Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ból. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ból. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 czerwca 2014

Macierzyństwo to ściema?

Jeśli komukolwiek tytuł powyższy kojarzy się ze słynnym felietonem Agnieszki Chylińskiej, rozpoczynającym się od słów: "Ja wiem, że Machina to nie jest miesięcznik dla początkujących matek...", to jest to prawidłowe skojarzenie. Właściwie zamiast silić się na tekst o podsumowaniu połogu (bo tym tematem chcę się w tej chwili zająć), mogłabym podpiąć linka do owego artykułu i byłoby po sprawie. Wysilę się jednak, bo jest (nie)jedno "ale".

Zresztą link zamieszczam i tak, żeby Czytelnik wiedział do czego nawiązuję: Macierzyństwo to ściema.  

Błogosławiona niewiedza

Gdy spoglądam wstecz na tych kilka pierwszych tygodni z maluchem w domu, mam ekstremalnie mieszane uczucia. Trochę nie dowierzam, że to już za mną (że przetrwałam "najgorsze"), a trochę jestem zdumiona, że tak to nieźle wyglądało. 

Jeśli chodzi o kondycję fizyczną nie będę się powtarzać, bo wspominałam o niej w poprzednich wpisach. Podsumowując, uratowała mnie niewiedza. Jak człowiek nie wie, na co idzie, to się nie boi. Zastaje fakty i musi je przyjąć do wiadomości. Ja tak bardzo skupiłam się na opanowywaniu stresu przed normalnym porodem, że następstwami cesarskiego cięcia byłam kompletnie zaskoczona. Może to i lepiej, bo gdybym wcześniej wiedziała...

Cierpienie fizyczne pokazało mi jedną bardzo ważną rzecz o samej sobie: nie jestem w stanie długo go znosić. Po prostu nie. Zrobię wszystko, żeby usunąć ból lub chociażby go zredukować. Gdybym żyła w czasach torturowań, to od razu wypaplałabym wszystkie tajemnice, byle tylko nikt nie robił mi krzywdy. W podziemiu też nie mogłabym działać. 

Jak śpi i jeść nie woła  

A jednak do dziecka dawałam radę wstawać. Jakaś magiczna siła, coś poza mną, kazało mi podchodzić i zaspokajać kolejne potrzeby synka. Kiedy było bardzo ciężko, mówiłam sobie, że to już tylko jeden ostatni raz, na więcej nie starczy mi sił. Ale dziwnym trafem starczało. 

Ściemą okazało się moje wyobrażenie na temat okresów snu i czuwania dziecka. Ludzie dookoła mówili: "taki maluszek to przecież prawie cały czas śpi". Doprawdy? Hmm... To już wiem, skąd się wzięło powiedzenie, że dziecko jest urocze jak śpi i jeść nie woła. Szkoda tylko, że nie ma czasu na przyglądanie się takiemu uroczemu śpiochowi, bo każda wolna chwila gdy maluch zmruży oko, jest na wagę złota. 


Do dziś nie wiem, skąd matki mają siły do prawie 24-godzinnej aktywności na dobę. Gdy mój synek zapadał w sen na cztery godziny w nocy, to dla mnie - po odliczeniu czasu na toaletę, kolację, ogarnięcie domu - na sen zostawały dwie. I tak dzień w dzień (i noc w noc). Kto wie, może mózg jest tak inteligentnym tworem, że przy pomocy hormonów jest w stanie u młodych matek skompilować sen z ośmiu do dwóch godzin, bez utraty jego jakości?  

Ulegając propagandzie

Wracając do Chylińskiej, prawie mogłabym się podpisać pod jej tekstem. A jak wiadomo, prawie robi różnicę. Właściwie to mniej niż prawie. Różnicę między jej wrażeniami z pierwszego miesiąca macierzyństwa, a moimi jest taka, że ja od początku spodziewałam się, że będzie "rokendrol". Oczywiście nie do końca miałam pojęcie na czym on dokładnie miałby polegać, ale z góry założyłam, że łatwo nie będzie. Reklamy z bobaskami w roli głównej ani optymistyczne słowa kobiet, które zapomniały już jak to było w połogu, nie zaciemniły obrazu macierzyństwa, który przez lata powstawał w mojej głowie. Posiadanie dziecka od zawsze jawiło mi się jako ogromne wyzwanie, bo nieprzespane noce, bo wrzask, bo ciągła potrzeba zajmowania się, bo odpowiedzialność za rozwój i milion wyrzeczeń. To przecież dlatego do niedawna nie myślałam o potomku uważając, że to nie na moje siły. Czułam, co się święci :)

