Odpowiedź na moje pytanie o baby bluesa pojawiła się szybciej, niż się spodziewałam.
Jak można mieć jakieś załamanie w tej krainie szczęśliwości? Można. Przyszło nagle i niespodziewanie. Niespodziewanie nie dlatego, że dotychczas czułam się bejbiblusowo-nietykalna. Niespodziewanie, ponieważ uderzyło z nieoczekiwanej strony. Wcześniej wyobrażałam sobie, że poporodowe załamania dotyczą głównie poczucia własnej niekompetencji, niepewności w roli mamy, nieumiejętności zajęcia się własnym dzieckiem i tym podobne. Tymczasem z godziny na godzinę mój nastrój leciał na łeb na szyję z zupełnie innego powodu.
Bolesna rzeczywistość
Nie miałam pojęcia, że środki przeciwbólowe stosowane po cesarskim cięciu mają za zadanie jedynie złagodzić ból, a nie znieść go zupełnie. A biorąc pod uwagę fakt, że mój próg bólu jest prawie równy zeru, była to dla mnie naprawdę nieprzyjemna niespodzianka. Znieczulenie przestawało działać, a ja z każdą chwilą coraz bardziej zaczynałam odczuwać negatywne konsekwencje zabiegu. Zabiegu, który przebiegł przecież bez komplikacji, a więc wszelkie dolegliwości mieściły się w normie, czyli występowały u chyba każdej kobiety w mniejszym lub większym stopniu. Nie działo się więc nic nieprawidłowego czy niepokojącego, co wymagałoby lekarskiej interwencji. Jednak mnie intensywność bólu i jego umiejscowienie w różnych częściach ciała po prostu przerosły. Zupełnie nie byłam na to przygotowana. Nikt mnie nie uprzedził, że nawet łagodny ruch będzie sprawiał ból, a już nagły i intensywny zryw jak np. kichanie, będzie odczuwalne jak rozrywanie wnętrzności z utrzymującym się jeszcze chwilę później uczuciem pieczenia.
W tym całym zdumieniu nie umiałam sobie poukładać w głowie, że nowonarodzonym, maleńkim i bezbronnym dzieckiem, całkowicie zdanym na opiekuna ma się zajmować ktoś, kto sam ciągle wymaga opieki! Jak ja mogę brać odpowiedzialność za tego człowieczka, jeśli sama z trudem się poruszam i nie jestem pewna żadnego swojego ruchu? Bo przecież głowy nie dam, że nagłe ukłucie bólu nie sprawi, że upuszczę dziecko... (możliwe, że w takiej sytuacji jednak stery przejąłby instynkt macierzyński czy choćby samozachowawczy, ale pewności nie mam).
Najgorzej wspominam poranek, kiedy położna o 5:50 przywiozła mi synka do sali i poleciła: "proszę nakarmić dzidziusia". Zanim zdążyłam odwrócić głowę w stronę drzwi i jakkolwiek zareagować, już jej nie było. Jedyna myśl, która kłębiła mi się wtedy w głowie, poza ogromnym poczuciem niemocy, było pytanie: "ale jak to?!". Poprzedniego dnia przywieziono mi małego w czasie odwiedzin rodziny, więc ktoś mi mógł go podać do karmienia. A teraz? W ułamku sekundy wyobrazilam sobie całą akcję: zanim podniosę się z łóżka i spionizuję tak ostrożnie, jak się tylko da, żeby nie dodawać sobie bólu przy każdym ruchu, minie kilka dobrych kilka chwil. Potem zanim podejdę do łóżeczka i podniosę dziecko, wrócę do łóżka, usiądę z dzieckiem na rękach i wymanewruję nim tak, żeby je optymalnie przystawić przy jednoczesnym podkładaniu sobie poduszki pod plecy, miną wieki...
