Jeśli komukolwiek tytuł powyższy kojarzy się ze słynnym felietonem Agnieszki Chylińskiej, rozpoczynającym się od słów: "Ja wiem, że Machina to nie jest miesięcznik dla początkujących matek...", to jest to prawidłowe skojarzenie. Właściwie zamiast silić się na tekst o podsumowaniu połogu (bo tym tematem chcę się w tej chwili zająć), mogłabym podpiąć linka do owego artykułu i byłoby po sprawie. Wysilę się jednak, bo jest (nie)jedno "ale".
Zresztą link zamieszczam i tak, żeby Czytelnik wiedział do czego nawiązuję: Macierzyństwo to ściema.
Błogosławiona niewiedza
Gdy spoglądam wstecz na tych kilka pierwszych tygodni z maluchem w domu, mam ekstremalnie mieszane uczucia. Trochę nie dowierzam, że to już za mną (że przetrwałam "najgorsze"), a trochę jestem zdumiona, że tak to nieźle wyglądało.
Jeśli chodzi o kondycję fizyczną nie będę się powtarzać, bo wspominałam o niej w poprzednich wpisach. Podsumowując, uratowała mnie niewiedza. Jak człowiek nie wie, na co idzie, to się nie boi. Zastaje fakty i musi je przyjąć do wiadomości. Ja tak bardzo skupiłam się na opanowywaniu stresu przed normalnym porodem, że następstwami cesarskiego cięcia byłam kompletnie zaskoczona. Może to i lepiej, bo gdybym wcześniej wiedziała...
Cierpienie fizyczne pokazało mi jedną bardzo ważną rzecz o samej sobie: nie jestem w stanie długo go znosić. Po prostu nie. Zrobię wszystko, żeby usunąć ból lub chociażby go zredukować. Gdybym żyła w czasach torturowań, to od razu wypaplałabym wszystkie tajemnice, byle tylko nikt nie robił mi krzywdy. W podziemiu też nie mogłabym działać.
Jak śpi i jeść nie woła
A jednak do dziecka dawałam radę wstawać. Jakaś magiczna siła, coś poza mną, kazało mi podchodzić i zaspokajać kolejne potrzeby synka. Kiedy było bardzo ciężko, mówiłam sobie, że to już tylko jeden ostatni raz, na więcej nie starczy mi sił. Ale dziwnym trafem starczało.
Ściemą okazało się moje wyobrażenie na temat okresów snu i czuwania dziecka. Ludzie dookoła mówili: "taki maluszek to przecież prawie cały czas śpi". Doprawdy? Hmm... To już wiem, skąd się wzięło powiedzenie, że dziecko jest urocze jak śpi i jeść nie woła. Szkoda tylko, że nie ma czasu na przyglądanie się takiemu uroczemu śpiochowi, bo każda wolna chwila gdy maluch zmruży oko, jest na wagę złota.
Do dziś nie wiem, skąd matki mają siły do prawie 24-godzinnej aktywności na dobę. Gdy mój synek zapadał w sen na cztery godziny w nocy, to dla mnie - po odliczeniu czasu na toaletę, kolację, ogarnięcie domu - na sen zostawały dwie. I tak dzień w dzień (i noc w noc). Kto wie, może mózg jest tak inteligentnym tworem, że przy pomocy hormonów jest w stanie u młodych matek skompilować sen z ośmiu do dwóch godzin, bez utraty jego jakości?
Ulegając propagandzie
Wracając do Chylińskiej, prawie mogłabym się podpisać pod jej tekstem. A jak wiadomo, prawie robi różnicę. Właściwie to mniej niż prawie. Różnicę między jej wrażeniami z pierwszego miesiąca macierzyństwa, a moimi jest taka, że ja od początku spodziewałam się, że będzie "rokendrol". Oczywiście nie do końca miałam pojęcie na czym on dokładnie miałby polegać, ale z góry założyłam, że łatwo nie będzie. Reklamy z bobaskami w roli głównej ani optymistyczne słowa kobiet, które zapomniały już jak to było w połogu, nie zaciemniły obrazu macierzyństwa, który przez lata powstawał w mojej głowie. Posiadanie dziecka od zawsze jawiło mi się jako ogromne wyzwanie, bo nieprzespane noce, bo wrzask, bo ciągła potrzeba zajmowania się, bo odpowiedzialność za rozwój i milion wyrzeczeń. To przecież dlatego do niedawna nie myślałam o potomku uważając, że to nie na moje siły. Czułam, co się święci :)
Z panią Agnieszką mogę sobie natomiast podać rękę w sprawie karmienia. Na komplikacje w tym temacie nie byłam przygotowana w ogóle. Ze szkoły rodzenia zapamiętałam, że karmić należy na żądanie, ale nie rzadziej niż co 3 godziny licząc od chwili rozpoczęcia karmienia. W praktyce... - temu wątkowi poświęcę już osobny wpis, bo po pierwsze mam sporo do powiedzenia, a po drugie - zasługuje na to.
