnie nie będzie i trzeba będzie coś nadrobić. Nagle wypadnę z obiegu i przestanę być na bieżąco. I może już nigdy nie będę...? 

Takie wyobrażenia przerażały mnie nie na żarty. Bo praca to ważna część życia i nie chcę z niej rezygnować. A dziecko niejako taką rezygnację wymusza, choćby na jakiś czas. Co więcej, o wiele trudniej cokolwiek przewidzieć, bo nie wiemy z góry, jak zniesiemy ciążę, albo jakim dzieckiem będzie syn lub córka po urodzeniu. Z tych względów ciężko planować długofalowo, obiecywać sobie i szefowi obecność czy zaangażowanie, bo zwyczajnie możemy nie dotrzymać słowa. I właśnie ta wielka niewiadoma, podszyta lękiem o przyszłość, wielokrotnie doprowadzała mnie do stwierdzenia: to jeszcze nie czas na przerwę.

Gdy podzieliłam się moją refleksją ze znajomą, matką dwójki dorosłych dzieci, potwierdziła, że nie ma czegoś takiego jak najlepszy moment. "Nie nie ma czasu lepszego, ani gorszego. Dziecko przyjdzie na świat wtedy, kiedy będzie chciało - kiedy rodzice będą gotowi. A przerwy w CV są dobre."



Nowa ścieżka kariery 

Podczas gdy tak kurczowo trzymałam się chęci zachowania ciągłości życia zawodowego, niespodziewanie przypomniałam sobie o koncepcji kapitału kariery zaproponowanej przez prof. Bańkę. Pamiętam, że na studiach fascynowały mnie zajęcia z doradztwa zawodowego, a zwłaszcza konteksty zmian w pojęciu pracy i kariery. Otóż współczesne ujęcie zakłada, że kariera ma charakter podmiotowy - zawsze jest czyjaś, natomiast zawody są najczęściej kontekstami, w których kariera się dokonuje. Oznacza to, że w karierę wliczają się również aktywności nie związane bezpośrednio z wykonywaną pracą, ale takie, które do niej przygotowują (np. edukacja) albo kształtują dojrzałość zawodową. Czyli nawet bezrobotni mają swoją karierę, w ramach której podejmują działania mające na celu szkolenie się i znalezienie zatrudnienia. Podobnie matki, będąc czasowo wyłączone z zawodowego życia, nabywają doświadczeń i umiejętności, które mogą potem z powodzeniem wykorzystać w pracy.

Cóż to mogą być za umiejętności? Jako nie-matka mogę tylko powtórzyć za doświadczonymi kobietami, jak bardzo macierzyństwo przekłada się na rozwój empatii, cierpliwości, koncentracji, wielozadaniowości, zdolności negocjacyjnych czy organizacyjnych. Pamiętacie kampanię społeczną Departamentu ds. Kobiet, Rodziny i Przeciwdziałania Dyskryminacji z 2007 pod hasłem "Mamy w pracy mogą więcej?". To dowód na to, że macierzyństwo zaskakuje kobiety pozytywnie również w aspekcie własnego rozwoju osobistego i zawodowego.

Może zatem pytanie "kiedy i jak wpleść dziecko w karierę?" warto zastąpić otwartością na to, co dobrego z niego wyniesiemy - poza rodzicielską satysfakcją? Albo, idąc jeszcze dalej, zaczekać na rozwój wydarzeń, bo zawsze się może okazać, że dziecko zrobi w życiu taką rewolucję, po której powyższe dylematy znikną bez śladu...?

"To nie dziecko ogranicza nasze horyzonty w życiu, a nasz sposób myślenia o nim."

W ramach podsumowania zapraszam do przeczytania podobnych wątpliwości innej autorki wraz z komentarzami doświadczonych mam, które są już "po tej drugiej stronie": Zawód: matka.


fot. www.regiopraca.pl
fot.www.praca.gazetaprawna.pl
wytłuszczony cytat pochodzi ze strony www.biegnacazwilkami.com

sobota, 27 lipca 2013

Do zakochania jeden krok...pod warunkiem że są swoje

Tak się szczęśliwie składa, że nigdy nie miałam większych problemów z organizowaniem sobie wsparcia społecznego, głównie informacyjnego. Z tego względu gdy tylko pomysł: “dziecko” pojawił się w mojej głowie, korzystam z wielu okazji, aby dowiedzieć się, jak macierzyństwa i rodzicielstwa doświadczają inni. 