Zdawałam sobie sprawę z tego, że w interesie szpitala leży jak najszybsze uruchomienie położnic i wypis do domu. Przedtem jednak personel choć w małym stopniu chce mieć pewność, że młoda matka potrafi się zająć dzieckiem i zrobić przy nim podstawowe rzeczy. Zgoda, przy takim założeniu tak wczesne zmuszanie kobiet do pełnej aktywności ma sens. Niestety było to ponad moje siły. Oczywiście nie miałam wyjścia, więc zaczęłam zwlekać się z łóżka przy coraz głośniejszym akompaniamencie płaczu malucha. W dodatku byłam już tak zrezygnowana, że nawet mi nie przyszło do głowy, żeby przycisnąć przycisk i poprosić o pomoc...
Lewe oko nie wie, co czyni prawe
W chwili mojej największej słabości, kiedy zapłakana pochylalam się nad dziecięcym łóżeczkiem, nakryła mnie znajoma z niespodziewaną wizytą. A niech to - myślałam - za wcześnie odkręciłam kurki... Ale już po chwili nie żałowałam, że zastała mnie w takim stanie, bo jej ramię okazało się najlepszym lekarstwem. Trochę czasu zajęło mi wytłumaczenie, iż nie dlatego się mazgaję, że coś nie tak z dzieckiem, albo że jestem nieszczęśliwa, czy rozczarowana. Przeciwnie, ciągle byłam poruszona pojawieniem się tej małej istoty w moim życiu i chyba jedno oko płakało ze wzruszenia, podczas gdy z drugiego łzy wyciskał fizyczny ból.
Wylanie żalu przyniosło ulgę. Dosłownie. Czułam, że jakiś ciężar ze mnie spłynął. Nie dałam się jednak przekonać, że z dnia na dzień będzie coraz lepiej, a ból jest tylko przejściowy. W tamtych chwilach naprawdę w to nie wierzyłam. Po prostu nie byłam w stanie wyjść poza tu i teraz. I szczerze powiedziawszy nawet nie chciałam wybiegać w przyszłość przytłoczona teraźniejszą rzeczywistością. Znajoma jednak nie dała za wygraną i nazajutrz przyniosła inny "pocieszacz".
"Synku"
Odtwarzacz mp3 był już ustawiony na konkretną piosenkę. Podała mi słuchawki i zostawiła mnie sam na sam z dzieckiem, muzyką i ... Grażyną Łobaszewską. Podejrzewam, że wyszła celowo, bo spodziewała się, że nagranie rozklei mnie do reszty.
>> PLAY
Utwór przecudny. I jak bardzo trafiony! Nie odrywając wzroku od synka pomyślałam, że tekst musiała napisać osoba która jest rodzicem. Bo jakoś nie chciało mi się wierzyć, że osoba która nie ma dzieci, mogłaby aż tak pięknie wyobrazić sobie uczucia rodzicielskie, żeby przełożyć je na tekst tak wzruszającej piosenki.
W jednej chwili zapragnęłam doświadczyć tego wszystkiego, co wyśpiewała Łobaszewska. Jednocześnie uświadomiłam sobie, że aby móc to przeżyć, muszę mieć dużo sił, których nie będą w stanie osłabić drobne przeszkody na macierzyńskiej drodze. A więc muszę się pozbierać. Co nas nie zabije....
Jeszcze raz spojrzałam na malutkiego i postanowiłam: dam radę, dla ciebie synku.
fot.www.thedetoxdiva.com
fot.www.hawkinshearing.com
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cierpienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą cierpienie. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 6 maja 2014
poniedziałek, 5 maja 2014
Bo ludzie są ważni
Są w życiu takie chwile, kiedy to, jacy ludzie nas otaczają, ma niebagatelne znaczenie. Choć współcześnie promuje się całkowitą wewnątrzsterowność i samowystarczalność, a wraz z nimi niezależność od cudzych opinii i zachowań, to zdarza się, że czyjaś przychylność lub antypatia bywa kluczowa dla naszego dobrostanu. Zwłaszcza w sytuacjach nowych, kiedy nie czujemy się pewnie, nie potrafimy się odnaleźć albo gdy jesteśmy w pełni zdani na czyjąś pomoc.