Na czarnym szlaku
Próbując streścić połóg w kilku zdaniach, porównałabym go do wspinania się na wysoką górę. Mozolna wspinaczka dzień po dniu, w zasięgu wzroku jedynie najbliższy odcinek zbocza, nie widać ani szczytu, ani sąsiednich gór. Nie ma czasu na oglądanie się za siebie, trzeba oszczędzać siły. Celem wędrówki jest wierzchołek góry, jeszcze nie wiadomo jak wysokiej. I gdy w końcu noga staje na szczycie, oczom ukazuje się rozległy masyw górski, a dalsza droga wiedzie grzbietami, łącząc się z linią horyzontu.
Dokładnie takie miałam odczucie, gdy kalendarz wskazał zakończenie połogu. Wcześniej wydawało mi się, że ten pierwszy odcinek macierzyńskiej podróży to odcinek specjalny, po którym będzie już nieco z górki. Ale ze szczytu widzę wyraźnie, że dalsza ścieżka nie prowadzi w dół. Teraz już cały czas będę poruszać się na wysokości kilku tysięcy metrów, a nie - jak dotychczas - na nizinach. Jak powiedziała nam położna - nie dościgniemy niemowlęcia w rozwoju, zawsze zaskoczy nas czymś nowym. Gdy już nauczymy się go i przyzwyczaimy do pewnych zachowań, nazajutrz mogą się one okazać nieaktualne. Jak w piosence do serialu Rodzinka.pl: "(...) nie śpię już okrągły rok i zawsze za nimi o krok". A jednak chcę "więcej jeśli się da, błagam o więcej każdego dnia"...
Rozstrzygnięcie
Czy macierzyństwo to ściema? Powiedziałabym, że to zależy od punktu wyjścia, czyli poprzedzających je wyobrażeń, wiedzy oraz przygotowania. Moje macierzyństwo zrodziło się po wielu latach totalnej znieczulicy względem dzieci, a nieraz otwartej niechęci. Przez te wszystkie lata naoglądałam się, jak to inni rodzice użerają się z nimi i to wystarczyło, żebym powiedziała "to ja podziękuję".
Teraz, kiedy sama zakosztowałam jak to jest, uważam że moja niegdysiejsza awersja uchroniła mnie dziś przed bolesnym rozczarowaniem. To taka strategia na życie - nastawić się na najgorsze, żeby się potem przekonać, że nie jest aż tak źle. Powiem więcej. Jest nie tylko nieźle, ale bywa też zaskakująco dobrze. Bo przecież "bezzębny dziamdziak" nie je na okrągło, pieluchy dobrze wchłaniają wilgoć i nawet najbardziej rozwrzeszczanego zawodnika w którymś momencie zmorzy sen.
fot.www.babyonline.pl
fot.www.familie.pl
fot.www.orange.jobs
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania macierzyństwo, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
Wszystkie posty spełniające kryteria zapytania macierzyństwo, posortowane według trafności. Sortuj według daty Pokaż wszystkie posty
środa, 4 czerwca 2014
Macierzyństwo to ściema?
Etykiety:
awersja,
ból,
Chylińska,
czuwanie,
kupicha,
machina,
macierzyństwo to ściema,
podsumowanie,
połóg,
propaganda,
rodzinka.pl,
rokendrol,
rozczarowanie,
sen,
siła,
szczyt,
wspinaczka,
zmęczenie
wtorek, 30 lipca 2013
Awansując na matkę
Która pracująca kobieta nie zastanawiała się choć raz, jak jej macierzyństwo wpłynie na życie zawodowe? Czy będzie miała możliwość powrotu do tej samej pracy, na to samo stanowisko? A może będzie skazana na rozpoczęcie wszystkiego od nowa?
A czy któraś kobieta przed decyzją o pierwszym dziecku myślała o tym, jak dobrze będzie być pracującą mamą? O tym, jakich nowych umiejętności jej przybędzie? I z jaką łatwością podoła wyzwaniom zawodowym po tym, czego doświadczy jako rodzic?
Nie wiem, jak Wy, ale ja dotychczas spotykałam się niemal wyłącznie z tym pierwszym wzorcem. Czyli dominacja obaw o pracę i postrzeganie macierzyństwa jako pewnej przeszkody w karierze. Oczywiście większość mam nie mówi wprost, że dziecko to problem, ale z wielu wypowiedzi można wyłapać informacje o szeregu kłopotów. Najczęściej chodzi o konieczność pogodzenia ról, organizacji opieki nad dzieckiem na czas pracy czy nietolerancję zwolnień lekarskich przez pracodawców w przypadku częstych chorób dziecka. Te problemy dotyczą oczywiście tych kobiet, które mają dokąd wracać po urlopie macierzyńskim, nierzadko zresztą skracanym z obawy o utratę stanowiska.
Przerwa w CV
Nie ukrywam, że ja sama wielokrotnie zastanawiałam się "jak to będzie", gdy nadejdzie ten czas, aby zakomunikować szefowi, że jestem w ciąży. Jak będę traktowana w pracy przez kolejne miesiące, kto przejmie moje obowiązki na czas mojej nieobecności i jak długa to będzie nieobecność? I czy firma będzie czekać na mój powrót z otwartymi ramionami, czy wręcz przeciwnie.
Przez długi czas zamartwiałam się, że podczas gdy ja w domu będę uczyć się bycia mamą, to coś cennego w pracy mnie ominie. Życie firmowe nie zatrzyma się przecież z mojego powodu, nikt nie wciśnie pauzy, żeby po moim powrocie znów włączyć "play". Wiem, jak dynamiczna potrafi być sytuacja w pracy podczas mojej nieobecności, a co dopiero kiedy mnie nie będzie i trzeba będzie coś nadrobić. Nagle wypadnę z obiegu i przestanę być na bieżąco. I może już nigdy nie będę...?
