Rzadko zdarza mi się oglądać dwa razy ten sam film, zwłaszcza w krótkim odstępie czasu. Jednak gdy zobaczyłam zapowiedź "Jak urodzić i nie zwariować", wiedziałam, że muszę go znów zobaczyć!
Pierwszy raz widziałam go około roku temu - a więc jeszcze przed ciążą. I mimo, że była to komedia, w wielu momentach wcale nie było mi do śmiechu. Ba, wiele scen wyraźnie mnie drażniło. No bo po co pokazywać te biedne ciężarne kobiety w tak wstydliwych sytuacjach? Po co sceny z niekontrolowaną fizjologią, albo darcie się na porodówkach? Nie tylko mnie to nie śmieszyło, ale wręcz zniechęcało.
Po drugiej stronie barykady
Powtórne oglądanie przyniosło całkowicie przeciwstawne reakcje. Po przebytej ciąży i porodzie, gdy już na własnej skórze doświadczyłam wielu sytuacji przedstawionych w filmie, komedia wydała mi się pierwszorzędna! Boki zrywałam patrząc na bohaterki i przypominając sobie siebie w różnych bardziej i mniej poradnych akcjach z brzuchem w roli głównej.
I tak oto punkt widzenia zależy od punktu siedzenia :)
fot.www.gandalf.com.pl
niedziela, 18 maja 2014
sobota, 17 maja 2014
Jak zmieniło się moje życie
W zaległych mailach do odpisania ciągle wisi mi jeden z pytaniem o to, jak zmieniło się życie, odkąd jesteśmy we trójkę. Mam się wypowiedzieć ze wskazaniem punktu na skali od "w ogóle wcale nic - ani tyci" do "radykalnie".
I jeszcze chyba trochę pozwlekam z odpowiedzią, ponieważ sama ciągle jej sobie jej nie udzieliłam.
99% rodziców, których znam, wspomina, że życie zmieniło się diametralnie. Niektórzy twierdzą nawet, że była to absolutnie największa zmiana w życiu. A ja nie jestem o tym przekonana. Bo choć mamy nowego członka rodziny, to przecież wiele rzeczy pozostało niezmiennych. Oczywiście trzeba się nauczyć na nowo funkcjonować w nowej rzeczywistości, ale to nie jest tak, że zmieniło się wszystko.
A może właśnie zmieniło się wszystko, tylko tak bardzo przyzwyczaiłam się do układu 2+1, że już zapomniałam, jak było wcześniej?
fot.www.channelpro.c.uk
I jeszcze chyba trochę pozwlekam z odpowiedzią, ponieważ sama ciągle jej sobie jej nie udzieliłam.
99% rodziców, których znam, wspomina, że życie zmieniło się diametralnie. Niektórzy twierdzą nawet, że była to absolutnie największa zmiana w życiu. A ja nie jestem o tym przekonana. Bo choć mamy nowego członka rodziny, to przecież wiele rzeczy pozostało niezmiennych. Oczywiście trzeba się nauczyć na nowo funkcjonować w nowej rzeczywistości, ale to nie jest tak, że zmieniło się wszystko.
A może właśnie zmieniło się wszystko, tylko tak bardzo przyzwyczaiłam się do układu 2+1, że już zapomniałam, jak było wcześniej?
fot.www.channelpro.c.uk
czwartek, 15 maja 2014
Bo dzieci czasami płaczą
Pierwsze dni i tygodnie to okres intensywnej nauki. My uczymy się dziecka, dziecko uczy się nas. Nie mamy żadnego podręcznika, który byłby napisany stricte o naszym synku. Dlatego godzina po godzinie, dzień po dniu staramy się na podstawie obserwacji malucha, jak również naszych wzajemnych interakcji, dowiedzieć o nim czegoś nowego.
Gdy ciągle nie wiemy, na ile dobrze interpretujemy sygnały wysyłane przez dziecko, nie ma nic bardziej drażniącego, niż pytanie padające od kogoś z zewnątrz:
"A dlaczego ono płacze?"
Dlaczego to tak denerwuje? Już sam płacz dziecka jest sytuacją stresującą, gdyż powoduje u rodzica zwiększenie poziomu adrenaliny. Wiadomo, że gdyby rodzice znali powód płaczu, to z pewnością potrafiliby adekwatnie zareagować. A skoro tak się nie dzieje, to znaczy, że próbują po omacku, wykluczając po kolei możliwe przyczyny. Gdy więc w takiej chwili ktoś jeszcze głośno zadaje pytanie, na które sami ciągle nie znają odpowiedzi, to już oliwa do ognia dolana.