W cudzych rękach
Nigdy bym nie przypuszczała, że w czasie pobytu w szpitalu jednymi z najbardziej stresujących wydarzeń będą zmiany położnych. Gdy tylko skończył się dyżur porannej zmiany, z niepokojem wypatrywałam osoby, która zastąpi poprzednią. W pierwszej dobie po cesarce miałam szczęście trafić na dwie kolejne sympatyczne położne, serdeczne i empatyczne. Cieszyłam się, że co jakiś czas do mnie zaglądają zapytać, jak się czuję i czy czegoś nie potrzebuję. Mogłoby się wydawać, że nie robiły nic wyjątkowego, po prostu wykonywały swoją pracę. Tyle, że w moim odczuciu dawały od siebie dużo więcej. Coś, co nie jest ujęte w zakresach obowiązków i z czego pracodawca z pewnością ich nie rozlicza. Chodzi o rodzaj szacunku dla człowieka-pacjenta i zrozumienia jego położenia (dosłownie). A czasem tylko o uśmiech czy dobre słowo.
W drugiej dobie karta się odwróciła i kolejne dwie położne były niemal przeciwieństwem poprzednich. Na wezwania reagowały późno i zawsze dawały mi odczuć, że niepotrzebnie zawracam im głowę. Każdą najmniejszą prośbę kwitowały komentarzem, który skutecznie zniechęcał do dalszego kontaktu. W rezultacie zaczęłam czuć się winna, że zakłócam paniom cenny spokój, a w skrajnych przypadkach - widząc ich niepocieszone miny - zastanawiałam się, czy aby rzeczywiście nie przesadzam z częstotliwością naciskania na dzwonek. Szczerze powiedziawszy chętnie bym zrezygnowała z ich usług, gdyby to tylko było możliwe. Niestety naprawdę potrzebowałam ich pomocy, więc trzeba było jakoś się dogadać. Znaczyło to mniej więcej tyle, co przekonać je, że przychodzą do mnie nie na darmo. To stawiało mnie w niekomfortowej pozycji znienawidzonego "petenta", który istnieje tylko po to, żeby uprzykrzać komuś życie, albo dopomina się o coś, co mu się nie należy. No bo kto to widział wzywać położną w środku nocy, jeśli ta wolałaby się wyspać na dyżurze?
Szczytem "zawracania głowy" była moja prośba o środek przeciwbólowy. Położna ciężko westchnęła i wymamrotała: "to będę musiała zadzwonić po lekarza..." i stała tak jeszcze chwilę jakby czekając, że na widok jej zdegustowanej miny natychmiast się wycofam i powiem coś w stylu: "A to jak po lekarza aż trzeba dzwonić, to nie... proszę się nie fatygować". Zamiast tego gryzłam się w język, żeby nie palnąć: "A to będzie dla pani jakiś problem? jeśli tak, to proszę dać numer do tego doktora, to sobie sama zadzwonię".
Pomyślicie może, że jestem superupierdliwym pacjentem i ewentualne współczucie należy się właśnie położnym, które się ze mną musiały "użerać". W moim odczuciu jednak byłam pacjentem, który po prostu zna swoje prawa. Innymi słowy nie zamierzałam zwijać się z bólu tylko dlatego, żeby nie dodawać paniom położnym pracy. Czy to jakieś nadużycie?
Win-win?
Komunę znam głównie z opowieści, ale relacja położna-pacjent trochę mi przypominała układ urzędnik-petent, w której ten drugi, jeśli nie kłaniał się w pas, niczego nie załatwił. Na szczęście czasy się zmieniły, ale jeszcze gdzieniegdzie zostało "po staremu", w urzędach czy szpitalach właśnie.
Z ciekawostek, osoba z którą wymieniłam opinię na temat tej jednej "mniej fajnej" położnej, powiedziała o niej krótko: "ta pani chyba nie lubi swojej pracy". Wow, pomyślałam, cóż za genialny eufemizm!