Z panią Agnieszką mogę sobie natomiast podać rękę w sprawie karmienia. Na komplikacje w tym temacie nie byłam przygotowana w ogóle. Ze szkoły rodzenia zapamiętałam, że karmić należy na żądanie, ale nie rzadziej niż co 3 godziny licząc od chwili rozpoczęcia karmienia. W praktyce... - temu wątkowi poświęcę już osobny wpis, bo po pierwsze mam sporo do powiedzenia, a po drugie - zasługuje na to. 

Na czarnym szlaku

Próbując streścić połóg w kilku zdaniach, porównałabym go do wspinania się na wysoką górę. Mozolna wspinaczka dzień po dniu, w zasięgu wzroku jedynie najbliższy odcinek zbocza, nie widać ani szczytu, ani sąsiednich gór. Nie ma czasu na oglądanie się za siebie, trzeba oszczędzać siły. Celem wędrówki jest wierzchołek góry, jeszcze nie wiadomo jak wysokiej. I gdy w końcu noga staje na szczycie, oczom ukazuje się rozległy masyw górski, a dalsza droga wiedzie grzbietami, łącząc się z linią horyzontu. 


Dokładnie takie miałam odczucie, gdy kalendarz wskazał zakończenie połogu. Wcześniej wydawało mi się, że ten pierwszy odcinek macierzyńskiej podróży to odcinek specjalny, po którym będzie już nieco z górki. Ale ze szczytu widzę wyraźnie, że dalsza ścieżka nie prowadzi w dół. Teraz już cały czas będę poruszać się na wysokości kilku tysięcy metrów, a nie - jak dotychczas - na nizinach. Jak powiedziała nam położna - nie dościgniemy niemowlęcia w rozwoju, zawsze zaskoczy nas czymś nowym. Gdy już nauczymy się go i przyzwyczaimy do pewnych zachowań, nazajutrz mogą się one okazać nieaktualne. Jak w piosence do serialu Rodzinka.pl: "(...) nie śpię już okrągły rok i zawsze za nimi o krok". A jednak chcę "więcej jeśli się da, błagam o więcej każdego dnia"... 

Rozstrzygnięcie 

Czy macierzyństwo to ściema? Powiedziałabym, że to zależy od punktu wyjścia, czyli poprzedzających je wyobrażeń, wiedzy oraz przygotowania. Moje macierzyństwo zrodziło się po wielu latach totalnej znieczulicy względem dzieci, a nieraz otwartej niechęci. Przez te wszystkie lata naoglądałam się, jak to inni rodzice użerają się z nimi i to wystarczyło, żebym powiedziała "to ja podziękuję". 

Teraz, kiedy sama zakosztowałam jak to jest, uważam że moja niegdysiejsza awersja uchroniła mnie dziś przed bolesnym rozczarowaniem. To taka strategia na życie - nastawić się na najgorsze, żeby się potem przekonać, że nie jest aż tak źle. Powiem więcej. Jest nie tylko nieźle, ale bywa też zaskakująco dobrze. Bo przecież "bezzębny dziamdziak" nie je na okrągło, pieluchy dobrze wchłaniają wilgoć i nawet najbardziej rozwrzeszczanego zawodnika w którymś momencie zmorzy sen.  


fot.www.babyonline.pl
fot.www.familie.pl
fot.www.orange.jobs

piątek, 30 maja 2014

Przyczyny depresji w ujęciu nienaukowym

W obiegowych opiniach przeważają głosy, że na depresję zapadają ludzie, którym przytrafiła się w życiu jakaś straszliwa trauma. Utracili kogoś bliskiego, zapadli na nieuleczalną chorobę albo stracili dobytek całego życia wskutek kataklizmu. Uważa się, że to musi być coś na tyle wielkiego i dotkliwego, żeby zdołało wystąpienie owej depresji usprawiedliwić.  

Ziarnko do ziarnka...

Ja, po moich okołoporodowych doświadczeniach przychylam się do opinii zgoła przeciwstawnej. To nie jakaś wielka sprawa, nie ogromny ciężar przygniata najbardziej, ale liczne drobnostki. To właśnie one, jeśli w jednym czasie namnażają się do granic tolerancji, powodują załamanie. 