Spotkanie z J.  
J. zna mnie dość krótko (niecały rok), ale to jedna z tych znajomości, które zdają się trwać od zawsze. Dobre porozumienie, nadawanie na podobnych falach. Szybko zorientowała się w moim podejściu do dzieci i zapamiętała to niechętne. Z tym większym szokiem słuchała mnie kilka miesięcy później, gdy jak nakręcona opowiadałam jej o tym, jak maleńka myśl o własnym dziecku nieśmiało zakiełkowała mi w głowie. Mówiła, że miałam wypieki na twarzy i wyglądałam tak, jak wygląda człowiek zakochany! Trochę oszołomiona, z błyskiem w oku i pasją w głosie. “Jakbyś nie do końca wiedziała co się z tobą dzieje, taka podekscytowana i radosna. Jakbyś była zaskoczona tym, co ci się przytrafiło i jednocześnie pełna obaw, czy iść za tym głosem.” 

Spotkanie z A.

A. jest znajomą znajomej, którą poznałam w czasie marszu z kijkami. Na pytanie, czym się zajmuje poza trenowaniem nordic walking, odpowiedziała, że aktualnie "siedzi" w domu na urlopie macierzyńskim. Czyli niedawno została matką! - od razu podłapałam i podpytałam o kilka interesujących mnie kwestii. Szybko okazało się, że nie jest typową “mamuśką”, która poza dzieckiem już świata nie widzi. Może właśnie dlatego od razu stała się bliższa memu sercu. Z naszej rozmowy zapamiętałam, że nie służy jej towarzystwo matek np. na placu zabaw. Dlaczego? “Bo baby ciągle ględzą o tych dzieciach i porodach”. :-) I wyobraziłam sobie, jak na wspomnianym placu zabaw wianuszek mam przechwala się swoimi dziećmi, podczas gdy ona, gdzieś na uboczu czyta książkę. Na kolejnej ławce wyobraziłam sobie siebie samą ze słuchawakami na uszach, słuchającą radia albo audiobooka :-) 


Spotkanie z J.
Poznałam ją na urodzinach przyjaciółki. Pracuje w IT, więc była “rodzynką” w gronie samych psycholożek. Tym chętniej słuchałam tego, co ma do powiedzenia, bo ludzie z różnych branż reprezentują często odmienne podejście do życia, nierzadko bardzo inspirujące. Matka 5-letniego syna. Jest absolutnie pragmatyczna, poukładana, typowy umysł ścisły. Do dziś nie wie, jak to się stało, że została matką :-) Drugi raz pewnie się już nie zdecyduje. Przed porodem zrobiła tabelę, w której wpisała plusy i minusy porodu naturalnego i cięcia cesarskiego. Wyszło jej, że cesarka będzie dla niej optymalnym rozwiązaniem. I do dziś bardzo sobie chwali tamtą decyzję, dzięki której uniknęła wielu stresów i bólu. 

Spotkanie z E.

Z E. rozmawiam głównie online, ale w miarę na bieżąco aktualizujemy informacje “co słychać”. Gdy przemyciłam własne refleksje o możliwości bycia mamą, a zaraz potem wątpliwości, czy się będę nadawać, no bo przecież nie przepadam za cudzymi dziećmi, usłyszałam w odpowiedzi: “To nie jest żadna przeszkoda. Dzieci są fajne pod warunkiem, że są własne”. Takie proste, że aż trudno uwierzyć, że nikt wcześniej nie uraczył mnie tym argumentem!

Spotkanie z K.
Sporadyczny kontakt, najczęściej za pośrednictwem skype'a. Niedawna rozmowa odbyła się dość późnym wieczorem, umówiona zupełnie spontanicznie, którą z jakiegoś powodu jeszcze opóźniłam. I uszom nie wierzyłam, gdy padło pytanie: "Dziecko już uśpione?". Zamurowało mnie, przez chwilę nie wiedziałam, co powiedzieć. Gdy wyjaśniłam, że nie to jest powodem opóźnienia, usłyszałam bezemocjonalne "aha, tak jakoś pomyślałem, że wcześniej nie mogłaś pogadać, bo musiałaś położyć dziecko spać"Sądzę, że gdyby ta sytuacja zaistniała kilka lat temu, raczej roześmiałabym się kwitując "skąd ten pomysł? ja? dziecko?". A teraz poczułam się jak prześwietlona promieniami rtg! Nie chwaliłam się moimi planami prokreacyjnymi, więc jak mógł pomyśleć, że...? Zamiast się domyślać, pociągnęłam tą zaskakującą rozmowę: "wyobrażasz sobie mnie jako matkę? jak wyglądam?". - "Normalnie, tak się pochylasz nad wózeczkiem, uśmiechasz się do dziecka...". Nie do wiary. Ja jeszcze nie do końca zobaczyłam siebie w tej roli, a ktoś już mógł mnie sobie w niej wyobrazić!     


Każde z tych spotkań wniosło bardzo dużo do dyskusji, którą prowadzałam sama ze sobą przez kilka miesięcy. Takich rozmów było oczywiście więcej, ale tych kilka szczególnie wryło się w moją pamięć.     


fot. www.robert-craven.blogspot.com

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...