Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygotowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przygotowanie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 maja 2014

Matki karmiącej metoda na głoda

Dieta matki karmiącej w moim wydaniu jest ni mniej ni więcej tylko wszystkim tym, co zdołam przygotować w przerwach od opieki nad dzieckiem i spożyć w czasie posiłków malucha. 

Cały myk polega na tym, żeby zaraz po odłożeniu dziecka do łóżka popędzić do kuchni i upitrasić coś możliwie zdrowego i sytego oraz dostarczyć talerz(e) w miejsce karmienia dziecka, a następnie skonsumować wtedy, kiedy dziecko będzie karmione. Zaoszczędzony w ten sposób cenny czas można wykorzystać na wiele różnych sposobów. A im mniej czasu, tym więcej pomysłów na jego spędzenie :)

Strategia ta ma jednak swoje wady.

Przede wszystkim trzeba być bardzo sprawnym manualnie, najlepiej oburącz (a ja jestem tylko praworęczna). Ułatwia to przenoszenie pokarmu na łyżce lub widelcu z talerza do ust tak, aby nic nie spadło na dziecko przystawione do piersi, leżące dokładnie pomiędzy mną a talerzem. Z tego względu jedzenie nie może być zbyt gorące, bo gdyby jednak jakiś kęs upadł, mógłby poparzyć dziecko. Nie może być też zbyt kruche, w przypadku choćby pieczywa, tak aby okruchy nie opadały na dziecko, które póki co powinno się zadowolić samym mlekiem, a nie mlekiem z kruszonką. No i w końcu trzeba mieć podzielną uwagę, żeby odróżnić własne przełykanie od gulgania dziecka po to, aby móc kontrolować ilość przyjmowanego przezeń pokarmu. 

Poza tymi drobnymi niedogodnościami, strategia ma same zalety. Przede wszystkim matka nie chodzi głodna. A trzeba wspomnieć, że głód w okresie karmienia piersią jest znaczny i nawet Danio by sobie z nim nie poradził. Dodatkowo posiłki są spożywane regularnie (jeśli nie co do godziny, to przynajmniej często), co jest niezmiernie ważne, a co mogłoby być z trudem osiągalne przy innej organizacji. 

W tym miejscu muszę uczciwie zaznaczyć, że taki system jedzeniowy został wprowadzony w życie dopiero po ok. 2 tygodniach od porodu. Wcześniej 90% posiłków przygotowywał mąż z tej prostej przyczyny, że ja prawie nie wychodziłam z pokoju, w którym zajmowałam się dzieckiem. Ale i wtedy jadałam razem z maluchem, żeby w krótkich przerwach między karmieniami choć na chwilę zmrużyć oko. 

I jeszcze słówko o płynach. Po kilku dniach wypijania zimnej herbaty (bo zawsze coś, a raczej ktoś uniemożliwił mi wypicie ciepłej zaraz po zaparzeniu) postanowiłam skorzystać z wynalazku, jakim jest termos. Dzięki temu nie tylko za dnia, ale i przy każdym nocnym wstawaniu mogę napić się czegoś ciepłego. Bo niestety samej wody na pewnym etapie organizm już nie przyswaja. 

I tu stawiam kropkę, bo już mi burczy w brzuchu...


fot.www.polki.pl

czwartek, 1 maja 2014

Bądź gotowy dziś do drogi... tra la la :)

Pamiętam z dziecięcych lat ekscytujące poranki, kiedy to babcia budziła mnie jeszcze o zmroku, żeby wybrać się na autobus dalekobieżny, który miał zawieść nas do moich rodziców. Co roku po wakacjach spędzanych u dziadków, babcia odwoziła mnie do domu i ku mojej wielkiej radości zostawała jeszcze kilka dni u nas. 

Trasa przebiegała przez Kraków, gdzie był najdłuższy, bo 20 minutowy postój, w czasie którego zawsze udało mi się naciągnąć babcię na zakup co najmniej jednego obważanka na dworcowym straganie... :) 

Do biegu, gotowi...