W pierwszych tygodniach po porodzie miałam kilka takich dni, kiedy myślałam, że nie udźwignę tego wszystkiego. Ani fizycznie, ani psychicznie. Gdyby ktoś mnie wtedy zapytał, co się dzieje, odpowiedź brzmiałaby: nic wielkiego. I nie byłoby to wcale kłamstwo, bo naprawdę nie działo się nic nadzwyczajnego. Ot zmęczenie, ból, wyczerpanie, niedobór snu, problemy z karmieniem i inne zmartwienia o dziecko. I narastający stres, że gdy za chwilę dziecko znów zapłacze, nie będę miała siły do niego wstać. Że po prostu mięśnie odmówią posłuszeństwa i nie zareagują na impuls płynący z mózgu z komendą uruchomienia prostowników i zginaczy.

Co ciekawsze, sama nie dowierzałam, że mogę się czuć tak przygnieciona. Bo niby czym? Deficyt snu jeszcze przecież nikogo nie zabił. Ani przemęczenie, ani zmartwienia. 

No właśnie, żadna z tych rzeczy nie zabija, pod warunkiem jednak, że występują osobno. Ale gdy się skumulują, stanowią już istotny czynnik ryzyka. 

Matka z babki prababki

Dodatkową trudnością w takiej sytuacji stanowi fakt, że właściwie nie ma się komu wyżalić. Bardziej doświadczone matki mówią, że przechodziły to samo i muszę po prostu zacisnąć zęby. Reszta świata bagatelizuje problem powołując się na samą naturę - kobiety są stworzone do bycia matkami i od wieków sobie radzą z tą rolą. Poza tym nie jestem samotną matką i mam wsparcie w osobie partnera. Więc o co mi chodzi?  

Biorąc pod uwagę powyższe, wcale się nie dziwię, że pomoc kobietom z depresjami nie przybywa na czas. Nie dziwi mnie też, że się nie przyznają, zakładając z góry, że nie zostaną zrozumiane. Czy słusznie? Niestety czasami tak. 

Nie tylko w przypadku porodów i matek, ale ogólnie życiowo: warto pamiętać, że największa nawet błahostka może przybrać monstrualne rozmiary jeśli będzie się powtarzać odpowiednio często. To wystarczy, żeby się zintensyfikowała i sukcesywnie wykańczała "ofiarę". I wcale nie potrzebne jest trzęsienie ziemi. 

Podziękowania

W tym miejscu pragnę wyrazić wdzięczność dla wszystkich, którzy wzięli sobie do serca moją lutową prośbę i skontaktowali się ze mną niedawno, celem sprawdzenia jak sobie radzę. Odpowiadając nie owijałam w bawełnę. Mówiłam jak jest - bez upiększania, ale i bez umniejszania. I wiem, że nie zawsze była to wersja, którą najbardziej chcieliście usłyszeć. Sorry :) 


fot.www.examiner.com

wtorek, 6 maja 2014

Co z tym baby bluesem?

Odpowiedź na moje pytanie o baby bluesa pojawiła się szybciej, niż się spodziewałam. 

Jak można mieć jakieś załamanie w tej krainie szczęśliwości? Można. Przyszło nagle i niespodziewanie. Niespodziewanie nie dlatego, że dotychczas czułam się bejbiblusowo-nietykalna. Niespodziewanie, ponieważ uderzyło z nieoczekiwanej strony. Wcześniej wyobrażałam sobie, że poporodowe załamania dotyczą głównie poczucia własnej niekompetencji, niepewności w roli mamy, nieumiejętności zajęcia się własnym dzieckiem i tym podobne. Tymczasem z godziny na godzinę mój nastrój leciał na łeb na szyję z zupełnie innego powodu.