Piszę o tym dlatego, że narodziny dziecka są dla kobiety jednym z ważniejszych życiowych wydarzeń - pięknym i bolesnym zarazem. I byłoby idealnie, gdyby przy pomocy personelu medycznego dało się zminimalizować negatywne skutki porodu na tyle, żeby kobieta mogła się maksymalnie skupić na opiece nad dzieckiem. Tymczasem w praktyce bywa różnie. Można trafić na lekarza, położną czy nawet salową(!) z powołania, którzy wiedzą jakim typem pacjentek są położnice i jakiego rodzaju wsparcia potrzebują. I są też ich przeciwieństwa - ludzie, którzy swój zawód wykonują z musu albo przypadku i nie ma co liczyć na jakąkolwiek uprzejmość z ich strony. Sami sprawiają wrażenie bardziej pokrzywdzonych przez los od obolałych pacjentów i proszenie akurat ich o pomoc wydaje się wielce niestosowne. A pacjentom czasami potrzeba naprawdę niewiele - poprawić poduszkę czy przygasić światło, kiedy po zabiegu znieczulenie ciągle przykuwa nogi do łóżka...
Miłość bliźniego
I tym sposobem zawracam do wątku o ludziach, których spotykamy na naszej drodze. Nie zawsze możemy wybrać, kto będzie nam towarzyszył w ważnych momentach życia. Mamy też znikomy wpływ na to, kto nam sprzeda paliwo na stacji, kto zarejestruje do lekarza albo obsłuży w banku. Ale zawsze mamy wpływ na to, jak my zapiszemy się w czyimś życiu. Bo w większości przypadków sami decydujemy o tym, czy zdobędziemy się na uprzejmość, dobre słowo, odrobinę zrozumienia. Nawet jeśli nie lubimy swojej pracy albo wybitnie nie podoba nam się miejsce, w którym się znaleźliśmy to nie zwalnia to nas obowiązku bycia człowiekiem. To kosztuje naprawdę niewiele, a może być promykiem rozpromieniającym czyjeś doświadczenie.
Moje doświadczenie, poza drobnymi :) wyjątkami, było na szczęście okraszone wieloma pozytywnymi spotkaniami. Pozwoliły mi one przejść przez trudne momenty z poczuciem, że pobyt w szpitalu oraz wszelkie cierpienia są jedynie chwilowe i miną tak szybko, jak się pojawiły.
fot.www.photl.com
fot.www.identity-mag.com
W cudzych rękach
Nigdy bym nie przypuszczała, że w czasie pobytu w szpitalu jednymi z najbardziej stresujących wydarzeń będą zmiany położnych. Gdy tylko skończył się dyżur porannej zmiany, z niepokojem wypatrywałam osoby, która zastąpi poprzednią. W pierwszej dobie po cesarce miałam szczęście trafić na dwie kolejne sympatyczne położne, serdeczne i empatyczne. Cieszyłam się, że co jakiś czas do mnie zaglądają zapytać, jak się czuję i czy czegoś nie potrzebuję. Mogłoby się wydawać, że nie robiły nic wyjątkowego, po prostu wykonywały swoją pracę. Tyle, że w moim odczuciu dawały od siebie dużo więcej. Coś, co nie jest ujęte w zakresach obowiązków i z czego pracodawca z pewnością ich nie rozlicza. Chodzi o rodzaj szacunku dla człowieka-pacjenta i zrozumienia jego położenia (dosłownie). A czasem tylko o uśmiech czy dobre słowo.
W drugiej dobie karta się odwróciła i kolejne dwie położne były niemal przeciwieństwem poprzednich. Na wezwania reagowały późno i zawsze dawały mi odczuć, że niepotrzebnie zawracam im głowę. Każdą najmniejszą prośbę kwitowały komentarzem, który skutecznie zniechęcał do dalszego kontaktu. W rezultacie zaczęłam czuć się winna, że zakłócam paniom cenny spokój, a w skrajnych przypadkach - widząc ich niepocieszone miny - zastanawiałam się, czy aby rzeczywiście nie przesadzam z częstotliwością naciskania na dzwonek. Szczerze powiedziawszy chętnie bym zrezygnowała z ich usług, gdyby to tylko było możliwe. Niestety naprawdę potrzebowałam ich pomocy, więc trzeba było jakoś się dogadać. Znaczyło to mniej więcej tyle, co przekonać je, że przychodzą do mnie nie na darmo. To stawiało mnie w niekomfortowej pozycji znienawidzonego "petenta", który istnieje tylko po to, żeby uprzykrzać komuś życie, albo dopomina się o coś, co mu się nie należy. No bo kto to widział wzywać położną w środku nocy, jeśli ta wolałaby się wyspać na dyżurze?
