Jak w ciekawy sposób poinformować znajomych o potomku w drodze?
Powiedzieć: "Pokażemy wam zdjęcia z wakacji!" i wyciągnąć wydruk USG z Fasolką na pierwszym planie. Efekt gwarantowany! :)
Szalenie miło odbierało się reakcje znajomych i rodziny, zwłaszcza tych spośród nich, którzy absolutnie się nie spodziewali. Powiedzmy sobie szczerze, ja sama jeszcze rok temu byłabym zaskoczona :)
Wśród komentarzy typu "ale super" i "bardzo się cieszę", był też jeden szczególny, a brzmiał on: "wielkie gratulacje i podziwiam odwagę!". Głęboko zapadł mi w pamięć między innymi dlatego, że wypowiedziała go koleżanka, która też jeszcze nie ma dzieci. Wiedziałam, że doskonale rozumiała moje wcześniejsze obawy i trudności z podjęciem decyzji.
Mam świadomość, że dla większości ludzi moja ciąża jest jedynie naturalną koleją rzeczy, niczym wyjątkowym. Dla mnie wręcz przeciwnie - to ogromny przełom, którego zaistnienie wcale nie było takie oczywiste.
Moja kuzynka do dziś wspomina ogromną awersję do dzieci, której przez długie lata nie potrafiłam ukryć przed rodziną. Jaka była jej reakcja? "Sorry, ale nie widzę cię z pampersem w ręku - muszę to zobaczyć! :)"
fot.www.mamazone.pl
czwartek, 12 września 2013
sobota, 7 września 2013
Bilans zysków i....zysków (?)
Odkąd zaczęłam sobie wyobrażać siebie z brzuszkiem...
... przestałam widzieć ciążę jako coś, co zabiera kobiecie figurę, urodę, kondycję, zdrowie itp.
Przez 28 lat życia nasłuchałam się tak wiele o spustoszeniach w ciele, jakie niesie za sobą ciąża, poród i karmienie, że każdorazowo uznawałam, iż nie jestem gotowa na takie poświęcenie. Po prostu.
... przestałam widzieć w dzieciach intruzów, które nieproszone wkraczają w życie, zabijając małżeństwa, przewracając świat do góry nogami i bez reszty wypełniając sobą każdą wolną chwilę.
To też był dla mnie koszt, którego nie byłam gotowa ponieść. Zbyt ceniłam swoje życie w dotychczasowym kształcie, żeby ryzykować jakiekolwiek zachwianie równowagi.
... przestałam się bać utraty pracy.
Wiadomo jak to jest w polskich realiach - prawo chroni matki tylko pozornie i właściwie nic nie stoi na przeszkodzie, aby je zwolnić niedługo po ich powrocie z urlopu macierzyńskiego. I tego zawsze się obawiałam - że nie będę miała dokąd wracać i życie zawodowe trzeba będzie zaczynać od nowa. Z tym większą presją, że na utrzymaniu będzie dodatkowa osoba.
... przestałam się obawiać "przerwy w życiorysie"
Jako osoba aktywna zawodowo, towarzysko, posiadająca liczne zainteresowania i generalnie nie znająca nudy, nie mogłam sobie wyobrazić, że oto nagle będę musiała z wielu rzeczy zrezygnować.
Ile kosztuje dziecko?
Odkąd zaczęłam wyobrażać sobie siebie w ciąży, a potem jako matkę maluszka, nagle te wszystkie zmartwienia ustąpiły miejsca pewności, że nawet jeśli dotkną mnie któreś z powyższych komplikacji, to będę one niewielkie w porównaniu z wartością, jaką w moje życie wniesie ten mały człowiek.
Coraz mniej przerażały mnie wizje powietrza zabieranego mi przez dziecko, aż zniknęły całkowicie ustępując miejsca otwartości na to, że mój świat ulegnie zmianie. Czy na plus? Tego nie wiem. Na pewno będzie inaczej.
Od chwili, w której przestałam się kurczowo trzymać tego wszystkiego, czego nie chcę utracić, zaczęłam sobie uzmysławiać, jak wiele mogę zyskać. Choć wcześniej już wiele koleżanek opowiadało, że nie wyobrażają sobie życia bez ich dziecka, nie do końca wierzyłam, że ani przez chwilę nie żałowały, że już nic nie jest takie, jak było.