Takie wyobrażenia przerażały mnie nie na żarty. Bo praca to ważna część życia i nie chcę z niej rezygnować. A dziecko niejako taką rezygnację wymusza, choćby na jakiś czas. Co więcej, o wiele trudniej cokolwiek przewidzieć, bo nie wiemy z góry, jak zniesiemy ciążę, albo jakim dzieckiem będzie syn lub córka po urodzeniu. Z tych względów ciężko planować długofalowo, obiecywać sobie i szefowi obecność czy zaangażowanie, bo zwyczajnie możemy nie dotrzymać słowa. I właśnie ta wielka niewiadoma, podszyta lękiem o przyszłość, wielokrotnie doprowadzała mnie do stwierdzenia: to jeszcze nie czas na przerwę.
Gdy podzieliłam się moją refleksją ze znajomą, matką dwójki dorosłych dzieci, potwierdziła, że nie ma czegoś takiego jak najlepszy moment. "Nie nie ma czasu lepszego, ani gorszego. Dziecko przyjdzie na świat wtedy, kiedy będzie chciało - kiedy rodzice będą gotowi. A przerwy w CV są dobre."
Nowa ścieżka kariery
Podczas gdy tak kurczowo trzymałam się chęci zachowania ciągłości życia zawodowego, niespodziewanie przypomniałam sobie o koncepcji kapitału kariery zaproponowanej przez prof. Bańkę. Pamiętam, że na studiach fascynowały mnie zajęcia z doradztwa zawodowego, a zwłaszcza konteksty zmian w pojęciu pracy i kariery. Otóż współczesne ujęcie zakłada, że kariera ma charakter podmiotowy - zawsze jest czyjaś, natomiast zawody są najczęściej kontekstami, w których kariera się dokonuje. Oznacza to, że w karierę wliczają się również aktywności nie związane bezpośrednio z wykonywaną pracą, ale takie, które do niej przygotowują (np. edukacja) albo kształtują dojrzałość zawodową. Czyli nawet bezrobotni mają swoją karierę, w ramach której podejmują działania mające na celu szkolenie się i znalezienie zatrudnienia. Podobnie matki, będąc czasowo wyłączone z zawodowego życia, nabywają doświadczeń i umiejętności, które mogą potem z powodzeniem wykorzystać w pracy.
Cóż to mogą być za umiejętności? Jako nie-matka mogę tylko powtórzyć za doświadczonymi kobietami, jak bardzo macierzyństwo przekłada się na rozwój empatii, cierpliwości, koncentracji, wielozadaniowości, zdolności negocjacyjnych czy organizacyjnych. Pamiętacie kampanię społeczną Departamentu ds. Kobiet, Rodziny i Przeciwdziałania Dyskryminacji z 2007 pod hasłem "Mamy w pracy mogą więcej?". To dowód na to, że macierzyństwo zaskakuje kobiety pozytywnie również w aspekcie własnego rozwoju osobistego i zawodowego.
Może zatem pytanie "kiedy i jak wpleść dziecko w karierę?" warto zastąpić otwartością na to, co dobrego z niego wyniesiemy - poza rodzicielską satysfakcją? Albo, idąc jeszcze dalej, zaczekać na rozwój wydarzeń, bo zawsze się może okazać, że dziecko zrobi w życiu taką rewolucję, po której powyższe dylematy znikną bez śladu...?
W ramach podsumowania zapraszam do przeczytania podobnych wątpliwości innej autorki wraz z komentarzami doświadczonych mam, które są już "po tej drugiej stronie": Zawód: matka.
fot. www.regiopraca.pl
fot.www.praca.gazetaprawna.pl
wytłuszczony cytat pochodzi ze strony www.biegnacazwilkami.com
A czy któraś kobieta przed decyzją o pierwszym dziecku myślała o tym, jak dobrze będzie być pracującą mamą? O tym, jakich nowych umiejętności jej przybędzie? I z jaką łatwością podoła wyzwaniom zawodowym po tym, czego doświadczy jako rodzic?
Nie wiem, jak Wy, ale ja dotychczas spotykałam się niemal wyłącznie z tym pierwszym wzorcem. Czyli dominacja obaw o pracę i postrzeganie macierzyństwa jako pewnej przeszkody w karierze. Oczywiście większość mam nie mówi wprost, że dziecko to problem, ale z wielu wypowiedzi można wyłapać informacje o szeregu kłopotów. Najczęściej chodzi o konieczność pogodzenia ról, organizacji opieki nad dzieckiem na czas pracy czy nietolerancję zwolnień lekarskich przez pracodawców w przypadku częstych chorób dziecka. Te problemy dotyczą oczywiście tych kobiet, które mają dokąd wracać po urlopie macierzyńskim, nierzadko zresztą skracanym z obawy o utratę stanowiska.
Przerwa w CV
Nie ukrywam, że ja sama wielokrotnie zastanawiałam się "jak to będzie", gdy nadejdzie ten czas, aby zakomunikować szefowi, że jestem w ciąży. Jak będę traktowana w pracy przez kolejne miesiące, kto przejmie moje obowiązki na czas mojej nieobecności i jak długa to będzie nieobecność? I czy firma będzie czekać na mój powrót z otwartymi ramionami, czy wręcz przeciwnie.