Szczytem "zawracania głowy" była moja prośba o środek przeciwbólowy. Położna ciężko westchnęła i wymamrotała: "to będę musiała zadzwonić po lekarza..." i stała tak jeszcze chwilę jakby czekając, że na widok jej zdegustowanej miny natychmiast się wycofam i powiem coś w stylu: "A to jak po lekarza aż trzeba dzwonić, to nie... proszę się nie fatygować". Zamiast tego gryzłam się w język, żeby nie palnąć: "A to będzie dla pani jakiś problem? jeśli tak, to proszę dać numer do tego doktora, to sobie sama zadzwonię".
Pomyślicie może, że jestem superupierdliwym pacjentem i ewentualne współczucie należy się właśnie położnym, które się ze mną musiały "użerać". W moim odczuciu jednak byłam pacjentem, który po prostu zna swoje prawa. Innymi słowy nie zamierzałam zwijać się z bólu tylko dlatego, żeby nie dodawać paniom położnym pracy. Czy to jakieś nadużycie?
Win-win?
Komunę znam głównie z opowieści, ale relacja położna-pacjent trochę mi przypominała układ urzędnik-petent, w której ten drugi, jeśli nie kłaniał się w pas, niczego nie załatwił. Na szczęście czasy się zmieniły, ale jeszcze gdzieniegdzie zostało "po staremu", w urzędach czy szpitalach właśnie.
Z ciekawostek, osoba z którą wymieniłam opinię na temat tej jednej "mniej fajnej" położnej, powiedziała o niej krótko: "ta pani chyba nie lubi swojej pracy". Wow, pomyślałam, cóż za genialny eufemizm!
Piszę o tym dlatego, że narodziny dziecka są dla kobiety jednym z ważniejszych życiowych wydarzeń - pięknym i bolesnym zarazem. I byłoby idealnie, gdyby przy pomocy personelu medycznego dało się zminimalizować negatywne skutki porodu na tyle, żeby kobieta mogła się maksymalnie skupić na opiece nad dzieckiem. Tymczasem w praktyce bywa różnie. Można trafić na lekarza, położną czy nawet salową(!) z powołania, którzy wiedzą jakim typem pacjentek są położnice i jakiego rodzaju wsparcia potrzebują. I są też ich przeciwieństwa - ludzie, którzy swój zawód wykonują z musu albo przypadku i nie ma co liczyć na jakąkolwiek uprzejmość z ich strony. Sami sprawiają wrażenie bardziej pokrzywdzonych przez los od obolałych pacjentów i proszenie akurat ich o pomoc wydaje się wielce niestosowne. A pacjentom czasami potrzeba naprawdę niewiele - poprawić poduszkę czy przygasić światło, kiedy po zabiegu znieczulenie ciągle przykuwa nogi do łóżka...
Miłość bliźniego
I tym sposobem zawracam do wątku o ludziach, których spotykamy na naszej drodze. Nie zawsze możemy wybrać, kto będzie nam towarzyszył w ważnych momentach życia. Mamy też znikomy wpływ na to, kto nam sprzeda paliwo na stacji, kto zarejestruje do lekarza albo obsłuży w banku. Ale zawsze mamy wpływ na to, jak my zapiszemy się w czyimś życiu. Bo w większości przypadków sami decydujemy o tym, czy zdobędziemy się na uprzejmość, dobre słowo, odrobinę zrozumienia. Nawet jeśli nie lubimy swojej pracy albo wybitnie nie podoba nam się miejsce, w którym się znaleźliśmy to nie zwalnia to nas obowiązku bycia człowiekiem. To kosztuje naprawdę niewiele, a może być promykiem rozpromieniającym czyjeś doświadczenie.
Moje doświadczenie, poza drobnymi :) wyjątkami, było na szczęście okraszone wieloma pozytywnymi spotkaniami. Pozwoliły mi one przejść przez trudne momenty z poczuciem, że pobyt w szpitalu oraz wszelkie cierpienia są jedynie chwilowe i miną tak szybko, jak się pojawiły.
fot.www.photl.com
fot.www.identity-mag.com
Subskrybuj:
Posty (Atom)