Kiedy w stosunku do mnie po raz pierwszy padło to pytanie, miałam ochotę odpowiedzieć: "a zapytaj go sam/sama". Ale powstrzymałam się, żeby nie prowokować kolejnych pytań, na przykład: "a to nie wiesz?". Wiecie, chodzi mi o tą szczególną formę pytania, które zwykle zadaje się z niedowierzaniem i oburzeniem jednocześnie: "to jesteś matką tego dziecka i nie wiesz?!".
Pomyślałam wtedy, że dużo bym dała, żeby takich pytań w przyszłości unikać. Myśl bardzo naiwna, bo to przecież niemożliwe. Musiałabym odseparować dziecko od ludzi, co z pewnością nie byłoby dobre dla społecznego rozwoju malucha. I dla mnie też.
Nie wiem
Jakaś alternatywa? Chyba tylko jedna. Jeżeli nie mogę wpłynąć na bodźce płynące z otoczenia, to mogę kontrolować swoje reakcje na nie. Czyli asertywność się kłania.
W praktyce mogłabym spokojnie wysłuchać czyjegoś komentarza i uczciwie odpowiedzieć, że nie wiem. Nie wiem, dlaczego płacze. I zamiast oczekiwać karcącego spojrzenia zwyczajnie przyznać, że jeszcze dobrze nie rozpoznaję rodzajów płaczu, bo mam za mało doświadczenia. I mam święte prawo do tej niewiedzy. Po prostu.
Piszę "po prostu", ale takie proste to wcale nie jest. Gdy człowiek jest niewyspany, zmęczony i sfrustrowany swoją niemocą, to o niekontrolowany wybuch emocji (wywołany zaledwie jednym niewinnym pytaniem) nie trudno. Tylko że to bez sensu, zwłaszcza że intencje tej osoby zwykle nie są złe. Ot, wyraz troski o wrzeszczącego malucha (żeby sobie gardełka nie zdarło, albo pępka nie wypchnęło), albo rozpaczliwa prośba o uciszenie go, bo bębenki w uszach pękają.
Czyli wniosek jest jeden: odświeżyć wiedzę z kursu asertywności i trenować w praktyce, bo okazji będzie wiele!
PS. Jeszcze ewentualnie można sytuację rozegrać z przymrużeniem oka odpowiadając "głodzę je, to płacze" (metoda doświadczonych mam), ale trzeba tu uważać z kim się rozmawia, żeby jakiś donos o znęcaniu się nie poszedł do odpowiednich instytucji :]
fot.www.mommyish.com
Gdy ciągle nie wiemy, na ile dobrze interpretujemy sygnały wysyłane przez dziecko, nie ma nic bardziej drażniącego, niż pytanie padające od kogoś z zewnątrz:
"A dlaczego ono płacze?"
Dlaczego to tak denerwuje? Już sam płacz dziecka jest sytuacją stresującą, gdyż powoduje u rodzica zwiększenie poziomu adrenaliny. Wiadomo, że gdyby rodzice znali powód płaczu, to z pewnością potrafiliby adekwatnie zareagować. A skoro tak się nie dzieje, to znaczy, że próbują po omacku, wykluczając po kolei możliwe przyczyny. Gdy więc w takiej chwili ktoś jeszcze głośno zadaje pytanie, na które sami ciągle nie znają odpowiedzi, to już oliwa do ognia dolana.
Kiedy w stosunku do mnie po raz pierwszy padło to pytanie, miałam ochotę odpowiedzieć: "a zapytaj go sam/sama". Ale powstrzymałam się, żeby nie prowokować kolejnych pytań, na przykład: "a to nie wiesz?". Wiecie, chodzi mi o tą szczególną formę pytania, które zwykle zadaje się z niedowierzaniem i oburzeniem jednocześnie: "to jesteś matką tego dziecka i nie wiesz?!".
Pomyślałam wtedy, że dużo bym dała, żeby takich pytań w przyszłości unikać. Myśl bardzo naiwna, bo to przecież niemożliwe. Musiałabym odseparować dziecko od ludzi, co z pewnością nie byłoby dobre dla społecznego rozwoju malucha. I dla mnie też.