Przez długi czas zamartwiałam się, że podczas gdy ja w domu będę uczyć się bycia mamą, to coś cennego w pracy mnie ominie. Życie firmowe nie zatrzyma się przecież z mojego powodu, nikt nie wciśnie pauzy, żeby po moim powrocie znów włączyć "play". Wiem, jak dynamiczna potrafi być sytuacja w pracy podczas mojej nieobecności, a co dopiero kiedy mnie nie będzie i trzeba będzie coś nadrobić. Nagle wypadnę z obiegu i przestanę być na bieżąco. I może już nigdy nie będę...?
Takie wyobrażenia przerażały mnie nie na żarty. Bo praca to ważna część życia i nie chcę z niej rezygnować. A dziecko niejako taką rezygnację wymusza, choćby na jakiś czas. Co więcej, o wiele trudniej cokolwiek przewidzieć, bo nie wiemy z góry, jak zniesiemy ciążę, albo jakim dzieckiem będzie syn lub córka po urodzeniu. Z tych względów ciężko planować długofalowo, obiecywać sobie i szefowi obecność czy zaangażowanie, bo zwyczajnie możemy nie dotrzymać słowa. I właśnie ta wielka niewiadoma, podszyta lękiem o przyszłość, wielokrotnie doprowadzała mnie do stwierdzenia: to jeszcze nie czas na przerwę.
Gdy podzieliłam się moją refleksją ze znajomą, matką dwójki dorosłych dzieci, potwierdziła, że nie ma czegoś takiego jak najlepszy moment. "Nie nie ma czasu lepszego, ani gorszego. Dziecko przyjdzie na świat wtedy, kiedy będzie chciało - kiedy rodzice będą gotowi. A przerwy w CV są dobre."
Nowa ścieżka kariery
Podczas gdy tak kurczowo trzymałam się chęci zachowania ciągłości życia zawodowego, niespodziewanie przypomniałam sobie o koncepcji kapitału kariery zaproponowanej przez prof. Bańkę. Pamiętam, że na studiach fascynowały mnie zajęcia z doradztwa zawodowego, a zwłaszcza konteksty zmian w pojęciu pracy i kariery. Otóż współczesne ujęcie zakłada, że kariera ma charakter podmiotowy - zawsze jest czyjaś, natomiast zawody są najczęściej kontekstami, w których kariera się dokonuje. Oznacza to, że w karierę wliczają się również aktywności nie związane bezpośrednio z wykonywaną pracą, ale takie, które do niej przygotowują (np. edukacja) albo kształtują dojrzałość zawodową. Czyli nawet bezrobotni mają swoją karierę, w ramach której podejmują działania mające na celu szkolenie się i znalezienie zatrudnienia. Podobnie matki, będąc czasowo wyłączone z zawodowego życia, nabywają doświadczeń i umiejętności, które mogą potem z powodzeniem wykorzystać w pracy.
Cóż to mogą być za umiejętności? Jako nie-matka mogę tylko powtórzyć za doświadczonymi kobietami, jak bardzo macierzyństwo przekłada się na rozwój empatii, cierpliwości, koncentracji, wielozadaniowości, zdolności negocjacyjnych czy organizacyjnych. Pamiętacie kampanię społeczną Departamentu ds. Kobiet, Rodziny i Przeciwdziałania Dyskryminacji z 2007 pod hasłem "Mamy w pracy mogą więcej?". To dowód na to, że macierzyństwo zaskakuje kobiety pozytywnie również w aspekcie własnego rozwoju osobistego i zawodowego.
Może zatem pytanie "kiedy i jak wpleść dziecko w karierę?" warto zastąpić otwartością na to, co dobrego z niego wyniesiemy - poza rodzicielską satysfakcją? Albo, idąc jeszcze dalej, zaczekać na rozwój wydarzeń, bo zawsze się może okazać, że dziecko zrobi w życiu taką rewolucję, po której powyższe dylematy znikną bez śladu...?
"To nie dziecko ogranicza nasze horyzonty w życiu, a nasz sposób myślenia o nim."
W ramach podsumowania zapraszam do przeczytania podobnych wątpliwości innej autorki wraz z komentarzami doświadczonych mam, które są już "po tej drugiej stronie": Zawód: matka.
fot. www.regiopraca.pl
fot.www.praca.gazetaprawna.pl
wytłuszczony cytat pochodzi ze strony www.biegnacazwilkami.com
piątek, 7 lutego 2014
Ja - kobieta
To, z jaką rolą życiową najczęściej ludzie się utożsamiają można łatwo sprawdzić, zadając pytanie: "kim jesteś", albo "czym się zajmujesz". Wtedy padają odpowiedzi: jestem prawnikiem, studentem, lekarzem, księgową, babcią, wychowuję dzieci, śpiewam, skaczę ze spadochronu, jeżdżę po świecie, szkolę, robię to co lubię, zarabiam na rodzinę, szukam pracy. Odpowiedzi będzie tyle ile respondentów. I nie znaczy to, że podane zajęcie lub funkcja jest jedyną, ale można podejrzewać, że najważniejszą życiową rolą.