Choć nie przepadałam za porannym wstawaniem (zwłaszcza na wakacjach), wyrobienie się na autobus odjeżdżający o 5.45 z centrum miasta, do którego trzeba było wcześniej dojechać autobusem miejskim, nie stanowiło większego problemu. Już wieczorem dnia poprzedniego bywałam tak podekscytowana zbliżającą się podróżą, że trudno było mi zasnąć. Pamiętam też chwilę przed wyjściem z domu, tuż po zjedzeniu śniadania i upewnieniu się, że torba jest spakowana i że niczego nie zapomniałam. W momencie przytaknięcia, że jestem gotowa do drogi, ogarniała mnie wielka ekscytacja, choć do wyjścia jeszcze zostawało parę minut (babcia zawsze miała pewien zapas czasowy na wypadek, gdyby wnusia trochę dłużej się wybierała :)). W tym krótkim czasie, który dłużył mi się niemiłosiernie, nie umiałam już znaleźć sobie miejsca. Bo niby czymże miałabym wypełnić ten czas oczekiwania? Cieszyłam się tylko jak szalona, przestępując z nogi na nogę i raz po raz dopytując babcię, czy przypadkiem nie musimy już wyjść...

I właśnie tamte scenki sprzed lat stanęły mi przed oczami, gdy zaczęłam odczuwać ekscytację przed wyjazdem do szpitala. Choć od podróży ze świętej pamięci Babcią minęło już wiele lat, doskonale pamiętam jak wspaniale się wtedy czułam. Dokładnie te same emocje towarzyszyły mi w chwili, gdy dopakowywałam torbę do szpitala, rozglądając się po mieszkaniu, czy aby niczego nie zapomniałam i dla pewności zerkałam na listę zawieszoną na lodówce, przypominającą o zabraniu rzeczy używanych na co dzień, które nie czekały spakowane w torbie. 

W dniu wyjazdu do szpitala emocje hulały już tak bardzo, że nie byłam w stanie się na niczym skupić. Zerkałam tylko na zegarek, spędzając kolejne minuty na radosnym oczekiwaniu i odliczałam czas do wyjścia. Czułam, że zbliża się coś naprawdę ważnego. Jednocześnie trochę nieswojo było mi ze świadomością, że opuszczam dom z dużym brzuchem, a wrócę bez. Zrobiłam sobie nawet zdjęcie przy drzwiach wyjściowych upamiętniające ostatnie chwile w ciąży. Trochę sztywne, bo trzymam za klamkę i udaję, że robię krok przez próg, ale uśmiech jest tak autentyczny, że warto było go uchwycić!

... start!

Gdy tylko wybiła godzina zero, niezwłocznie ruszyłam z bloków startowych. W samochodzie wciąż nie mogłam rozluźnić twarzy naciągniętej przez nienaturalnie długo trwający uśmiech. 

A więc to już się dzieje - pomyślałam - właśnie teraz... 

Przez chwilę czułam się jak aktorka odgrywająca rolę niewiele mającą wspólnego z jej prawdziwym życiem. Wszystko wydawało mi się takie nowe, jakby nie moje. I chyba tylko dobrze znany dreszcz ekscytacji upewniał mnie, że to stuprocentowo moje życie. 

Podwójne życie. 


fot.www.pks-krosno.pl
fot.www.fr.wikipedia.org

środa, 2 kwietnia 2014

Robi się dziwnie...

Jeszcze wczoraj sobie żartowałam, że zaczyna się akcja porodowa, a dziś naprawdę zaczęłam się dziwnie czuć...


Co znaczy dziwnie? Po prostu nieswojo. Mam więcej energii, którą muszę spożytkować, albo rozchodzić, żeby mnie nie rozniosło, bo dużo rzeczy nagle mnie drażni. Pobolewa głowa (chyba pierwszy raz w ciąży!), dół brzucha boli jak przed okresem (już zapomniałam, co to!), zmniejszył mi się apetyt (to się nie zdarza łasuchowi!), za to suszy mnie, jak na Saharze.

Czy to wczesne zwiastuny porodu? Mobilizacja organizmu i samooczyszczanie? Poobserwuję, przekonam się. 

Ale dreszczyk emocji już jest. No bo jeśli to faktycznie już za chwilę? Czy jestem gotowa?? 

Jutro ostatnie zajęcia w szkole rodzenia, a potem...niech się dzieje!


fot.www.tescolovesbaby.pl

czwartek, 6 marca 2014

Oswoić porodówkę

Po ostatniej rozmowie z lekarzem trochę straciłam rezon. Co którąś wizytę zjawiam się w gabinecie z pokaźną listą pytań. Spisuję wszystkie moje znaki zapytania ponieważ wolę, żeby moje wątpliwości rozwiewał lekarz prowadzący, a nie anonimowy ekspert guglowy. Zwykle odpowiedzi mnie w pełni satysfakcjonują, a ostatnio było trochę inaczej. 