Nie wiem
Jakaś alternatywa? Chyba tylko jedna. Jeżeli nie mogę wpłynąć na bodźce płynące z otoczenia, to mogę kontrolować swoje reakcje na nie. Czyli asertywność się kłania.
W praktyce mogłabym spokojnie wysłuchać czyjegoś komentarza i uczciwie odpowiedzieć, że nie wiem. Nie wiem, dlaczego płacze. I zamiast oczekiwać karcącego spojrzenia zwyczajnie przyznać, że jeszcze dobrze nie rozpoznaję rodzajów płaczu, bo mam za mało doświadczenia. I mam święte prawo do tej niewiedzy. Po prostu.
Piszę "po prostu", ale takie proste to wcale nie jest. Gdy człowiek jest niewyspany, zmęczony i sfrustrowany swoją niemocą, to o niekontrolowany wybuch emocji (wywołany zaledwie jednym niewinnym pytaniem) nie trudno. Tylko że to bez sensu, zwłaszcza że intencje tej osoby zwykle nie są złe. Ot, wyraz troski o wrzeszczącego malucha (żeby sobie gardełka nie zdarło, albo pępka nie wypchnęło), albo rozpaczliwa prośba o uciszenie go, bo bębenki w uszach pękają.
Czyli wniosek jest jeden: odświeżyć wiedzę z kursu asertywności i trenować w praktyce, bo okazji będzie wiele!
PS. Jeszcze ewentualnie można sytuację rozegrać z przymrużeniem oka odpowiadając "głodzę je, to płacze" (metoda doświadczonych mam), ale trzeba tu uważać z kim się rozmawia, żeby jakiś donos o znęcaniu się nie poszedł do odpowiednich instytucji :]
fot.www.mommyish.com
poniedziałek, 12 maja 2014
Matki karmiącej metoda na głoda
Dieta matki karmiącej w moim wydaniu jest ni mniej ni więcej tylko wszystkim tym, co zdołam przygotować w przerwach od opieki nad dzieckiem i spożyć w czasie posiłków malucha.
W tym miejscu muszę uczciwie zaznaczyć, że taki system jedzeniowy został wprowadzony w życie dopiero po ok. 2 tygodniach od porodu. Wcześniej 90% posiłków przygotowywał mąż z tej prostej przyczyny, że ja prawie nie wychodziłam z pokoju, w którym zajmowałam się dzieckiem. Ale i wtedy jadałam razem z maluchem, żeby w krótkich przerwach między karmieniami choć na chwilę zmrużyć oko.
I jeszcze słówko o płynach. Po kilku dniach wypijania zimnej herbaty (bo zawsze coś, a raczej ktoś uniemożliwił mi wypicie ciepłej zaraz po zaparzeniu) postanowiłam skorzystać z wynalazku, jakim jest termos. Dzięki temu nie tylko za dnia, ale i przy każdym nocnym wstawaniu mogę napić się czegoś ciepłego. Bo niestety samej wody na pewnym etapie organizm już nie przyswaja.
I tu stawiam kropkę, bo już mi burczy w brzuchu...
fot.www.polki.pl
Cały myk polega na tym, żeby zaraz po odłożeniu dziecka do łóżka popędzić do kuchni i upitrasić coś możliwie zdrowego i sytego oraz dostarczyć talerz(e) w miejsce karmienia dziecka, a następnie skonsumować wtedy, kiedy dziecko będzie karmione. Zaoszczędzony w ten sposób cenny czas można wykorzystać na wiele różnych sposobów. A im mniej czasu, tym więcej pomysłów na jego spędzenie :)
Strategia ta ma jednak swoje wady.
Przede wszystkim trzeba być bardzo sprawnym manualnie, najlepiej oburącz (a ja jestem tylko praworęczna). Ułatwia to przenoszenie pokarmu na łyżce lub widelcu z talerza do ust tak, aby nic nie spadło na dziecko przystawione do piersi, leżące dokładnie pomiędzy mną a talerzem. Z tego względu jedzenie nie może być zbyt gorące, bo gdyby jednak jakiś kęs upadł, mógłby poparzyć dziecko. Nie może być też zbyt kruche, w przypadku choćby pieczywa, tak aby okruchy nie opadały na dziecko, które póki co powinno się zadowolić samym mlekiem, a nie mlekiem z kruszonką. No i w końcu trzeba mieć podzielną uwagę, żeby odróżnić własne przełykanie od gulgania dziecka po to, aby móc kontrolować ilość przyjmowanego przezeń pokarmu.