Jeszcze nie wiem, jak zadziała na mnie macierzyństwo, ale na pewno nie chciałabym, żebym od dnia narodzin mojego dziecka ograniczyła się do bycia matką. Bo ciągle jestem jeszcze partnerką, przyjaciółką, córką, siostrą, psychologiem, pracownikiem, może jeszcze kiedyś studentką i tak dalej. Mam swoje zainteresowania, lubię się czasem zaszyć tylko z moimi sprawami. Mam marzenia i plany. I przede wszystkim: jestem kobietą.
Właśnie dlatego gdy dowiedziałam się o warsztacie "Ja-kobieta", będącym zaproszeniem do dłuższego cyklu w ramach grupy rozwojowej dla kobiet, postanowiłam - idę!
Pokaż mi swoją torebkę, a powiem ci...
Jak to bywa na warsztatach prowadzonych przez doświadczonych i kreatywnych trenerów, na bazie jednego, z pozoru niewyszukanego ćwiczenia, można zbudować całe zajęcia, podyskutować, skonstruować teorię, wyciągnąć wnioski i zabrać coś dla siebie.
W każdym razie ja wzięłam dla siebie bardzo dużo. O swoich potrzebach, postrzeganiu kobiecości, o utożsamianiu się z kobiecymi/niekobiecymi rzeczami, o znaczeniu innych kobiet w moim życiu.
Co ciekawe, grupa kobiet w jakiej się spotkałyśmy (nie znających się wcześniej), była bardzo różnorodna, przez co interesująca, a jednocześnie - wbrew stereotypom - nie wyczuwało się atmosfery rywalizacji i poczucia zagrożenia (zazdrość, czy zawiść).
Zaskakującym dla mnie było też, że choć każda z nas pochodziła z zupełnie innej bajki, to jednak miałyśmy ze sobą wiele wspólnego - pomimo różnic w poglądach, w stylu życia czy preferowanym modelu rodziny. Wspólnym mianownikiem okazała się właśnie kobiecość, którą można w sobie odkryć w takim właśnie "babińcu", gdzie inne kobiety są dla nas lustrami...
Testosteron w mniejszości
OK, nie był to sam babiniec. Nie ukrywałam przed pozostałymi uczestniczkami, że będzie nas podsłuchiwał pewien jegomość, ale postara się nie zakłócać przebiegu warsztatu i nie wtrącać w babskie sprawy. Jednak po ruchach synka wyraźnie czułam, że osiągnął szczyt swojej aktywności i o spaniu ani myślał. Na szczęście dotrwaliśmy do końca zajęć, bo łaskawie nie kopał mnie po pęcherzu, więc warsztat uznaję za w pełni zaliczony i udany :)
fot.www.trenerzy.slask.pl
fot.www.sara.my
Jeszcze nie wiem, jak zadziała na mnie macierzyństwo, ale na pewno nie chciałabym, żebym od dnia narodzin mojego dziecka ograniczyła się do bycia matką. Bo ciągle jestem jeszcze partnerką, przyjaciółką, córką, siostrą, psychologiem, pracownikiem, może jeszcze kiedyś studentką i tak dalej. Mam swoje zainteresowania, lubię się czasem zaszyć tylko z moimi sprawami. Mam marzenia i plany. I przede wszystkim: jestem kobietą.
Właśnie dlatego gdy dowiedziałam się o warsztacie "Ja-kobieta", będącym zaproszeniem do dłuższego cyklu w ramach grupy rozwojowej dla kobiet, postanowiłam - idę!
Pokaż mi swoją torebkę, a powiem ci...
Jak to bywa na warsztatach prowadzonych przez doświadczonych i kreatywnych trenerów, na bazie jednego, z pozoru niewyszukanego ćwiczenia, można zbudować całe zajęcia, podyskutować, skonstruować teorię, wyciągnąć wnioski i zabrać coś dla siebie.
W każdym razie ja wzięłam dla siebie bardzo dużo. O swoich potrzebach, postrzeganiu kobiecości, o utożsamianiu się z kobiecymi/niekobiecymi rzeczami, o znaczeniu innych kobiet w moim życiu.
Co ciekawe, grupa kobiet w jakiej się spotkałyśmy (nie znających się wcześniej), była bardzo różnorodna, przez co interesująca, a jednocześnie - wbrew stereotypom - nie wyczuwało się atmosfery rywalizacji i poczucia zagrożenia (zazdrość, czy zawiść).
Zaskakującym dla mnie było też, że choć każda z nas pochodziła z zupełnie innej bajki, to jednak miałyśmy ze sobą wiele wspólnego - pomimo różnic w poglądach, w stylu życia czy preferowanym modelu rodziny. Wspólnym mianownikiem okazała się właśnie kobiecość, którą można w sobie odkryć w takim właśnie "babińcu", gdzie inne kobiety są dla nas lustrami...