Odczułam, że za bardzo chcę się przygotować, co jest niemożliwe, bo przecież tyle rzeczy jest poza moją kontrolą. Z perspektywy lekarza wygląda to tak, że każdy poród jest inny, trudno zatem sobie cokolwiek zaplanować, niewiele można przewidzieć. Zarówno ze strony przebiegu samej akcji porodowej, jak i ze strony rodzącej. Dlatego kobieta nie powinna zbytnio filozofować i robić wokół porodu szczególnej otoczki, bo wszystko się okaże już/dopiero w szpitalu. Innymi słowy nie ma sensu wymyślać scenariuszy, bo wszystko może się potoczyć zupełnie inaczej.

Podcięte skrzydła

Wszystko to wydaje się logiczne. Lepiej się nie nastawiać tak czy owak, żeby się nie rozczarować. I zwykle taką mam właśnie taktykę: nie mieć zbyt wysokich oczekiwań, ponieważ jak już, wolę się pozytywnie zaskoczyć. 

Tyle że poród wydaje mi się zbyt ważnym wydarzeniem, żeby nie próbować przygotować się jak najlepiej się da. A jeśli przestanę myśleć o nim optymistycznie, to mogę niechcący dopuścić do głosu czarnowidztwo. No bo nie da się nie myśleć o tym w ogóle. To tak, jak starać się nie myśleć o zbliżającym się egzaminie, ślubie, czy rozmowie kwalifikacyjnej - raczej niewykonalne. 

Muszę przyznać, że zaczęłam się już zastanawiać, czy przypadkiem nie tracę tylko czasu i energii na te wszystkie ćwiczenia, wizualizacje, afirmacje, oddychanie, skoro w ostatecznym rozrachunku wszystko jest w rękach położnych. Może jestem naiwna, że dałam się nabrać na to poczucie sprawstwa i możliwości wpływania na rezultaty poprzez własne nastawienie? 

Szkoła pięknego rodzenia

Szczęśliwie moje zwątpienie nie miało czasu zakorzenić się na dobre w moim umyśle, gdyż właśnie rozpoczęły się zajęcia w szkole rodzenia (ale ten czas leci!). I to było to, czego bardzo potrzebowałam. Coś, co zwróciło mi wiarę w sens przygotowań i poczucie, że jednak wiele ode mnie zależy.

Tym, co szczególnie dodało mi skrzydeł był mój wniosek, że sposób w jaki starałam się nastawiać przez ostatnie miesiące do rozwiązania, jest pokrewny z podejściem propagowanym w szkole rodzenia. Czyli intuicyjnie dokonałam dla siebie dobrych wyborów, bo innym kobietom to też pomaga. To bardzo cenne wzmocnienie! 

Bardzo się cieszyłam z obecności mojego męża. Nie byłabym w stanie wszystkiego mu powtórzyć (mimo dość obszernych notatek). Wartość jego uczestnictwa polega też na tym, że może wyłapywać informacje ważne z jego punktu widzenia, tak by mógł jak najlepiej spełnić się w roli. Ja natomiast jestem zainteresowana innymi aspektami i na nich się skupiam. Dzięki temu jeśli o czymś zapomnę, będzie mi mógł przypomnieć hasłowo - bo słyszeliśmy dokładnie ten sam przekaz. Co dwie głowy to nie jedna :)

Z niecierpliwością czekam na kolejne zajęcia w szkole - a te już za tydzień. 


fot.www.successtroughselfimprovement.com
fot.www.hardcourtlessons.blogspot.com



sobota, 1 marca 2014

Za pakowanie torby czas się brać!!!

Z początkiem marca zdałam sobie sprawę, że ciąża już prawie na finiszu, więc najwyższy czas pakować torbę do szpitala.

Wprawdzie data porodu wynikająca z kalendarza jest przewidziana na 26 kwietnia, ale pomiary płodu wykazują niezmiennie, że młody jest spory jak na swój wiek i wygląda już na 2 tygodnie starszego. A to może znaczyć, że szybciej się będzie chciał wybrać na ten świat. Czyli bliżej początku kwietnia niż końca, a to już za niewiele ponad miesiąc!  

