Po optymalizacji diety, aktywność fizyczna jest drugim elementem stylu życia, na którym chcę się teraz skupić. Nigdy nie byłam "kanapowcem", dla którego ruch jest problemem, więc spodziewam się, że po znalezieniu odpowiedniej formy aktywności, bez większych przeszkód zachowam formę.
Zapoznałam się już z ofertą zajęć dla kobiet w ciąży w mojej okolicy, konsultowałam się też z trenerką personalną. Wszyscy zalecali ostrożność w pierwszym trymestrze i zachęcali, aby zgłosić się ponownie nie wcześniej niż po 12 tygodniu ciąży.
Nie bardzo chcę sobie fundować taką bezczynność, więc zaczęłam poszukiwania na własną rękę - w internecie. Jakoś tak mam poczucie, że liczy się każdy dzień i im wcześniej zacznę, tym lepiej. Właściwie nie chodzi o jakiś przełom, bo chodzę na szybkie spacery lub nordic walking, więc kilka razy w tygodniu zapewniam sobie ruch na świeżym powietrzu. Szukam raczej ćwiczeń, które są zalecane w ciąży dla wzmocnienia określonych grup mięśni, czy dla ogólnego przygotowania organizmu na nadchodzące zmiany.
Zaczęłam od przeglądania rodzimych nagrań video pod hasłami: ćwiczenia/fitness/joga/pilates dla kobiet w ciąży. Rezultaty? Być może nie przyłożyłam się zbytnio do tych poszukiwań, albo zadawałam googlowi niewłaściwe pytania, ale wyniki nie były szczególnie satysfakcjonujące. Nie znaczy to, że filmów nie było - przeciwnie, całkiem ich sporo. Niestety z żadną z pań trenerek nie miałabym ochoty ćwiczyć. A to dla mnie kluczowa sprawa - jeśli już mam uprawiać jakiś sport, to po pierwsze muszę lubić dyscyplinę, a po drugie do ćwiczeń chcę podchodzić z entuzjazmem, a nie przymusem.
Nie będę wyliczać, co nie przypadło mi do gustu, w zamian napiszę, dlaczego przekonały mnie zagraniczne filmiki.
Po pierwsze bardziej profesjonalne nagrania, najczęściej na sali fitness, dobrze nagłośnione (wyraźnie słyszę, co mówi instruktorka). Po drugie, i chyba ważniejsze, trenerki są: uśmiechnięte, wysportowane, kolorowo ubrane - aż miło popatrzeć, więc i od razu samemu chce się ćwiczyć. Po prostu.
Gdy widzę osoby, którym to co robią sprawa przyjemność, od razu czuję się zachęcona, żeby też spróbować. Wtedy nie muszą nawet mówić, że warto ćwiczyć dla lepszego samopoczucia, ponieważ ich uśmiech i zaangażowanie mówią sam za siebie. Niestety w czasie oglądania filmików z udziałem bardziej flegmatycznych instruktorek ani przez chwilę nie miałam ochoty wziąć hantla do ręki.
Dopóki nie zaczęłam szukać, nie miałam pojęcia, jakie mam oczekiwania i potrzeby w zakresie ćwiczeń (mówiąc wprost, nie zdawałam sobie sprawy, że jestem taka wybredna! :)). Teraz już wiem, że chętniej ćwiczę patrząc na kobiety energiczne, sprawne i zadowolone, niż powolniejsze, w wyciągniętym t-shircie.
Nie podejrzewałam, że ma to dla mnie aż takie znaczenie, a jednak - chyba głównie dla wzbudzenia motywacji. A odpowiednia motywacja może się okazać niezbędna, gdy będę miała gorszy dzień, albo "leniwca" :)
Podaję przykładowe linki do moich znalezisk:
>> 10 Minute Arm Workout
>> Leg and Butt Workout
>> Prenatal Workout
fot.www.fitsugar.com
wtorek, 24 września 2013
sobota, 21 września 2013
Szkoła rodzenia, uczenia czy straszenia?