A teraz myślę sobie, że one po prostu były wobec siebie uczciwe i wiedziały, które rzeczy chcą zatrzymać (niezależnie od dziecka), dlatego nie traktowały dziecka jako przeszkody w osiąganiu swoich celów.
Może więc jednak znam odpowiedź na pytanie, co sprawiło, że zdecydowałam się powołać dziecko do życia? Przestałam myśleć o potomku wyłącznie w kategorii kosztów, które muszę ponieść (psychicznych i fizycznych).
Nie znaczy to, że teraz ich nie doszacowuję. Oczywiście wiem, że pewną cenę trzeba będzie zapłacić, ale teraz jestem gotowa zaryzykować. Chcę się przekonać o tych urokach macierzyństwa, o których nie da się opowiedzieć żadnymi słowami, ani ich wycenić. To pragnienie jest teraz silniejsze, niż wszystkie obawy razem wzięte.
O byciu matką można słuchać, czytać, można oglądać scenki z życia, ale nie można tego doświadczyć cudzym kosztem. Można poczuć jedynie na własnej skórze, we własnym ciele, własnymi emocjami.
Wyłącznie w praktyce.
fot.www.boscoanthony.com
fot.www.vaforlife.com
Gdy nadchodzi ten czas
Ilekroć zastanawiam się, co dokładnie sprawiło, że zapragnęłam dziecka, odpowiedź brzmi: nie wiem.
Jednocześnie dostrzegam pewne czynniki, które mogłabym uznać za katalizatory tej decyzji, ale nie mam pewności, że to właśnie one były decydujące.
Na pewno należą do nich choroby onkologiczne w mojej rodzinie zdiagnozowane w ostatnim czasie, które mogły mnie śmiertelnie przerazić i włączyć myślenie "może i ja mam coś w genach? może nie mam w życiu aż tak wiele czasu?" itp.
Drugi możliwy czynnik - sytuacja życiowa. Kobiety często decydują się na dziecko gdy czują stabilizację, mają tak zwane warunki do założenia rodziny. Do tego wora wrzuciłabym nie tylko finanse, dach nad głową i innego rodzaju podstawy bytowe, ale też osobę partnera. To często jego postawa życiowa i nastawienie (prorodzinne) ma o wiele większe znaczenie dla kobiety, niż zaplecze materialne. Obserwuję to zjawisko u koleżanek, które nie zawahały się przed decyzją o kolejnych dzieciach, chociaż z płynnością finansową bywało różnie.
Wracając do czynników potencjalnie decyzyjnych, kolejną rzeczą, którą zapamiętałam, mogła być informacja sąsiadki o jej ciąży. Bardzo się ucieszyłam na tą wieść -zupełnie nie w moim stylu (zwykle reagowałam na takie nowiny lekko naciąganym uśmiechem i myślałam: "aha, no skoro chciała, to fajnie, że się udało"). Tym razem było zupełnie inaczej. Ucieszyłam się tak bardzo, jakby to dotyczyło najbliższej mi osoby, a to była zaledwie nowo poznana sąsiadka! Byłam tak oszołomiona własnym entuzjazmem, że przez kolejne dni nie mogłam się z tym uporać :)
W pewnym momencie zorientowałam się, że dlatego mnie to tak cieszy, bo... mogłoby dotyczyć mnie samej! Dziwne odkrycie, bo przecież od lat mam w swoim otoczeniu koleżanki z dziećmi, które kiedyś podzieliły się ze mną wiadomością o ciąży. Jednak nigdy wcześniej nie odnosiłam tego do siebie. A tym razem... po raz pierwszy pomyślałam o tym, że ja też mogę być kiedyś w ciąży!
Co więcej, to wyobrażenie wydało mi się wtedy bardzo realne. Psycholożka w ciąży :)
Wszędzie dobrze, gdzie jesteśmy
Biorąc pod uwagę powyższe wydarzenia mogłabym wyciągnąć wniosek, że właśnie one sprawiły, że zapragnęłam dziecka. Ale nie robię tego, ponieważ to byłoby za duże uproszczenie. Już przed laty działy się podobne sytuacje, równie ważne życiowo, które spokojnie mogłyby wywołać jakiś przełom w moim myśleniu o potomstwie, a jednak tego nie zrobiły.
Najwidoczniej to nie był mój czas i tyle. Podobnie teraz, mógł wystarczyć jeden bodziec, a może było ich całe mnóstwo, gromadzących się latami.