Do tej pory niespiesznie zabierałam się do kompletowania wyprawki szpitalnej. Jakoś ciągle wydawało mi się, że mam jeszcze przecież duuuużo czasu :) Teraz jednak zaczynam odczuwać niewielką presję, więc motywacja jest i trzeba ją wykorzystać. Zwłaszcza, że tak naprawdę nie mam jeszcze mnóstwa rzeczy!!!

Lista szpitalnych przebojów

Zdobyłam 3 różne listy niezbędnych do zabrania rzeczy. Jedną ze szpitala (zawiera konieczne minimum), drugą od znajomej (spisała, co z jej praktyki się przydaje), a trzecią z ...marketu (była do zabrania w dziale akcesoriów dla mamy i dziecka). Z tych trzech list przepisałam te rzeczy, które się powtarzają (znaczy są naprawdę istotne) i tak powstała moja własna lista.

Dodatkowo lista szpitalna zawiera dopisek, że na wierzchu (najbardziej dostępne) mają być rzeczy dla mamy na porodówkę, a dopiero w dalszej kolejności rzeczy dla dziecka (niby logiczne, ale pewnie napisali, bo rozchwiane emocjonalnie kobity widocznie miały inną koncepcję kolejności :))

A moją ulubioną pozycją na liście są i tak "kanapki dla taty" :)


fot.www.babyonline.pl
fot.www.perfectlunch.pl

sobota, 30 listopada 2013

Trening z głową

Po okresie wzmożonych poszukiwań informacji na temat porodu, wkraczam w etap opracowywania własnych metod ułatwiających przejście przez to wymagające doświadczenie. Chcąc skupić się wyłącznie na elementach, które mogę kontrolować (czyli umysł i pośrednio ciało), zdecydowałam postawić na świadome oddychanie, techniki relaksacyjne oraz afirmacje. 

Mam to szczęście, że oddychania przeponowego nauczyłam się jeszcze w liceum w szkolnym chórze, więc działa z automatu. A od prawidłowego oddychania już niedaleka droga do wejścia w stan relaksacji całego ciała, na przykład z pomocą Schulza lub Jacobsona. 

Moja ręka staje się coraz cięższa...

Wychodzę od gotowców, czyli scenariuszy treningów zaproponowanych przez wyżej wymienionych panów, a następnie stopniowo będę zastępować niektóre hasła własnymi sugestiami, tworząc coraz bardziej spersonalizowane komunikaty. W ten sposób uniezależnię się od nagrań audio i określonej kolejności ćwiczeń, tak żebym mogła w dowolnym miejscu i czasie skutecznie improwizować. 

Będąc w stanie relaksu i odprężenia warto włączyć jeszcze afirmacje - autosugestywne twierdzenia pozytywne, wizje pożądanych efektów w tym przypadku związane ze szczęśliwym rozwiązaniem. Powinnam je powtarzać tak długo, aż mój mózg zacznie odbierać ich treść jako rzeczywistość, jako fakt prawie dokonany. Skąd będę wiedzieć, że to już? Najpewniej wtedy, kiedy sama w to uwierzę! Afirmacje mają to do siebie, że z początku mogą nie być w 100% zgodne w wewnętrznymi przekonaniami. Mówiąc "wszystko będzie dobrze" mogę w to szczerze powątpiewać, a hasło "dam radę" wyda mi się mocno na wyrost. Praktycy afirmacji gwarantują jednak, że trening czyni mistrza i po pewnym czasie regularnych powtórek zaczniemy się identyfikować z treściami afirmacji i szczerze w nie uwierzymy. I o taki właśnie efekt końcowy chodzi. Żeby zwiększyć wiarę we własne siły, które będą tak potrzebne na porodówce. 

Luz tu i ówdzie

Ostatnim elementem tego, nazwijmy go treningu mentalnego, będzie wymyślenie "haseł wywoławczych". Chciałabym zgromadzić kilka takich skrótów myślowych, które mi się przypomną w potrzebie (lub zostaną przypomniane przez kogoś). Chodzi o to, żeby mieć taki przycisk alarmowy, na który będę mogła nacisnąć w chwili niepewności, wahania, gdy zacznę się bać, spinać itp, czyli generalnie wtedy, gdy moje myśli zboczą w niewłaściwym kierunku.