Bolesna rzeczywistość

Nie miałam pojęcia, że środki przeciwbólowe stosowane po cesarskim cięciu mają za zadanie jedynie złagodzić ból, a nie znieść go zupełnie. A biorąc pod uwagę fakt, że mój próg bólu jest prawie równy zeru, była to dla mnie naprawdę nieprzyjemna niespodzianka. Znieczulenie przestawało działać, a ja z każdą chwilą coraz bardziej zaczynałam odczuwać negatywne konsekwencje zabiegu. Zabiegu, który przebiegł przecież bez komplikacji, a więc wszelkie dolegliwości mieściły się w normie, czyli występowały u chyba każdej kobiety w mniejszym lub większym stopniu. Nie działo się więc nic nieprawidłowego czy niepokojącego, co wymagałoby lekarskiej interwencji. Jednak mnie intensywność bólu i jego umiejscowienie w różnych częściach ciała po prostu przerosły. Zupełnie nie byłam na to przygotowana. Nikt mnie nie uprzedził, że nawet łagodny ruch będzie sprawiał ból, a już nagły i intensywny zryw jak np. kichanie, będzie odczuwalne jak rozrywanie wnętrzności z utrzymującym się jeszcze chwilę później uczuciem pieczenia.

W tym całym zdumieniu nie umiałam sobie poukładać w głowie, że nowonarodzonym, maleńkim i bezbronnym dzieckiem, całkowicie zdanym na opiekuna ma się zajmować ktoś, kto sam ciągle wymaga opieki! Jak ja mogę brać odpowiedzialność za tego człowieczka, jeśli sama z trudem się poruszam i nie jestem pewna żadnego swojego ruchu? Bo przecież głowy nie dam, że nagłe ukłucie bólu nie sprawi, że upuszczę dziecko... (możliwe, że w takiej sytuacji jednak stery przejąłby instynkt macierzyński czy choćby samozachowawczy, ale pewności nie mam). 

Najgorzej wspominam poranek, kiedy położna o 5:50 przywiozła mi synka do sali i poleciła: "proszę nakarmić dzidziusia". Zanim zdążyłam odwrócić głowę w stronę drzwi i jakkolwiek zareagować, już jej nie było. Jedyna myśl, która kłębiła mi się wtedy w głowie, poza ogromnym poczuciem niemocy, było pytanie: "ale jak to?!". Poprzedniego dnia przywieziono mi małego w czasie odwiedzin rodziny, więc ktoś mi mógł go podać do karmienia. A teraz? W ułamku sekundy wyobrazilam sobie całą akcję: zanim podniosę się z łóżka i spionizuję tak ostrożnie, jak się tylko da, żeby nie dodawać sobie bólu przy każdym ruchu, minie kilka dobrych kilka chwil. Potem zanim podejdę do łóżeczka i podniosę dziecko, wrócę do łóżka, usiądę z dzieckiem na rękach i wymanewruję nim tak, żeby je optymalnie przystawić przy jednoczesnym podkładaniu sobie poduszki pod plecy, miną wieki... 

Zdawałam sobie sprawę z tego, że w interesie szpitala leży jak najszybsze uruchomienie położnic i wypis do domu. Przedtem jednak personel choć w małym stopniu chce mieć pewność, że młoda matka potrafi się zająć dzieckiem i zrobić przy nim podstawowe rzeczy. Zgoda, przy takim założeniu tak wczesne zmuszanie kobiet do pełnej aktywności ma sens. Niestety było to ponad moje siły. Oczywiście nie miałam wyjścia, więc zaczęłam zwlekać się z łóżka przy coraz głośniejszym akompaniamencie płaczu malucha. W dodatku byłam już tak zrezygnowana, że nawet mi nie przyszło do głowy, żeby przycisnąć przycisk i poprosić o pomoc...    

Lewe oko nie wie, co czyni prawe


W chwili mojej największej słabości, kiedy zapłakana pochylalam się nad dziecięcym łóżeczkiem, nakryła mnie znajoma z niespodziewaną wizytą. A niech to - myślałam - za wcześnie odkręciłam kurki... Ale już po chwili nie żałowałam, że zastała mnie w takim stanie, bo jej ramię okazało się najlepszym lekarstwem. Trochę czasu zajęło mi wytłumaczenie, iż nie dlatego się mazgaję, że coś nie tak z dzieckiem, albo że jestem nieszczęśliwa, czy rozczarowana. Przeciwnie, ciągle byłam poruszona pojawieniem się tej małej istoty w moim życiu i chyba jedno oko płakało ze wzruszenia, podczas gdy z drugiego łzy wyciskał fizyczny ból. 



Wylanie żalu przyniosło ulgę. Dosłownie. Czułam, że jakiś ciężar ze mnie spłynął. Nie dałam się jednak przekonać, że z dnia na dzień będzie coraz lepiej, a ból jest tylko przejściowy. W tamtych chwilach naprawdę w to nie wierzyłam. Po prostu nie byłam w stanie wyjść poza tu i teraz. I szczerze powiedziawszy nawet nie chciałam wybiegać w przyszłość przytłoczona teraźniejszą rzeczywistością. Znajoma jednak nie dała za wygraną i nazajutrz przyniosła inny "pocieszacz".  

