Po porannym obchodzie zapadła decyzja - wychodzę ze szpitala. Musiałam jeszcze tylko zaczekać na wypis. Salowa była przeszczęśliwa, że zwalniam pokój. Uprzejmie poprosiła, żebym pozwoliła jej posprzątać jeszcze zanim opuszczę salę. Żaden problem - stwierdziłam. A niech się kobiecina uwinie z robotą i nie robi nadgodzin w piątek.
Nie znoszę pakowania, ale tego dnia poszło mi błyskawicznie. Jak nigdy pozbierałam rzeczy i bez zbytecznych ceregieli powkładałam do walizki i toreb. Wiem, wiem - brzmi, jakbym jechała na wakacje, ale wyprawka do szpitala była naprawdę spora. Zwłaszcza, że każdego dnia jeszcze mi coś dowożono (na przykład sama poducha do karmienia jest już tak pokaźnych rozmiarów, że zajęła jeden wielki worek), dlatego przy wypisie mój dobytek był o wiele większy, niż przy przyjęciu.
Przez chwilę nie mogłam się zdecydować, jak ubrać synka w jego pierwszą podróż. Miałam dylemat, bo od czterech dni nie wychodziłam na zewnątrz, ale jedno spojrzenie przez okno wystarczyło, żeby zauważyć ludzi w krótkich rękawkach, czyli ciepło.
Wychodząc ze szpitala czułam się tak, jakbym wkraczała do innego świata. Ludzie jacyś tacy szybko chodzący (w przeciwieństwie do kobiet po porodach), pełne słońce, świeże powietrze. Z jednej strony towarzyszyło mi poczucie, że właściwie świat pozostał taki sam, jak przed kilkoma dniami, gdy podążałam w przeciwnym kierunku. Z drugiej strony świadomość, że mój własny świat zmienił się całkowicie.
Wsiadając do samochodu uzmysłowiłam sobie, że od teraz to MY jesteśmy w pełni odpowiedzialni za nasze dziecko. Już nie mam guzika wzywającego położną, a w razie problemów nie odwiozę małego na oddział noworodków. Teraz wszystkie decyzje należą wyłącznie do nas. To ogromne wyzwanie!
Na tylnym siedzeniu obok fotelika z synusiem jechałam uśmiechnięta i podekscytowana. Młody przespał całą drogę do domu, co dobrze rokuje jeśli chodzi o przyszłe podróże :) A ja byłam szalenie dumna. Spoglądałam w oczy mężusia - współtwórcę tego małego cudeńka - odbite w lusterku wstecznym i po raz kolejny w życiu poczułam się szczęściarą. Teraz mam dwóch wspaniałych mężczyzn!
Przed domem czekały znajome sąsiadki, które mocno mi kibicowały w ciąży i wspierały sms-owo w czasie pobytu w szpitalu. Powitały mnie jak zwycięzcę, wyściskały, obowiązkowo pozachwycały się malcem i w końcu "puściły" do domu. A tam... już za progiem przywitały mnie okolicznościowe dekoracje, kwiaty, balony. Poczułam się absolutnie wyjątkowo, jakbym dokonała czegoś wielkiego. Bo dokonałam!
Teraz czas pokazać synkowi jego Dom :)
fot.www.mojniemowlak.pl
fot.www.ceneo.pl
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróż. Pokaż wszystkie posty
środa, 7 maja 2014
czwartek, 1 maja 2014
Bądź gotowy dziś do drogi... tra la la :)
Pamiętam z dziecięcych lat ekscytujące poranki, kiedy to babcia budziła mnie jeszcze o zmroku, żeby wybrać się na autobus dalekobieżny, który miał zawieść nas do moich rodziców. Co roku po wakacjach spędzanych u dziadków, babcia odwoziła mnie do domu i ku mojej wielkiej radości zostawała jeszcze kilka dni u nas.
Trasa przebiegała przez Kraków, gdzie był najdłuższy, bo 20 minutowy postój, w czasie którego zawsze udało mi się naciągnąć babcię na zakup co najmniej jednego obważanka na dworcowym straganie... :)
Do biegu, gotowi...