Poza tymi drobnymi niedogodnościami, strategia ma same zalety. Przede wszystkim matka nie chodzi głodna. A trzeba wspomnieć, że głód w okresie karmienia piersią jest znaczny i nawet Danio by sobie z nim nie poradził. Dodatkowo posiłki są spożywane regularnie (jeśli nie co do godziny, to przynajmniej często), co jest niezmiernie ważne, a co mogłoby być z trudem osiągalne przy innej organizacji.
Poza tymi drobnymi niedogodnościami, strategia ma same zalety. Przede wszystkim matka nie chodzi głodna. A trzeba wspomnieć, że głód w okresie karmienia piersią jest znaczny i nawet Danio by sobie z nim nie poradził. Dodatkowo posiłki są spożywane regularnie (jeśli nie co do godziny, to przynajmniej często), co jest niezmiernie ważne, a co mogłoby być z trudem osiągalne przy innej organizacji.
W tym miejscu muszę uczciwie zaznaczyć, że taki system jedzeniowy został wprowadzony w życie dopiero po ok. 2 tygodniach od porodu. Wcześniej 90% posiłków przygotowywał mąż z tej prostej przyczyny, że ja prawie nie wychodziłam z pokoju, w którym zajmowałam się dzieckiem. Ale i wtedy jadałam razem z maluchem, żeby w krótkich przerwach między karmieniami choć na chwilę zmrużyć oko.
I jeszcze słówko o płynach. Po kilku dniach wypijania zimnej herbaty (bo zawsze coś, a raczej ktoś uniemożliwił mi wypicie ciepłej zaraz po zaparzeniu) postanowiłam skorzystać z wynalazku, jakim jest termos. Dzięki temu nie tylko za dnia, ale i przy każdym nocnym wstawaniu mogę napić się czegoś ciepłego. Bo niestety samej wody na pewnym etapie organizm już nie przyswaja.
I tu stawiam kropkę, bo już mi burczy w brzuchu...
fot.www.polki.pl
niedziela, 11 maja 2014
(Nie)dokończone życzenia
Ogólnie rzecz biorąc wszystkie życzenia, które sobie składamy na różne okazje podzieliłabym na dwie kategorie. Pierwszą byłby zbiór wszelkich wartości, obiektywnie ocenianych jako pozytywne - jak np. zdrowie czy miłość - których urzeczywistnienia to my życzymy solenizantom/jubilatom. Wymyślamy listę życzeń według własnego uznania sądząc, że i adresat pragnąłby ich spełnienia. Do drugiej kategorii zaliczyłabym te, które polegają na odbiciu piłeczki i podpisaniu się pod wszystkim, co tylko by sobie solenizant wymarzył. Najczęściej brzmią one: "spełnienia najskrytszych marzeń", albo "i czego sobie życzysz".
I jedne i drugie mają swój urok - wszystko zależy od nadawcy, okazji, formy i paru innych czynników. Ale życzeniami, które najbardziej zapadają w pamięć są te, które dalekie są od schematów. A ponieważ mam pamięć dobrą, ale krótką :), chcę sobie upamiętnić najbardziej wyjątkowe spośród tegorocznych życzeń:
"Życzę ci wszystkiego, co jest dla ciebie ważne"
Życzenia od znajomej po fachu. Tak już mam, że lubię życzenia od psychologów ;p Dlatego, że wiedzą, jak ważne w życiu człowieka jest znaczenie, jakie przypisujemy rzeczom, ludziom, zdarzeniom oraz jak to znaczenie przekłada się na wszystkie nasze wybory, decyzje, zachowania, a nawet samopoczucie. Czyli właściwie na jakość całego naszego życia. A zatem w takim krótkim zdaniu zawiera się życzenie, by wszystko, co jest potrzebne do pełnego życia, było w moim zasięgu. Czegóż chcieć więcej?
"Życzę ci, żebyś zawsze była tak szczęśliwa, jak teraz. Bo jesteś szczęśliwa, prawda...?"