"Synku"


Odtwarzacz mp3 był już ustawiony na konkretną piosenkę. Podała mi słuchawki i zostawiła mnie sam na sam z dzieckiem, muzyką i ... Grażyną Łobaszewską. Podejrzewam, że wyszła celowo, bo spodziewała się, że nagranie rozklei mnie do reszty. 

>> PLAY

Utwór przecudny. I jak bardzo trafiony! Nie odrywając wzroku od synka pomyślałam, że tekst musiała napisać osoba która jest rodzicem. Bo jakoś nie chciało mi się wierzyć, że osoba która nie ma dzieci, mogłaby aż tak pięknie wyobrazić sobie uczucia rodzicielskie, żeby przełożyć je na tekst tak wzruszającej piosenki. 


W jednej chwili zapragnęłam doświadczyć tego wszystkiego, co wyśpiewała Łobaszewska. Jednocześnie uświadomiłam sobie, że aby móc to przeżyć, muszę mieć dużo sił, których nie będą w stanie osłabić drobne przeszkody na macierzyńskiej drodze. A więc muszę się pozbierać. Co nas nie zabije.... 

Jeszcze raz spojrzałam na malutkiego i postanowiłam: dam radę, dla ciebie synku. 


fot.www.thedetoxdiva.com
fot.www.hawkinshearing.com

poniedziałek, 5 maja 2014

Bo ludzie są ważni

Są w życiu takie chwile, kiedy to, jacy ludzie nas otaczają, ma niebagatelne znaczenie. Choć współcześnie promuje się całkowitą wewnątrzsterowność i samowystarczalność, a wraz z nimi niezależność od cudzych opinii i zachowań, to zdarza się, że czyjaś przychylność lub antypatia bywa kluczowa dla naszego dobrostanu. Zwłaszcza w sytuacjach nowych, kiedy nie czujemy się pewnie, nie potrafimy się odnaleźć albo gdy jesteśmy w pełni zdani na czyjąś pomoc. 

W cudzych rękach 


Nigdy bym nie przypuszczała, że w czasie pobytu w szpitalu jednymi z najbardziej stresujących wydarzeń będą zmiany położnych. Gdy tylko skończył się dyżur porannej zmiany, z niepokojem wypatrywałam osoby, która zastąpi poprzednią. W pierwszej dobie po cesarce miałam szczęście trafić na dwie kolejne sympatyczne położne, serdeczne i empatyczne. Cieszyłam się, że co jakiś czas do mnie zaglądają zapytać, jak się czuję i czy czegoś nie potrzebuję. Mogłoby się wydawać, że nie robiły nic wyjątkowego, po prostu wykonywały swoją pracę. Tyle, że w moim odczuciu dawały od siebie dużo więcej. Coś, co nie jest ujęte w zakresach obowiązków i z czego pracodawca z pewnością ich nie rozlicza. Chodzi o rodzaj szacunku dla człowieka-pacjenta i zrozumienia jego położenia (dosłownie). A czasem tylko o uśmiech czy dobre słowo.  

W drugiej dobie karta się odwróciła i kolejne dwie położne były niemal przeciwieństwem poprzednich. Na wezwania reagowały późno i zawsze dawały mi odczuć, że niepotrzebnie zawracam im głowę. Każdą najmniejszą prośbę kwitowały komentarzem, który skutecznie zniechęcał do dalszego kontaktu. W rezultacie zaczęłam czuć się winna, że zakłócam paniom cenny spokój, a w skrajnych przypadkach - widząc ich niepocieszone miny - zastanawiałam się, czy aby rzeczywiście nie przesadzam z częstotliwością naciskania na dzwonek. Szczerze powiedziawszy chętnie bym zrezygnowała z ich usług, gdyby to tylko było możliwe. Niestety naprawdę potrzebowałam ich pomocy, więc trzeba było jakoś się dogadać. Znaczyło to mniej więcej tyle, co przekonać je, że przychodzą do mnie nie na darmo. To stawiało mnie w niekomfortowej pozycji znienawidzonego "petenta", który istnieje tylko po to, żeby uprzykrzać komuś życie, albo dopomina się o coś, co mu się nie należy. No bo kto to widział wzywać położną w środku nocy, jeśli ta wolałaby się wyspać na dyżurze?