Jeszcze dobrze nie zdążyłam się zastanowić, czy będę chciała uczestniczyć w zajęciach szkoły rodzenia, a już zostałam do niej skutecznie zniechęcona. Wszystko zaczęło się od znajomej, którą spotkałam wracającą z kolejnego spotkania w szkole rodzenia. Jej mina mówiła sama za siebie, ale dla jasności musiałam dopytać, czy było aż tak źle.
Potęga ciężarnej wyobraźni
No i cóż - tym razem zajęcia dotyczyły karmienia piersią i osoby prowadzące chyba nie do końca wzięły pod uwagę, że forma podania mało optymistycznych informacji ma ogromne znaczenie dla ich odbioru. Zwłaszcza w przypadku kobiet w ciąży, dla których stres jest raczej mało wskazany, a zatem oddziaływanie strachem średnio trafionym pomysłem.
Znajoma wyglądała na przerażoną i zniesmaczoną jednocześnie. Opowiadała o filmie puszczonym w szkole, na którym kobiece piersi wyglądały jak jedna wielka mleczarnia sięgająca kolan, a prowadząca raz po raz wtrącała soczyste komentarze o tym, że "będziecie płakały z bólu przy karmieniu, ale nie ma nic piękniejszego"... A że mnie nie trzeba wiele, to moja wyobraźnia szybko podążyła za słowami znajomej i oto zobaczyłam w głowie wizerunek murzynki z dzikiego plemienia, która nigdy nie nosiła biustonosza, z piersiami leżącymi na brzuchu i sięgającymi co najmniej pasa. Taaa, bardzo zachęcająca przyszłość. Natomiast ową prowadzącą ze szkoły rodzenia wyobraziłam sobie jako nawiedzoną posłankę dobrej nowiny, której życiową misją jest promowanie kampanii pod hasłem: "albo w pokorze i z uśmiechem na twarzy znosisz torturę karmienia piersią, albo nie masz prawa nazywać siebie matką!". No bo że butelka absolutnie nie wchodzi w grę, nie muszę dodawać?
Porażona tą opowieścią czym prędzej wygadałam się kuzynce (która karmiła dziecko przez 8 miesięcy) przebywającej za granicą, ciekawa jak tamtejsze kobiety zapatrują się na tą kwestię. Krótko i na temat powiedziała: "Wyluzuj, nie jest tak źle. A zawsze możesz podejść do tematu jak Francuzki - nie karmią, bo to źle robi na piersi" :)
Odpowiedź była strzałem w dziesiątkę, bo zyskałam trochę dystansu do sprawy. Jak już się bardziej uspokoiłam, zaczęłam się zastanawiać, gdzie znajduje się granica poświęcenia. Mojego poświęcenia w ogóle i poświęcenia dla dziecka. Czyż już sama decyzja o ciąży, bądź co bądź zmieniającej trochę ciało, nie jest przejawem wyjścia poza własny egocentryzm i ukłonem w stronę nowego człowieka? Jeśli dodatkowo wezmę pod uwagę, że okres połogu to też nie bułka z masłem, a całkowita rekonwalescencja rozłożona jest na kilka miesięcy po porodzie, to mam wrażenie, że wydając na świat dziecko, kobieta daje z siebie naprawdę sporo.
Spodziewaj się niespodziewanego!
W podobnym czasie rozmawiałam z koleżanką, która wspominając swoją pierwszą ciążę powiedziała, że do szkoły rodzenia nie chodziła. "Przygotowują cię na coś konkretnego, a ty i tak nie wiesz, jaki będzie rozwój wydarzeń w twoim przypadku. Uczysz się specjalnego oddychania, a na porodówce lekarz ci powie "proszę nie oddychać, bo dziecko ma obrzęk głowy i będzie cesarka". I na co ci cała edukacja?".