Testosteron w mniejszości
OK, nie był to sam babiniec. Nie ukrywałam przed pozostałymi uczestniczkami, że będzie nas podsłuchiwał pewien jegomość, ale postara się nie zakłócać przebiegu warsztatu i nie wtrącać w babskie sprawy. Jednak po ruchach synka wyraźnie czułam, że osiągnął szczyt swojej aktywności i o spaniu ani myślał. Na szczęście dotrwaliśmy do końca zajęć, bo łaskawie nie kopał mnie po pęcherzu, więc warsztat uznaję za w pełni zaliczony i udany :)
fot.www.trenerzy.slask.pl
fot.www.sara.my
czwartek, 25 lipca 2013
Specjalistyczny anty-poradnik
Jakiś czas temu obejrzałam urywek programu, w którym rozmawiano o problemie nadmiernego zawierzania ekspertom. Wskazywano na wartość specjalistów z różnych dziedzin i ich niewątpliwy wkład w niesienie pomocy potrzebującym, pokazując jednocześnie coraz mniejsze zaufanie ludzi do siebie samych. W konsekwencji przestajemy ufać we własne siły i tracimy wiarę, że sami możemy z powodzeniem rozwiązywać swoje problemy i pokonywać przeszkody, zamiast tego składamy swoje życie w ręce ekspertów z różnych dziedzin.
Z jednej strony może mamy na głowie zbyt wiele spraw i choćby częściowe zrzucenie odpowiedzialności na kogoś innego jawi się jako wygodne rozwiązanie, ale tym samym odbieramy sobie szansę na wykazanie się zaradnością i naukę na własnym niepowtarzalnym doświadczeniu.
Nie pamiętam głównego tematu dyskusji, za to szczególnie dobrze usłyszałam przykład matek. Zaproszony gość, terapeuta mówił o zagubieniu kobiet współczesnego pokolenia, które wszystko chcą mieć podane na tacy. Wolą przeczytać książkę o tym, co czuje kobieta w ciąży, niż poobserwować, jak same się czują. Wolą przeczytać poradnik o pielęgnacji dzieci, niż nauczyć się własnego dziecka i reagować na jego indywidualne potrzeby.
Cóż, niezupełnie dziwi mnie taka postawa. Przecież lepiej stosować cudze sprawdzone metody, niż samemu szukać po omacku. Innymi słowy, łatwiej (mniej boleśnie) uczyć się na cudzych błędach, niż dochodzić do wszystkiego wyciągając wnioski z własnych wzlotów i upadków. Ale czy na pewno...?
Eksperci do spraw człowieczeństwa
Nie wiem dlaczego, bardzo mocno ten dylemat we mnie siedzi. Bo czy ja byłabym gotowa zaufać sobie na tyle, by nie bać się, że przez moją niewiedzę i powolne dochodzenie do prawdy ucierpi moje dziecko? Czy mimo, iż nie mogłabym sobie zarzucić ignorancji i lenistwa w pozyskiwaniu wiedzy, potrafiłabym sobie wybaczyć potknięcia i traktować je jako naturalne na drodze edukacji?
I znów wrócę do Matki Natury i istoty naszego istnienia w świecie. Czyż nie jesteśmy wyposażeni we wszystko, co potrzebne do życia i do przeżycia? Czy my kobiety nie mamy wbudowanego systemu "instynktownie poprawna opieka nad potomstwem"? Przecież zanim nastała era poradników, kobiety jakoś sobie radziły. Może nawet nie jakoś, ale całkiem dobrze, dzięki temu, że były spokojniejsze niż kobiety współczesne. Uczyły się od matek, babek i do głowy zapewne im nie przychodziło, że robią coś niewłaściwie.
Mam taką obserwację, że wobec wszechobecnych ekspertów i autorytetów bardzo często brakuje nam odwagi życia po swojemu. Jasne, utytułowani w swoich dziedzinach specjaliści posiadają cenną wiedzą, ale nie zastąpi ona samopoznania i wypracowania własnych metod. Niestety gdy widzimy w mediach, że do skomentowania najbardziej błahej sprawy zapraszany jest psycholog, to zaczynamy sądzić, że w poważniejszych tematach bez eksperta ani rusz.
Co na to psycholog?
Niejednokrotnie moje znajome pytają mnie w zupełnie prywatnych rozmowach na różne tematy "a jak to wygląda z psychologicznego punktu widzenia"? Oczywiście odpowiadam tak, jak by to zrobił specjalista, ale już po chwili dodaję, że nie jest to prawda objawiona i jedyna możliwa interpretacja oraz że gdy dokładnie się przyjrzą własnemu doświadczeniu, to znajdą tam wiele odpowiedzi. Psychologia, podobnie jak inne nauki o człowieku, jest bardzo przydatną dziedziną wiedzy, ale w korzystaniu z jej dorobku też warto zachować umiar. Bo czy tylko z tego powodu, że ktoś już zbadał i opisał macierzyństwo, mamy się pozbawić odkrywania go we własnym życiu? Czy ktoś najadł się patrząc w talerz sąsiada? Czy można zaznać miłości czytając jedynie romantyczne opisy w literaturze?
Żadna teoria nie zastąpi własnych przeżyć. Dlatego mam takie pragnienie, żeby pozwolić sobie na bycie w przyszłości matką, która najpierw pozna swoje dziecko, a dopiero potem uzupełni ewentualne braki w wiedzy, doczytując. Żeby najpierw zobaczyć i poczuć, a dopiero potem sięgać po cudze doświadczenia.