Szczytem "zawracania głowy" była moja prośba o środek przeciwbólowy. Położna ciężko westchnęła i wymamrotała: "to będę musiała zadzwonić po lekarza..." i stała tak jeszcze chwilę jakby czekając, że na widok jej zdegustowanej miny natychmiast się wycofam i powiem coś w stylu: "A to jak po lekarza aż trzeba dzwonić, to nie... proszę się nie fatygować". Zamiast tego gryzłam się w język, żeby nie palnąć: "A to będzie dla pani jakiś problem? jeśli tak, to proszę dać numer do tego doktora, to sobie sama zadzwonię". 


Pomyślicie może, że jestem superupierdliwym pacjentem i ewentualne współczucie należy się właśnie położnym, które się ze mną musiały "użerać". W moim odczuciu jednak byłam pacjentem, który po prostu zna swoje prawa. Innymi słowy nie zamierzałam zwijać się z bólu tylko dlatego, żeby nie dodawać paniom położnym pracy. Czy to jakieś nadużycie? 

Win-win?

Komunę znam głównie z opowieści, ale relacja położna-pacjent trochę mi przypominała układ urzędnik-petent, w której ten drugi, jeśli nie kłaniał się w pas, niczego nie załatwił. Na szczęście czasy się zmieniły, ale jeszcze gdzieniegdzie zostało "po staremu", w urzędach czy szpitalach właśnie.

Z ciekawostek, osoba z którą wymieniłam opinię na temat tej jednej "mniej fajnej" położnej, powiedziała o niej krótko: "ta pani chyba nie lubi swojej pracy". Wow, pomyślałam, cóż za genialny eufemizm!

Piszę o tym dlatego, że narodziny dziecka są dla kobiety jednym z ważniejszych życiowych wydarzeń - pięknym i bolesnym zarazem. I byłoby idealnie, gdyby przy pomocy personelu medycznego dało się zminimalizować negatywne skutki porodu na tyle, żeby kobieta mogła się maksymalnie skupić na opiece nad dzieckiem. Tymczasem w praktyce bywa różnie. Można trafić na lekarza, położną czy nawet salową(!) z powołania, którzy wiedzą jakim typem pacjentek są położnice i jakiego rodzaju wsparcia potrzebują. I są też ich przeciwieństwa - ludzie, którzy swój zawód wykonują z musu albo przypadku i nie ma co liczyć na jakąkolwiek uprzejmość z ich strony. Sami sprawiają wrażenie bardziej pokrzywdzonych przez los od obolałych pacjentów i proszenie akurat ich o pomoc wydaje się wielce niestosowne. A pacjentom czasami potrzeba naprawdę niewiele - poprawić poduszkę czy przygasić światło, kiedy po zabiegu znieczulenie ciągle przykuwa nogi do łóżka...   

Miłość bliźniego 

I tym sposobem zawracam do wątku o ludziach, których spotykamy na naszej drodze. Nie zawsze możemy wybrać, kto będzie nam towarzyszył w ważnych momentach życia. Mamy też znikomy wpływ na to, kto nam sprzeda paliwo na stacji, kto zarejestruje do lekarza albo obsłuży w banku. Ale zawsze mamy wpływ na to, jak my zapiszemy się w czyimś życiu. Bo w większości przypadków sami decydujemy o tym, czy zdobędziemy się na uprzejmość, dobre słowo, odrobinę zrozumienia. Nawet jeśli nie lubimy swojej pracy albo wybitnie nie podoba nam się miejsce, w którym się znaleźliśmy to nie zwalnia to nas obowiązku bycia człowiekiem. To kosztuje naprawdę niewiele, a może być promykiem rozpromieniającym czyjeś doświadczenie. 

Moje doświadczenie, poza drobnymi :) wyjątkami, było na szczęście okraszone wieloma pozytywnymi spotkaniami. Pozwoliły mi one przejść przez trudne momenty z poczuciem, że pobyt w szpitalu oraz wszelkie cierpienia są jedynie chwilowe i miną tak szybko, jak się pojawiły. 


fot.www.photl.com
fot.www.identity-mag.com

czwartek, 10 kwietnia 2014

Synuś, to Ty...?