Jednego jestem pewna: nastąpiła zasadnicza zmiana w moim myśleniu.
fot.www.flickr.com
fot.www.kampaniespoleczne.pl
Jednocześnie dostrzegam pewne czynniki, które mogłabym uznać za katalizatory tej decyzji, ale nie mam pewności, że to właśnie one były decydujące.
Na pewno należą do nich choroby onkologiczne w mojej rodzinie zdiagnozowane w ostatnim czasie, które mogły mnie śmiertelnie przerazić i włączyć myślenie "może i ja mam coś w genach? może nie mam w życiu aż tak wiele czasu?" itp.
Drugi możliwy czynnik - sytuacja życiowa. Kobiety często decydują się na dziecko gdy czują stabilizację, mają tak zwane warunki do założenia rodziny. Do tego wora wrzuciłabym nie tylko finanse, dach nad głową i innego rodzaju podstawy bytowe, ale też osobę partnera. To często jego postawa życiowa i nastawienie (prorodzinne) ma o wiele większe znaczenie dla kobiety, niż zaplecze materialne. Obserwuję to zjawisko u koleżanek, które nie zawahały się przed decyzją o kolejnych dzieciach, chociaż z płynnością finansową bywało różnie.
W tej chwili przypomina mi się filmik, który przysłała mi kiedyś zatroskana moim losem (=bezdzietnością) znajoma. Bohaterką filmiku była kobieta rodząca w bólach... odkurzacz. Dokładnie tak. Film był elementem kampanii społecznej i kończył się pytaniem: "A ty, co jeszcze musisz kupić, zanim zdecydujesz się na dziecko?".
W pierwszej chwili nie zrozumiałam, co to ma wspólnego ze mną, ale potem dotarło do mnie, że przesłanie koleżanki dla mnie było następujące: jeżeli nie masz dzieci ze względu na inne wydatki, to jesteś egoistyczną materialistką. Alternatywna interpretacja: jeśli masz wystarczająco dużo pieniędzy, aby pozwolić sobie na dziecko, ale tego nie robisz, to jest coś z tobą nie tak.W obu przypadkach zastanów się poważnie nad sobą kobieto!
Od tamtej pory wiedziałam, że jeśli chcę uniknąć tego typu komentarzy w przyszłości, to nie mogę posługiwać się argumentem finansowym przy usprawiedliwieniu decyzji o nieposiadaniu dziecka. Pewnie kiedyś, dla świętego spokoju wyrwało mi się coś w stylu: nie mam dziecka, bo (jeszcze) mnie nie stać. I choć to mało asertywna odpowiedź, skutecznie zamykała usta pytających. Zawsze to lepiej brzmi, niż: "nie, bo nie", a przynajmniej nie musiałam się tłumaczyć z braku uczuć macierzyńskich, na które - jak mi się wydawało - nie miałam wpływu.
Wracając do czynników potencjalnie decyzyjnych, kolejną rzeczą, którą zapamiętałam, mogła być informacja sąsiadki o jej ciąży. Bardzo się ucieszyłam na tą wieść -zupełnie nie w moim stylu (zwykle reagowałam na takie nowiny lekko naciąganym uśmiechem i myślałam: "aha, no skoro chciała, to fajnie, że się udało"). Tym razem było zupełnie inaczej. Ucieszyłam się tak bardzo, jakby to dotyczyło najbliższej mi osoby, a to była zaledwie nowo poznana sąsiadka! Byłam tak oszołomiona własnym entuzjazmem, że przez kolejne dni nie mogłam się z tym uporać :)
W pewnym momencie zorientowałam się, że dlatego mnie to tak cieszy, bo... mogłoby dotyczyć mnie samej! Dziwne odkrycie, bo przecież od lat mam w swoim otoczeniu koleżanki z dziećmi, które kiedyś podzieliły się ze mną wiadomością o ciąży. Jednak nigdy wcześniej nie odnosiłam tego do siebie. A tym razem... po raz pierwszy pomyślałam o tym, że ja też mogę być kiedyś w ciąży!