Genialnym przykładem będzie tu słynna już narta Janka Ziobro z podpisem "Luz w d***e". Zanim hasło wypatrzyli kibice, skoczkowi służyło jako przypomnienie o tym, co dla niego ważne w czasie lotów. Wystarczyło spojrzeć na nartę i już wiedział, którą część ciała rozluźnić :) 

Szukam analogicznego wyzwalacza dla wprowadzenia się w dobry nastrój, wzbudzenia pozytywnego myślenia, przypomnienia o oddychaniu czy skupienia na zadaniu i byciu tu i teraz. Niestety jeszcze nie mam pomysłu na te symbole, a pisać mazakiem po ścianach raczej mi personel medyczny nie pozwoli... 


fot.www.ludora.eu
fot.www.kalorynka.pl

środa, 27 listopada 2013

Literatura - podejście kolejne

Wygląda na to, że im bardziej zaawansowana ciąża, tym więcej chce się wiedzieć. 

Jednak odważyłam się sięgnąć po książki fachowe. Jak zaczęłam czytać, to się okazało, że interesuje mnie prawie wszystko po kolei. Wcześniej pewne tematy mnie raczej przerażały niż zachęcały. 

Pomału przekonuję się, że większa wiedza wcale nie musi stać w konflikcie ze spokojem ducha. Ale to nie jest reguła. Mam świadomość, że mogę z tej wiedzy zrobić dobry użytek, ale mogę też sobie zaszkodzić. 

Dlatego zaglądam do książek tylko wtedy, kiedy naprawdę odczuwam potrzebę, kiedy chcę się czegoś konkretnego dowiedzieć. 


fot.www.ciazowomi.wordpress.com

wtorek, 26 listopada 2013

Nastawienie & fizjologia

Coś jestem mało konsekwentna. 
Chciałabym się jakoś (właściwie to nie jakoś, tylko dobrze) przygotować do rozwiązania, a z drugiej strony nie chcę korzystać ze szkoły rodzenia. 

Zapytałam więc lekarza prowadzącego, co najlepszego mogę dla siebie zrobić w ramach przygotowań do porodu. Zaproponował wspólne omówienie planu porodu, w trakcie którego mogę dopytać o wszystkie szczegóły, tak bym pozbyła się wszelkich wątpliwości. Reszta to nastawienie i fizjologia.

Jakie zatem powinno być nastawienie, skoro właśnie na nie mam wpływ? - drążę.

Wszystko, co powiedziała pani doktor, streściłabym w trzech najważniejszych punktach: 
1. Robię to dla dziecka. Im sprawniej się uwinę i im chętniej będę współpracować za położną, tym lepiej
2. To potrwa tylko chwilę. Dłuższą lub krótszą, ale poród nie trwa wiecznie. A więc wszystkie nieprzyjemne doznania, jak ból, potrwają tylko przez określony czas, a potem się skończą.
3. Podchodzę do tematu zadaniowo. Chcę dziecko, to je urodzę. To naturalne rozwiązanie ciąży, które kończy się na porodówce.
Brzmi sensownie.


fot.www.sheknows.com    

sobota, 9 listopada 2013

Okienko

Zaglądam w kalendarz, a tam pusto. Zwykle przeładowany, poszczególne aktywności upakowane na zakładkę, żeby nie tworzyć zbędnych "okienek", tym razem z jedynie pojedyncze zaplanowane z rzadka wydarzenia. 

To jakby...nie mój kalendarz! Żadnych wpisów? Żadnych planów? Ba, żadnych chęci?!

Nie poznaję się. I chyba nie lubię siebie takiej. Niezaplanowanej.

Najciekawsze jest jednak to, że ta "bezczynność" jakoś specjalnie mi nie ciąży. Wręcz jest w dużym stopniu odpowiedzią na mój aktualny poziom energii i mój organizm wcale nie domaga się więcej. 

Tyle że jakoś mi to do mnie nie pasuje. Tak pozwolić, żeby czas przeciekał przez palce...? Nie odhaczać kolejnych załatwionych pozycji z listy...? Nie posuwać się naprzód...?