Jak najprościej sprawdzić, czy ból w dole brzucha jest wywołany skurczem (na przykład przepowiadającym) czy to jedynie efekt kopniaka, jakim potraktowało mnie dziecko w pęcherz?

Odpowiedź brzmi: zapytać malucha!

Zwracam się więc do brzucha: "Synuś, to Ty?". Po chwili dostaję odpowiedź-kopniaka w inne partie brzucha, dzięki czemu wiem, że dziecko się właśnie uaktywniło i to ono dostarcza mi bodźców bólowych. 

:)

... nie ma to jak potęga matczynej wyobraźni hehe :)


fot.www.polskieradio.pl

sobota, 5 kwietnia 2014

Dyplomowani rodzice, czyli podsumowanie szkoły rodzenia - cz. 1

Udało się! Uczestniczyłam we wszystkich pięciu zajęciach szkoły rodzenia. Ostatnie z nich przypadały na mój 37 tydzień ciąży, więc gdy zapisywałam się do szkoły w styczniu, moja obecność stała pod znakiem zapytania. Mogłam już przecież w tym czasie wprowadzać w życie nauki teoretyczne, zwłaszcza dotyczące tematu porodu :)

Ale nie, syn zdaje się postanowił być donoszony (i słusznie! gdzież mu będzie tak dobrze, jak u mamy? ;p), dzięki czemu w dobrej formie wzięłam udział w każdym ze spotkań coachingowej szkoły rodzenia. 


Spóźnieni na lekcję?


Na pierwszych zajęciach podano sporo informacji o sprawach, o które warto zadbać od początku ciąży - np. o jakie badania koniecznie upomnieć się u lekarza, albo jak optymalnie skompletować wyprawkę dla dziecka. 
W tym momencie zastanowiłam się, jaki jest optymalny czas na przyjście do szkoły rodzenia. No bo gdybym akurat nie miała lekarza, który bardzo o mnie dba i kieruje na niezbędne badania, to po usłyszeniu takich informacji mogłabym mieć poczucie, że coś przegapiłam, że powinnam przyjść na takie zajęcia wcześniej. Tylko kiedy wcześniej? Bo na pewno nie w pierwszym trymestrze, kiedy jeszcze zupełnie inne rzeczy zaprzątały mi głowę. Nawet drugi wydawał mi się ciągle zbyt odległy od rozwiązania, żebym miała ochotę słuchać o porodzie. Wydaje mi się, że właśnie teraz mam najbardziej podatny umysł na przyjmowanie wszelkich informacji, bo zwyczajnie mnie interesują w miarę zbliżania się terminu porodu - tyle, że na uwzględnienie wielu omawianych kwestii mogłoby już być za późno. Na szczęście nie mam poczucia, że coś zawaliłam, albo pominęłam z niewiedzy. 



Oddychaj za siebie i dziecko


To hasło szczególnie zapamiętałam z zajęć, których tematem był poród. Podobnie jak diagram stosunku wdechu do wydechu (1/2 do 2/3) i pojęcie "triady Reada" (błędne koło lęku, napięcia i bólu). Samemu oddechowi prowadzące (coach i położna) poświęciły naprawdę dużo uwagi - zarówno technice jak i funkcji. I słusznie, bo prawidłowy oddech przeponowy załatwia nam takie sprawy jak kontrola emocji, redukcja bólu, pokonanie zmęczenia, wzrost energii (w czasie porodu i w życiu w ogóle), a przede wszystkim pozwala dotlenić dziecko. Oddech jest najlepszym pomocnikiem na porodówce, a podobno najczęściej bagatelizowanym lub nawet wyśmiewanym. Hmm, ciekawe przez kogo.


Bez bólu ani rusz! 


Jako że większość uczestniczek szkoły rodzenia podała strach przed bólem porodowym jako jedną ze swoich głównych obaw, tematowi temu została poświęcona również dłuższa chwila. Trochę było o mechanizmach powstawania bólu jako takiego i o samym porodowym. Pracowaliśmy na przekonaniach związanych z bólem i wybieraliśmy te wspierające np. ból jest informacją o postępie porodu, informacją o dziecku gotowym do wyjścia, sygnałem do mobilizacji organizmu. Jeśli potraktujemy go jako sprzymierzeńca, a nie wroga, to nie tylko go złagodzimy, ale też przyspieszymy poród i zachowamy więcej energii. Możemy wykorzystać w tym celu narzędzia takie jak afirmacje i wizualizacje oraz w razie potrzeby metody farmakologiczne. 