Inna znajoma zachwalała zajęcia w szkole rodzenia w swoim mieście ze względu na praktyczne informacje i oswojenie z tematem w czasie ciąży. Jednak zapytana po porodzie, czy faktycznie skorzystała z tej wiedzy, powiedziała, że nie. Na porodówce postawiła na współpracę z położną, bo i tak nic przydatnego jej się w tym momencie nie przypominało. Zaproponowała, że może mi skserować notatki ze szkoły, bo właściwie uczestnicząc w zajęciach osobiście i tak nie będę w stanie "nauczyć się rodzenia". Po kilku takich opiniach doszłam do wniosku, że wartość szkoły rodzenia wyraża się głównie w zabezpieczeniu informacyjnym. A wiedząc więcej mogę być spokojna, że po pierwsze - wiem, co się ze mną dzieje teraz, a po drugie - nie spanikuję później, gdyż będę przygotowana, przynajmniej teoretycznie, na to, co nastąpi. Nie ma tu obietnicy, że dzięki tej wiedzy poród będzie łatwiejszy, ani że psychicznie lepiej poradzę sobie z sytuacją.
To zależy od człowieka - niektórzy im wiedzą więcej, tym mają poczucie większej kontroli nad sytuacją. Inni lepiej radzą sobie na bieżąco, bez uprzedniego nastawiania się miesiącami na to, co na się wydarzyć.
Czego oczy nie widzą... Jakim typem jestem ja? Cóż, na dzień dzisiejszy nie garnę się do wertowania książek, podrzuconych przez kobiety-matki z rodziny. Nie, żebym nie próbowała. Otworzyłam ze dwa razy książkę w dowolnym miejscu i gdy moim oczom ukazała się lista zmian, które może zaobserwować kobieta w swoim ciele np. w 6. miesiącu, stchórzyłam. Jakoś wizja wszechobecnych żylaków mało mi współgra z radością, którą aktualnie odczuwam na myśl, że rośnie we mnie mały człowieczek. Dlatego na razie podaruję sobie te lektury. Podobnie ze szkołą rodzenia - opowieści i filmy o karmieniu nie są tym, czego teraz mi najbardziej potrzeba. Jak już będzie tak daleko, zmierzę się z tym, ale to nie znaczy, że muszę myśleć o tym już dziś. Tym bardziej, że moje nastawienie jest w tej chwili negatywne, co nie służy ani mnie, ani dziecku. Jak dobrze być świadomym swoich potrzeb!
fot.www.deon.pl
fot.www.wiadomosci.onet.pl
Znajoma wyglądała na przerażoną i zniesmaczoną jednocześnie. Opowiadała o filmie puszczonym w szkole, na którym kobiece piersi wyglądały jak jedna wielka mleczarnia sięgająca kolan, a prowadząca raz po raz wtrącała soczyste komentarze o tym, że "będziecie płakały z bólu przy karmieniu, ale nie ma nic piękniejszego"... A że mnie nie trzeba wiele, to moja wyobraźnia szybko podążyła za słowami znajomej i oto zobaczyłam w głowie wizerunek murzynki z dzikiego plemienia, która nigdy nie nosiła biustonosza, z piersiami leżącymi na brzuchu i sięgającymi co najmniej pasa. Taaa, bardzo zachęcająca przyszłość. Natomiast ową prowadzącą ze szkoły rodzenia wyobraziłam sobie jako nawiedzoną posłankę dobrej nowiny, której życiową misją jest promowanie kampanii pod hasłem: "albo w pokorze i z uśmiechem na twarzy znosisz torturę karmienia piersią, albo nie masz prawa nazywać siebie matką!". No bo że butelka absolutnie nie wchodzi w grę, nie muszę dodawać?