Choć nie przepadałam za porannym wstawaniem (zwłaszcza na wakacjach), wyrobienie się na autobus odjeżdżający o 5.45 z centrum miasta, do którego trzeba było wcześniej dojechać autobusem miejskim, nie stanowiło większego problemu. Już wieczorem dnia poprzedniego bywałam tak podekscytowana zbliżającą się podróżą, że trudno było mi zasnąć. Pamiętam też chwilę przed wyjściem z domu, tuż po zjedzeniu śniadania i upewnieniu się, że torba jest spakowana i że niczego nie zapomniałam. W momencie przytaknięcia, że jestem gotowa do drogi, ogarniała mnie wielka ekscytacja, choć do wyjścia jeszcze zostawało parę minut (babcia zawsze miała pewien zapas czasowy na wypadek, gdyby wnusia trochę dłużej się wybierała :)). W tym krótkim czasie, który dłużył mi się niemiłosiernie, nie umiałam już znaleźć sobie miejsca. Bo niby czymże miałabym wypełnić ten czas oczekiwania? Cieszyłam się tylko jak szalona, przestępując z nogi na nogę i raz po raz dopytując babcię, czy przypadkiem nie musimy już wyjść...
I właśnie tamte scenki sprzed lat stanęły mi przed oczami, gdy zaczęłam odczuwać ekscytację przed wyjazdem do szpitala. Choć od podróży ze świętej pamięci Babcią minęło już wiele lat, doskonale pamiętam jak wspaniale się wtedy czułam. Dokładnie te same emocje towarzyszyły mi w chwili, gdy dopakowywałam torbę do szpitala, rozglądając się po mieszkaniu, czy aby niczego nie zapomniałam i dla pewności zerkałam na listę zawieszoną na lodówce, przypominającą o zabraniu rzeczy używanych na co dzień, które nie czekały spakowane w torbie.
W dniu wyjazdu do szpitala emocje hulały już tak bardzo, że nie byłam w stanie się na niczym skupić. Zerkałam tylko na zegarek, spędzając kolejne minuty na radosnym oczekiwaniu i odliczałam czas do wyjścia. Czułam, że zbliża się coś naprawdę ważnego. Jednocześnie trochę nieswojo było mi ze świadomością, że opuszczam dom z dużym brzuchem, a wrócę bez. Zrobiłam sobie nawet zdjęcie przy drzwiach wyjściowych upamiętniające ostatnie chwile w ciąży. Trochę sztywne, bo trzymam za klamkę i udaję, że robię krok przez próg, ale uśmiech jest tak autentyczny, że warto było go uchwycić!
... start!
Gdy tylko wybiła godzina zero, niezwłocznie ruszyłam z bloków startowych. W samochodzie wciąż nie mogłam rozluźnić twarzy naciągniętej przez nienaturalnie długo trwający uśmiech.
A więc to już się dzieje - pomyślałam - właśnie teraz...
Przez chwilę czułam się jak aktorka odgrywająca rolę niewiele mającą wspólnego z jej prawdziwym życiem. Wszystko wydawało mi się takie nowe, jakby nie moje. I chyba tylko dobrze znany dreszcz ekscytacji upewniał mnie, że to stuprocentowo moje życie.
Podwójne życie.
fot.www.pks-krosno.pl
fot.www.fr.wikipedia.org
Trasa przebiegała przez Kraków, gdzie był najdłuższy, bo 20 minutowy postój, w czasie którego zawsze udało mi się naciągnąć babcię na zakup co najmniej jednego obważanka na dworcowym straganie... :)
Do biegu, gotowi...
Choć nie przepadałam za porannym wstawaniem (zwłaszcza na wakacjach), wyrobienie się na autobus odjeżdżający o 5.45 z centrum miasta, do którego trzeba było wcześniej dojechać autobusem miejskim, nie stanowiło większego problemu. Już wieczorem dnia poprzedniego bywałam tak podekscytowana zbliżającą się podróżą, że trudno było mi zasnąć. Pamiętam też chwilę przed wyjściem z domu, tuż po zjedzeniu śniadania i upewnieniu się, że torba jest spakowana i że niczego nie zapomniałam. W momencie przytaknięcia, że jestem gotowa do drogi, ogarniała mnie wielka ekscytacja, choć do wyjścia jeszcze zostawało parę minut (babcia zawsze miała pewien zapas czasowy na wypadek, gdyby wnusia trochę dłużej się wybierała :)). W tym krótkim czasie, który dłużył mi się niemiłosiernie, nie umiałam już znaleźć sobie miejsca. Bo niby czymże miałabym wypełnić ten czas oczekiwania? Cieszyłam się tylko jak szalona, przestępując z nogi na nogę i raz po raz dopytując babcię, czy przypadkiem nie musimy już wyjść...
I właśnie tamte scenki sprzed lat stanęły mi przed oczami, gdy zaczęłam odczuwać ekscytację przed wyjazdem do szpitala. Choć od podróży ze świętej pamięci Babcią minęło już wiele lat, doskonale pamiętam jak wspaniale się wtedy czułam. Dokładnie te same emocje towarzyszyły mi w chwili, gdy dopakowywałam torbę do szpitala, rozglądając się po mieszkaniu, czy aby niczego nie zapomniałam i dla pewności zerkałam na listę zawieszoną na lodówce, przypominającą o zabraniu rzeczy używanych na co dzień, które nie czekały spakowane w torbie.