Życzenia od koleżanki, również matki syna, tyle że już dorosłego, który właśnie wyrusza w świat. Wielokrotnie opowiadała mi o silnej więzi, jaka łączy ją z synem i o tym, jak wiele szczęścia wniósł w jej życie. Nie musiała mnie przekonywać, że kocha go nad życie. Widziałam jak przeżywała rozłąkę, gdy wyfruwał z gniazda i widzę, jak tęskni. Najpewniej założyła, że i mnie pojawienie się maluszka uszczęśliwiło. Chyba dlatego tak zapamiętałam jej życzenia, bo jak do tej pory ani razu się nad tym nie zastanawiałam...
Przypomina mi się tu pewien cytat: "Sekret bycia nieszczęśliwym polega na posiadaniu wolnego czasu, który możemy poświęcić na zastanawianie się, czy jesteśmy szczęśliwi, czy też nie" (B.Shaw).
W moim przypadku ilość wolnego czasu przy małym dziecku chyba jednoznacznie wskazuje na szczęście, nieprawdaż...? :)
"Życzę ci satysfakcji z macierzyństwa, ale też tego, byś poza nim zobaczyła jeszcze kawałek świata"
To życzenia od matki 4-latka, która prężnie działa zawodowo. Bycie matką jest dla niej tylko jedną z ról, w których się spełnia, ale nie jedyną. Należy do tych kobiet, które harmonijnie łączą karierę z życiem rodzinnym i niezmiennie wzbudza mój podziw ze względu na świetną organizację czasu. Dlatego jej życzenia traktuję jako dowód na to, że obowiązki macierzyńskie da się ogarnąć w taki sposób, żeby jeszcze zostało czasu na coś poza tym. Bo w chwili obecnej akurat trudno mi uwierzyć, że poza karmieniem, przewijaniem i spacerowaniem można ugrać jeszcze coś dla siebie :)
"Życzę ci wiary w siebie, zaufania do siebie i odkrycia potencjału jaki w sobie masz, jako matka. Bo masz taki potencjał, jak każda kobieta"
To tylko urywek życzeń, bo były one długie, skonstruowane z wielokrotnie złożonych zdań i zwyczajnie nie spamiętałam tego ciągu. Ale zapamiętałam to, co najbardziej do mnie przemówiło. Wiarygodności przekazowi dodawał fakt, że osoba wypowiadająca te życzenia jest matką dwójki dzieci, więc z pewnością wiedziała, o czym mówi (a przynajmniej taką mam nadzieję!) :)
"Życzę ci wszystkiego"
Życzenia z tylko z pozoru niedokończone. W rzeczywistości świetna gra słów, kojarzy mi się ze starą reklamą bodajże Plusa "Wielka Wyprz".
Autor życzeń to trener rozwoju osobistego, zatem mogłam się spodziewać jedynie konstruktywnych życzeń :) Życzyć komuś "wszystkiego" to tyle, co uznawać ludzkie istnienie za pełne wyłącznie wtedy, gdy doświadcza się wszystkich stanów emocjonalnych, od radości po smutek. Tak trochę biblijnie: "jest czas siewów i czas zbierania; czas cierpienia i czas radości" - przeciwieństwa następują po sobie jak dzień i noc, dlatego nie sposób ich uniknąć, bo wpisane są w nasze człowieczeństwo. Gdy więc wychodzi się z takiego założenia, to życzenie komuś "wszystkiego najlepszego" wyraża chęć ograniczenia tych doświadczeń. To tak jakby chcieć pozbawić człowieka połowy jego życia tylko dlatego, że jest mniej kolorowa, mniej optymistyczna.
Trudno nie zauważyć, że współczesny świat zmierza właśnie w takim kierunku - wszyscy chcieliby być szczęśliwi cały czas, a to jest zwyczajnie niemożliwe. Chwile zatrzymania, refleksji czy nawet przygnębienia są równie pożyteczne, jak te z przeciwległego bieguna. Sztuka polega na tym, żeby z tych trudnych doświadczeń umieć czerpać i w ostatecznym rozrachunku obracać je na naszą korzyść. Jaka to korzyść? Uczymy się, dojrzewamy, rozwijamy, hartujemy, mądrzejemy. Bo co nas nie zabije...
Do tych ostatnich życzeń dodałabym jeszcze "siły, żeby to wszystko udźwignąć i nie stracić ducha". Bo w życiu 29-latki naprawdę już jest co dźwigać :)
A więc niech się spełniają! :)
fot.www.usatoday.com
fot.www.imigion.com
fot.www.lri.fr
Subskrybuj:
Posty (Atom)