Porażona tą opowieścią czym prędzej wygadałam się kuzynce (która karmiła dziecko przez 8 miesięcy) przebywającej za granicą, ciekawa jak tamtejsze kobiety zapatrują się na tą kwestię. Krótko i na temat powiedziała: "Wyluzuj, nie jest tak źle. A zawsze możesz podejść do tematu jak Francuzki - nie karmią, bo to źle robi na piersi" :)
Odpowiedź była strzałem w dziesiątkę, bo zyskałam trochę dystansu do sprawy. Jak już się bardziej uspokoiłam, zaczęłam się zastanawiać, gdzie znajduje się granica poświęcenia. Mojego poświęcenia w ogóle i poświęcenia dla dziecka. Czyż już sama decyzja o ciąży, bądź co bądź zmieniającej trochę ciało, nie jest przejawem wyjścia poza własny egocentryzm i ukłonem w stronę nowego człowieka? Jeśli dodatkowo wezmę pod uwagę, że okres połogu to też nie bułka z masłem, a całkowita rekonwalescencja rozłożona jest na kilka miesięcy po porodzie, to mam wrażenie, że wydając na świat dziecko, kobieta daje z siebie naprawdę sporo.
Spodziewaj się niespodziewanego!
W podobnym czasie rozmawiałam z koleżanką, która wspominając swoją pierwszą ciążę powiedziała, że do szkoły rodzenia nie chodziła. "Przygotowują cię na coś konkretnego, a ty i tak nie wiesz, jaki będzie rozwój wydarzeń w twoim przypadku. Uczysz się specjalnego oddychania, a na porodówce lekarz ci powie "proszę nie oddychać, bo dziecko ma obrzęk głowy i będzie cesarka". I na co ci cała edukacja?".
Inna znajoma zachwalała zajęcia w szkole rodzenia w swoim mieście ze względu na praktyczne informacje i oswojenie z tematem w czasie ciąży. Jednak zapytana po porodzie, czy faktycznie skorzystała z tej wiedzy, powiedziała, że nie. Na porodówce postawiła na współpracę z położną, bo i tak nic przydatnego jej się w tym momencie nie przypominało. Zaproponowała, że może mi skserować notatki ze szkoły, bo właściwie uczestnicząc w zajęciach osobiście i tak nie będę w stanie "nauczyć się rodzenia". Po kilku takich opiniach doszłam do wniosku, że wartość szkoły rodzenia wyraża się głównie w zabezpieczeniu informacyjnym. A wiedząc więcej mogę być spokojna, że po pierwsze - wiem, co się ze mną dzieje teraz, a po drugie - nie spanikuję później, gdyż będę przygotowana, przynajmniej teoretycznie, na to, co nastąpi. Nie ma tu obietnicy, że dzięki tej wiedzy poród będzie łatwiejszy, ani że psychicznie lepiej poradzę sobie z sytuacją.
To zależy od człowieka - niektórzy im wiedzą więcej, tym mają poczucie większej kontroli nad sytuacją. Inni lepiej radzą sobie na bieżąco, bez uprzedniego nastawiania się miesiącami na to, co na się wydarzyć.
Czego oczy nie widzą... Jakim typem jestem ja? Cóż, na dzień dzisiejszy nie garnę się do wertowania książek, podrzuconych przez kobiety-matki z rodziny. Nie, żebym nie próbowała. Otworzyłam ze dwa razy książkę w dowolnym miejscu i gdy moim oczom ukazała się lista zmian, które może zaobserwować kobieta w swoim ciele np. w 6. miesiącu, stchórzyłam. Jakoś wizja wszechobecnych żylaków mało mi współgra z radością, którą aktualnie odczuwam na myśl, że rośnie we mnie mały człowieczek. Dlatego na razie podaruję sobie te lektury. Podobnie ze szkołą rodzenia - opowieści i filmy o karmieniu nie są tym, czego teraz mi najbardziej potrzeba. Jak już będzie tak daleko, zmierzę się z tym, ale to nie znaczy, że muszę myśleć o tym już dziś. Tym bardziej, że moje nastawienie jest w tej chwili negatywne, co nie służy ani mnie, ani dziecku. Jak dobrze być świadomym swoich potrzeb!
fot.www.deon.pl
fot.www.wiadomosci.onet.pl
piątek, 20 września 2013
Dieta mać!