A może mój umysł podświadomie już przygotowuje miejsce w grafiku na nowy rozdział życia, ten z dzieckiem? Gdzie moje plany będą drugorzędne w stosunku do potrzeb malucha? Może ten nagły brak ochoty na gonitwę jest dla mnie okresem przygotowawczym, w którym powinnam trochę wyhamować już teraz, żebym była mniej zaskoczona później?


fot.www.pcmag.com

    

niedziela, 3 listopada 2013

Wyprawka na porodówkę - pomijany element

Niespodziewany telefon od bliskiej znajomej, która we wrześniu tego roku urodziła swoje pierwsze dziecko, był tym, czego - jak się okazało - było mi bardzo trzeba. Zwłaszcza, że nastrój 1-listopadowy jeszcze mnie trochę trzymał, więc dobrze, że wybiła mnie z myślenia o przemijaniu na rzecz myślenia o ... oczekiwaniu.

Opowiedziała mi o tym, jak jej znajoma - kobieta w wieku jej matki, wpłynęła na jej nastawienie w ciąży, dzięki czemu zamiast histeryzować zdecydowała się na poród siłami natury i bardzo sobie tą decyzję chwali. 

Mówiła z taką pasją, że uwierzyłam, że poród był dla niej rzeczywiście niezwykłym przeżyciem. "Wystarczy słuchać swojego ciała i reagować zgodnie z tym, czego ono się domaga, a wszystko pójdzie gładko"

Ubolewała, że służba zdrowia i większość szkół rodzenia nie ma w swoich programach zajęć związanych z nastawieniem psychicznym. Że nie wyposaża się kobiet w "wyprawkę", którą powinny mieć ze sobą na porodówce, tyle że w głowie. A im lepsze nastawienie do rodzenia, tym mniejszy ból, tym większa radość spotkania z dzieckiem. Dlatego szkoda, że rola psychiki u rodzących jest wciąż traktowana po macoszemu. "Marzy mi się, żeby prowadzić takie zajęcia w ramach szkoły rodzenia, które będą przygotowywać kobiety do porodu właśnie z uwzględnieniem psychiki" - dodała na koniec.

To była dla mnie bardzo budująca rozmowa. Uświadomiła mi, że moje dotychczasowe wyobrażenia o porodzie są jedynie takie, że to zło konieczne. Tym samym zamykam się na inne aspekty tego doświadczenia, takie które być może dla kobiety są bardzo ubogacające. Nie wiem tego na pewno, ale z wypowiedzi znajomej wybrzmiewała jakaś tajemnicza moc. Jakby dostąpiła czegoś wielkiego, czegoś nie do opisania. Czegoś, co warto przeżyć samemu...

Zyskałam coś jeszcze. Znajoma zaproponowała, że mogę do niej dzwonić w każdej ciążowej sprawie, zwłaszcza w chwilach, gdy dopadają mnie pesymistyczne myśli. Bardzo się ucieszyłam, choć mam nadzieję nie nadużywać tego "telefonu wsparcia". 


fot.www.asklubo.com

poniedziałek, 14 października 2013

Lista lektur (nie)obowiązkowych

Już na początku ciąży dostałam od kobiet-matek z rodziny książki o ciąży, porodzie, połogu, pierwszym roku życia dziecka. I jakoś ciągle mnie do nich nie ciągnie. 

Zapisałam się na newslettery kilku portali tematycznych, ale od nadejścia maila do przeczytania go jeszcze daleka droga. 

Nie kupiłam ani jednej gazety poświęconej dziecku, ciąży, czy macierzyństwu. W kolejce do przeczytania mam kilka egzemplarzy magazynów kobiecych, których tematyka dużo bardziej mnie interesuje. 

Tematy ciążowe wydają mi się ciągle zbyt odległe, abstrakcyjne, a chwilami przerażające (opisy komplikacji okołoporodowych). Z jednej strony nie chcę się zmuszać do tych lektur, skoro nie czuję potrzeby, ale z drugiej...czy nie będę sobie za kilka miesięcy pluła w brodę, że nie przygotowałam się odpowiednio?

Tu pojawia się pytanie zasadnicze: do czego tak właściwie literatura może mnie przygotować? Do bycia mamą? Do posiadania dziecka? Do organizacji życia z dzieckiem...? 

Obawiam się, że dopóki nie odpowiem sobie na pytanie, co dokładnie chcę znaleźć w tych książkach, nie będą one dla mnie przydatne. Tym samym nie będę odczuwała braku, jeśli ich nie przeczytam. 


fot.www.livinggreenwithbean.com
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...