A zanim to nastąpi odświeżę sobie jedną z ważniejszych książek, jakie kiedykolwiek przeczytałam o kobiecie: "Biegnąca z wilkami" Clarissy Pinkoli Estes. O mądrości kobiecej bazującej na naturalnych instynktach i znajomości siebie. I o tym, że wszystkie doskonale wiemy, jak żyć.
fot. www.education.gov.uk
fot. www.tapeciarnia.pl
Z jednej strony może mamy na głowie zbyt wiele spraw i choćby częściowe zrzucenie odpowiedzialności na kogoś innego jawi się jako wygodne rozwiązanie, ale tym samym odbieramy sobie szansę na wykazanie się zaradnością i naukę na własnym niepowtarzalnym doświadczeniu.
Nie pamiętam głównego tematu dyskusji, za to szczególnie dobrze usłyszałam przykład matek. Zaproszony gość, terapeuta mówił o zagubieniu kobiet współczesnego pokolenia, które wszystko chcą mieć podane na tacy. Wolą przeczytać książkę o tym, co czuje kobieta w ciąży, niż poobserwować, jak same się czują. Wolą przeczytać poradnik o pielęgnacji dzieci, niż nauczyć się własnego dziecka i reagować na jego indywidualne potrzeby.
Cóż, niezupełnie dziwi mnie taka postawa. Przecież lepiej stosować cudze sprawdzone metody, niż samemu szukać po omacku. Innymi słowy, łatwiej (mniej boleśnie) uczyć się na cudzych błędach, niż dochodzić do wszystkiego wyciągając wnioski z własnych wzlotów i upadków. Ale czy na pewno...?
Eksperci do spraw człowieczeństwa
Nie wiem dlaczego, bardzo mocno ten dylemat we mnie siedzi. Bo czy ja byłabym gotowa zaufać sobie na tyle, by nie bać się, że przez moją niewiedzę i powolne dochodzenie do prawdy ucierpi moje dziecko? Czy mimo, iż nie mogłabym sobie zarzucić ignorancji i lenistwa w pozyskiwaniu wiedzy, potrafiłabym sobie wybaczyć potknięcia i traktować je jako naturalne na drodze edukacji?
I znów wrócę do Matki Natury i istoty naszego istnienia w świecie. Czyż nie jesteśmy wyposażeni we wszystko, co potrzebne do życia i do przeżycia? Czy my kobiety nie mamy wbudowanego systemu "instynktownie poprawna opieka nad potomstwem"? Przecież zanim nastała era poradników, kobiety jakoś sobie radziły. Może nawet nie jakoś, ale całkiem dobrze, dzięki temu, że były spokojniejsze niż kobiety współczesne. Uczyły się od matek, babek i do głowy zapewne im nie przychodziło, że robią coś niewłaściwie.
Mam taką obserwację, że wobec wszechobecnych ekspertów i autorytetów bardzo często brakuje nam odwagi życia po swojemu. Jasne, utytułowani w swoich dziedzinach specjaliści posiadają cenną wiedzą, ale nie zastąpi ona samopoznania i wypracowania własnych metod. Niestety gdy widzimy w mediach, że do skomentowania najbardziej błahej sprawy zapraszany jest psycholog, to zaczynamy sądzić, że w poważniejszych tematach bez eksperta ani rusz.
Co na to psycholog?
Niejednokrotnie moje znajome pytają mnie w zupełnie prywatnych rozmowach na różne tematy "a jak to wygląda z psychologicznego punktu widzenia"? Oczywiście odpowiadam tak, jak by to zrobił specjalista, ale już po chwili dodaję, że nie jest to prawda objawiona i jedyna możliwa interpretacja oraz że gdy dokładnie się przyjrzą własnemu doświadczeniu, to znajdą tam wiele odpowiedzi. Psychologia, podobnie jak inne nauki o człowieku, jest bardzo przydatną dziedziną wiedzy, ale w korzystaniu z jej dorobku też warto zachować umiar. Bo czy tylko z tego powodu, że ktoś już zbadał i opisał macierzyństwo, mamy się pozbawić odkrywania go we własnym życiu? Czy ktoś najadł się patrząc w talerz sąsiada? Czy można zaznać miłości czytając jedynie romantyczne opisy w literaturze?
Żadna teoria nie zastąpi własnych przeżyć. Dlatego mam takie pragnienie, żeby pozwolić sobie na bycie w przyszłości matką, która najpierw pozna swoje dziecko, a dopiero potem uzupełni ewentualne braki w wiedzy, doczytując. Żeby najpierw zobaczyć i poczuć, a dopiero potem sięgać po cudze doświadczenia.
A zanim to nastąpi odświeżę sobie jedną z ważniejszych książek, jakie kiedykolwiek przeczytałam o kobiecie: "Biegnąca z wilkami" Clarissy Pinkoli Estes. O mądrości kobiecej bazującej na naturalnych instynktach i znajomości siebie. I o tym, że wszystkie doskonale wiemy, jak żyć.
fot. www.education.gov.uk
fot. www.tapeciarnia.pl
czwartek, 8 maja 2014
Połogowa hierarchia
Co powinno być najważniejsze dla kobiety po porodzie? Nie zadawałam tego pytania sobie ani nikomu innemu, a odpowiedź i tak do mnie przyszła.
Pierwsza od ordynator oddziału noworodków, która pouczała mnie przed wypisem odnośnie dbałości o siebie i dziecko. Zalecenia: karmienie naturalne. "Żeby miała pani pokarm, musi pani dobrze jeść i się nie stresować. - powiedziała. To jest taki odmienny czas dla kobiety."