Kryzys 7-go centymetra



Ten kryzys to dla mnie zupełna nowość, nigdy o tym nie słyszałam. Być może dlatego, że nikogo nie wypytywałam o przebieg pierwszej fazy porodu zbyt szczegółowo. To ważna informacja zwłaszcza dla osób towarzyszących, czyli najczęściej tatusiów. Jeśli mają świadomość występowania owego kryzysu, to będą potrafili odpowiednio zareagować i wesprzeć partnerki. Dzięki temu zamiast opadać z sił razem z nimi, dodadzą otuchy mówiąc, że meta już blisko. Jeśli oczywiście pary zdecydują się na poród rodzinny (tu plus dla prowadzących za pokazywanie zalet takich porodów, ale pozostawienie ostatecznej decyzji uczestnikom, bez narzucania swoich poglądów). 

"Ty nie rodziłaś - ty miałaś cesarkę"


Osobiście nigdy nie spotkałam się z wartościowaniem porodów, jakoby tylko poród siłami natury zasługiwał na miano "rodzenia", a cięcie cesarskie było pójściem na łatwiznę. Ale takie opinie można wyczytać choćby na forach internetowych. 


Po rozmowach z wieloma kobietami, które rozwiązywały ciążę w jeden z tych dwóch sposobów, nasunął mi się tylko jeden wniosek: kobiety rodzące naturalnie cierpią fizycznie w trakcie porodu (skurcze), a te po cesarce - po zabiegu (ból rany i dyskomfort związany ze znieczuleniem). Ani jedne ani drugie nie stwierdzały, że ich poród był bezbolesny, albo łatwiejszy.


Wspominam o tym dlatego, że kwestia wartościowania porodów została poruszona w szkole, tyle że nie z uwagi na jakiś społeczny ostracyzm, ale ze względu na nasze własne wyobrażenia. Prowadzące uwrażliwiały na fakt, że każdy rodzaj porodu spełnia swój cel, jakim jest wydanie dziecka na świat i nie ma sensu czuć się gorszą, jeśli się okaże, że nasza ciąża zostanie rozwiązana zabiegiem. Trzeba mieć świadomość, że każdy poród może zakończyć się cięciem cesarskim i jeśli będziemy przygotowane na taką ewentualność, to unikniemy niepotrzebnych rozczarowań. Coś w tym musi być, bo znam kilka kobiet, którym tak zależało na naturalnych porodach, że były bardzo zawiedzione, gdy okazało się to niemożliwe ze względów zdrowotnych. 


Odnośnie cesarek, tym co wyjątkowo wryło mi się w pamięć na tych zajęciach były rady położnej, by po cięciu nie zwlekać z informowaniem personelu i konieczności podania środków przeciwbólowych, bo gdy ból będzie już nasilony, środki nie zadziałają. 



część druga podsumowania -> tutaj



fot.www.miskuleczka.pl

fot.www.kallkwiktburystedmunds.co.uk
fot.www.jezykiemdziecka.wordpress.com

piątek, 10 stycznia 2014

(S)kurcze pieczone!

Żeby nie było za nudno, niedawno poznałam nowe uroki ciąży. 

Pierwszy to skurcze w łydce (tak, tylko w jednej). Pojawiają się o podobnej porannej porze i gdyby były bardziej przewidywalne spokojnie mogłabym nimi zastąpić budzik. Budzą bowiem tak skutecznie, że już żadna drzemka nie jest potrzebna! :)

Druga dolegliwość to zgaga. Upewniałam się u kilku źródeł, czy to na pewno to, bo zwykle zgaga kojarzyła mi się z pieczeniem w przełyku, a tym razem dyskomfort dotyczy samego żołądka. W rezultacie czuję to tak, jakby mi ktoś wylał wrzątek na brzuch, bo mam wrażenie piekącej skóry na wysokości żołądka, a nie gdzieś wewnątrz. 

Czyli mam dwa kolejne powody by nie przesypiać nocy (po bolącym kręgosłupie i częstych odwiedzinach toalety). Tłumaczę sobie to tak, że organizm już teraz się przyzwyczaja do konieczności wielokrotnego wstawania w nocy do dziecka. Na szczęście póki co po wybudzeniu mogę z powrotem zasnąć, choć i to nie zawsze się udaje. 


fot.www.info.edziecko.pl
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...