W dniu wyjazdu do szpitala emocje hulały już tak bardzo, że nie byłam w stanie się na niczym skupić. Zerkałam tylko na zegarek, spędzając kolejne minuty na radosnym oczekiwaniu i odliczałam czas do wyjścia. Czułam, że zbliża się coś naprawdę ważnego. Jednocześnie trochę nieswojo było mi ze świadomością, że opuszczam dom z dużym brzuchem, a wrócę bez. Zrobiłam sobie nawet zdjęcie przy drzwiach wyjściowych upamiętniające ostatnie chwile w ciąży. Trochę sztywne, bo trzymam za klamkę i udaję, że robię krok przez próg, ale uśmiech jest tak autentyczny, że warto było go uchwycić!
... start!
Gdy tylko wybiła godzina zero, niezwłocznie ruszyłam z bloków startowych. W samochodzie wciąż nie mogłam rozluźnić twarzy naciągniętej przez nienaturalnie długo trwający uśmiech.
A więc to już się dzieje - pomyślałam - właśnie teraz...
Przez chwilę czułam się jak aktorka odgrywająca rolę niewiele mającą wspólnego z jej prawdziwym życiem. Wszystko wydawało mi się takie nowe, jakby nie moje. I chyba tylko dobrze znany dreszcz ekscytacji upewniał mnie, że to stuprocentowo moje życie.
Podwójne życie.
fot.www.pks-krosno.pl
fot.www.fr.wikipedia.org
poniedziałek, 30 września 2013
Powrót do dzieciństwa
Czy każdy dorosły ma taki etap w życiu, że w czasie oczekiwania na potomka wspomina swoje własne dzieciństwo?
Mnie ostatnio zaczęły się przypominać bajki, na których się wychowałam. Kiedyś wydawało mi się, że wraz z końcem emisji danej serii przez stację telewizyjną, nie ma już szansy powrócić do ulubionych kreskówek (no chyba, że upamiętnionych na kasetach VHS). Jakim więc było szokiem przekonanie się, że aktualnie w internecie mogę znaleźć absolutnie WSZYSTKO.
Podróż w czasie
Tytuł po tytule zaczęłam wyszukiwać na YouTube kolejne bajki, a jeszcze dodatkowo funkcja "powiązane wyniki" sprawiła, że odnalazłam chyba wszystkie bajki mojego dzieciństwa! Oczywiście nie wystarczyło znaleźć odpowiedni tytuł - chodziło jeszcze o zgodność wersji językowej i głosu lektora z tymi zapamiętanymi przed laty.
Wielką skarbnicą bajek była POLONIA 1. To ta stacja emitowała takie seriale jak "Generał Daimos", "Yattaman", "W królestwie kalendarza", "Księga dżungli". Ja oglądałam oczywiście same dziewczyńskie bajki, męska część widowni dopisałaby do tej listy jeszcze "Gigi La Trottola" czy "Tygrysia maska".
Były też bajki wyświetlane w porze Dobranocki na TVP1. Pamiętam, że w tygodniu wieczorynka trwała 10 minut, a w niedzielę aż 20 - i to była prawdziwa uczta małego kinomana. Wtedy można było zobaczyć "Smerfy", "Brygadę RR" albo "Gumisie" :)
Moimi ulubionymi bajkami były "Wiewiórcze opowieści" i "Wiwat skrzaty", choć jak teraz sobie je odświeżam z pomocą YT, to nie mam pojęcia, dlaczego właśnie one tak podbiły moje dziecięce serce :)
Był jeszcze "Ostatni jednorożec" - pełnometrażowa bajka, która musiała się na dobre wryć w moją psychikę, skoro później przez dłuższy czas motywem przewodnim moich rysunków był biały koń z rogiem :)
Ah, wspomnienia...
Wczoraj i dziś
Przy robieniu przeglądu bajek zastanawiałam się, czy którąkolwiek z nich będę w stanie zainteresować własne dziecko. Czy będą w jakikolwiek sposób konkurencyjne dla współczesnych produkcji? Szczerze powiedziawszy już dawno temu straciłam rachubę, co się teraz ogląda. I tylko gadżety typu parasol "Pokemon" albo balon z motywem "Hello Kitty" od czasu do czasu uświadamiają mi, że nic nie wiem o aktualnych ulubieńcach najmłodszej widowni.
Do czasu :)
fot.www.serienoldies.de
fot.www.transatlantyk.org
Subskrybuj:
Posty (Atom)