I nadejszla wiekopomna chwila, w której wszystkie moje ambitne plany dietetyczne legły w gruzach.
Przyszedł smak i nie było na niego mocnych. Złamałam przy tym wszelkie zasady świadomego i zdrowego odżywiania w ciąży: nie był ani przygotowany w domu, ani kupiony w pewnym i sprawdzonym miejscu, ani niskotłuszczowy, ani ze zwiększoną ilością warzyw. No i przede wszystkim - w ogóle BYŁ.
Mój pierwszy hamburger (sic!)
Na nic się zdała świadomość, że to sam cukier, tłuszcz i bomba kaloryczna o znikomej wartości odżywczej.
fot.www.babyonline.pl
Przyszedł smak i nie było na niego mocnych. Złamałam przy tym wszelkie zasady świadomego i zdrowego odżywiania w ciąży: nie był ani przygotowany w domu, ani kupiony w pewnym i sprawdzonym miejscu, ani niskotłuszczowy, ani ze zwiększoną ilością warzyw. No i przede wszystkim - w ogóle BYŁ.
Mój pierwszy hamburger (sic!)
Na nic się zdała świadomość, że to sam cukier, tłuszcz i bomba kaloryczna o znikomej wartości odżywczej.
fot.www.babyonline.pl
czwartek, 19 września 2013
Zostałam zwoooolniooooonaaaaaaa....
Znacie to uczucie, gdy jakaś zewnętrzna siła/tajemna moc odbiera Wam energię do życia i zwalnia obroty?
Nie, właściwie to nie żadna zewnętrzna, tylko wewnętrzna siła, bo płynąca z wnętrza własnego organizmu.
Mam wrażenie, że nagle ktoś wtargnął w moje życie i mi tu próbuje zaburzyć dotychczasowy ład. Ktoś chce przejąć kontrolę nad moim stylem życia: ilością snu, przyjmowanego pożywienia, a nawet zasobami energii jaką dysponuję w ciągu dnia!
Hej, nie zgadzam się! Chcę funkcjonować jak dotychczas, bez takich tam...ziewania w ciągu dnia i popołudniowych drzemek!
(kilka dni później...)
OK, już dobrze, dobrze. Po prostu trudno mi przyjąć, że jesteś jeszcze taki malutki/taka malutka a już dyktujesz swoje warunki :) Daj mi trochę czasu na oswojenie się z tymi zmianami, dobrze?
fot.www.wiadomosci.dlastudenta.pl
środa, 18 września 2013
Haribo...
...macht Kinder froh und Erwachsene ebenso!*
Drugie USG pokazało, że fasolka przepoczwarzyła się w istotkę z wyodrębnioną głową i zawiązkami kończyn, do złudzenia przypominającą miśka Haribo!
Jak nic, pasuje mi tu hasło reklamowe najpopularniejszych żelków, bo radość dorosłych (rodziców) na widok obrazu na monitorze była przeogromna :)
* niestety w polskiej wersji nie stworzono odpowiednika tego hasła, który oddawałby sens z zachowaniem rymu, więc podaruję sobie tłumaczenie...
fot.www.serendipitybliss.wordpress.com
Drugie USG pokazało, że fasolka przepoczwarzyła się w istotkę z wyodrębnioną głową i zawiązkami kończyn, do złudzenia przypominającą miśka Haribo!
Jak nic, pasuje mi tu hasło reklamowe najpopularniejszych żelków, bo radość dorosłych (rodziców) na widok obrazu na monitorze była przeogromna :)
* niestety w polskiej wersji nie stworzono odpowiednika tego hasła, który oddawałby sens z zachowaniem rymu, więc podaruję sobie tłumaczenie...
fot.www.serendipitybliss.wordpress.com
Subskrybuj:
Posty (Atom)