Co więcej, to wyobrażenie wydało mi się wtedy bardzo realne. Psycholożka w ciąży :)
Wszędzie dobrze, gdzie jesteśmy
Biorąc pod uwagę powyższe wydarzenia mogłabym wyciągnąć wniosek, że właśnie one sprawiły, że zapragnęłam dziecka. Ale nie robię tego, ponieważ to byłoby za duże uproszczenie. Już przed laty działy się podobne sytuacje, równie ważne życiowo, które spokojnie mogłyby wywołać jakiś przełom w moim myśleniu o potomstwie, a jednak tego nie zrobiły.
Najwidoczniej to nie był mój czas i tyle. Podobnie teraz, mógł wystarczyć jeden bodziec, a może było ich całe mnóstwo, gromadzących się latami.
Jednego jestem pewna: nastąpiła zasadnicza zmiana w moim myśleniu.
fot.www.flickr.com
fot.www.kampaniespoleczne.pl
wtorek, 3 września 2013
Obwód w udzie i dietetyczka w obwodzie
Jak już wiecie, nie odpuszczam w poszukiwaniach kulinarnego gotowca. Wprawdzie bogactwo zasobów internetowych jest nieprzebrane, ale ciągle wolałabym zebrane wszystkie przepisy w jednym miejscu. Ostatecznie gwiazdka wyróżniająca wybrane strony jako ulubione w mojej przeglądarce wcale nie przypomina mi o daniu w chwili, kiedy akurat poszukuję inspiracji albo szybkiego przepisu.
W jedynej do tej pory pozycji jaką namierzyłam, czyli "poradniku dietetyczki hedonistki” , poza przepisami znalazłam ciekawą informację o tym, że obwód w udzie jest wskaźnikiem przybierania na wadze w ciąży i można się zorientować, czy aby nie tyjemy za szybko.
Dokładniej rzecz ujmując, obwód w udzie - przy właściwym odżywianiu - właściwie nie powinien się zmienić, lub powiększyć tylko nieznacznie. Jeśli więc już w pierwszych miesiącach zauważymy, że zwiększa się dość konkretnie, to jest to sygnał, że trochę przeholowałyśmy z kalorycznością potraw.
I właśnie w chwili dokonywania pomiaru uda olśniło mnie. Dietetyczka! Mam dietetyczkę w dalszej rodzinie!
Szybko skontaktowałam się z M., ponarzekałam na brak ciekawych wydawnictw kulinarnych i ...wcale nie spotkałam się z pełnym zrozumieniem. Powiedziała, że każdy organizm jest trochę inny i każda kobieta inaczej przechodzi przez ciążę, więc nie można sztampowo podejść do tematu żywienia w ciąży. A więc jednak. Brak jednoznacznych wytycznych jest usprawiedliwiony. Jednocześnie zaoferowała pomoc w zakresie zaleceń dietetycznych i korekty mojego jadłospisu.
Udało się. Temat jedzenia wydaje się ogarnięty i pod kontrolą :)
fot.www.lublin.yasumi.pl
niedziela, 1 września 2013
Ja jestem! :)
"To moje pierwsze godziny
Jestem najmłodsze z całej rodziny
Jestem jak małe ziarenko
Czuję, że żyję, urosnę wam prędko
Ja jestem
Ja czuję
Ja żyje
moje serce bije!
To moje pierwsze tygodnie
U mamy pod sercem jest mi wygodnie
I czekam z radości już skacze
Kiedy was w końcu wszystkich zobaczę
Moje serce już dawno bije
Dziękuje ci mamo za to że żyję
Moje serce już dawno bije
Dziękuje ci tato za to że żyję"
Ta właśnie piosenka Arki Noego zaczęła mi się odtwarzać w głowie chwilę po tym, jak zobaczyłam na monitorze u ginekologa małą fasolkę w moim brzuchu.
Naprawdę tam jest!
Małe pulsujące serduszko w niewielkim pęcherzyku!
Choć czekałam na tą chwilę kilka tygodni, spodziewając się potwierdzenia ciąży, to jednak zaskoczenie było ogromne. Właściwie nie potrafię znaleźć odpowiednich słów, żeby to opisać, więc nawet nie próbuję.
W zamian zostawiam Was z utworem "Ja jestem". Mam nadzieję, że link działa - niestety nie jestem w stanie sama tego sprawdzić, bo każdorazowo wzrusza mnie do łez i potem pół godziny ryczę jak bóbr...
>> Arka Noego "Ja jestem"
fot. źródło własne
Subskrybuj:
Posty (Atom)