Z pustego i Salomon...
No tak, pomyślałam. To ma sens. Z zestresowanej piersi mleko nie popłynie :) Ale dlaczego nie stresowanie się ma być czymś wyjątkowym? No cóż, pewnie większość kobiet kulturowo zaprogramowanych na matki-Polki nie uważa za konieczne zatroszczenie się o siebie, gdyż całą uwagę koncentrują na dziecku. Stąd nie przyjdzie im do głowy, że odpoczynek i chwila relaksu są tak samo ważne, jak ogarnięcie wszystkich obowiązków macierzyńskich. A nawet jeśli przyjdzie, to wygospodarowanie tej odrobiny czasu może się okazać niezwykle trudne w realizacji.
Inną sprawą są społeczne oczekiwania, że kobieta sobie zawsze ze wszystkim poradzi. Jest nawet takie powiedzenie: "Kobieta jest jak wierzba - pochyli się aż do ziemi, ale nie złamie się nigdy." Szlachetne to i wzruszające, tylko że... mnie nie przekonuje. Naprawdę nie widzę powodu, dla którego miałabym robić coś ponad moje siły tylko po to, żeby udowodnić (komu właściwie?), że sobie radzę. Patrzcie, patrzcie - padam na twarz, ale jeszcze ogarnę parę tematów. Nie! Jak padam, to pozwalam sobie paść na dobre i odpocząć, bo tego potrzebuje mój organizm. Większy będzie pożytek ze mnie, gdy będę wypoczęta i zregenerowana, niż zblazowana i sfrustrowana. Dlatego też nie zamierzam "hojraczyć" i udawać, że doszłam do formy po porodzie szybciej, niż jest w istocie. Absolutnie. Zamierzam sobie dać na rekonwalescencję tyle czasu ile będzie trzeba, bo nie staję w konkursie na jak najszybszą odnowę.
Właściwa kolejność
Drugą osobą, która uświadomiła mnie co do priorytetów młodej mamy, była położna. Powiedziała mi tak: "Najważniejsze jest teraz dziecko, potem pani, a na końcu dom." Doprecyzowała, że jak tylko uwinę się z rzeczami, które mam do zrobienia przy dziecku, przychodzi pora na zaspokojenie moich potrzeb. W tym czasie mam coś zjeść, przespać się w ciągu dnia jeśli potrzebuję (najskuteczniej wtedy, kiedy śpi dziecko), poczytać coś relaksującego (niekoniecznie gazety i książki o macierzyństwie). Wszystko inne może zaczekać. Jestem teraz tak ważna dla maluszka, że moja kondycja psycho-fizyczna bezpośrednio oddziałuje na naszą relację, dlatego inwestycja w moje samopoczucie opłaci się podwójnie. Tym samym w nielicznych wolnych chwilach mam sobie odpuścić rzucanie się w wir obowiązków domowych - te można zostawić innym członkom rodziny.
A więc jeszcze raz:
1. Synuś
2. Ja
3. Reszta świata
Matkowanie przez delegowanie
Trzecią osobą, która podzieliła się ze mną swoją strategią przetrwania pierwszych kilku tygodni była moja sąsiadka. Jej rada była krótka i brzmiała: "Wykorzystuj do pomocy kogo tylko się da!".
Innymi słowy - nie ma się co bawić w Zosię-samosię, bo po pierwsze to wyczerpujące :), a po drugie macierzyństwo dostarczy jeszcze wielu wyzwań, przy których będzie się można wykazać.
Amen.
fot.www.keepcalm-o-matic.co.uk
Pierwsza od ordynator oddziału noworodków, która pouczała mnie przed wypisem odnośnie dbałości o siebie i dziecko. Zalecenia: karmienie naturalne. "Żeby miała pani pokarm, musi pani dobrze jeść i się nie stresować. - powiedziała. To jest taki odmienny czas dla kobiety."
Z pustego i Salomon...
No tak, pomyślałam. To ma sens. Z zestresowanej piersi mleko nie popłynie :) Ale dlaczego nie stresowanie się ma być czymś wyjątkowym? No cóż, pewnie większość kobiet kulturowo zaprogramowanych na matki-Polki nie uważa za konieczne zatroszczenie się o siebie, gdyż całą uwagę koncentrują na dziecku. Stąd nie przyjdzie im do głowy, że odpoczynek i chwila relaksu są tak samo ważne, jak ogarnięcie wszystkich obowiązków macierzyńskich. A nawet jeśli przyjdzie, to wygospodarowanie tej odrobiny czasu może się okazać niezwykle trudne w realizacji.
Inną sprawą są społeczne oczekiwania, że kobieta sobie zawsze ze wszystkim poradzi. Jest nawet takie powiedzenie: "Kobieta jest jak wierzba - pochyli się aż do ziemi, ale nie złamie się nigdy." Szlachetne to i wzruszające, tylko że... mnie nie przekonuje. Naprawdę nie widzę powodu, dla którego miałabym robić coś ponad moje siły tylko po to, żeby udowodnić (komu właściwie?), że sobie radzę. Patrzcie, patrzcie - padam na twarz, ale jeszcze ogarnę parę tematów. Nie! Jak padam, to pozwalam sobie paść na dobre i odpocząć, bo tego potrzebuje mój organizm. Większy będzie pożytek ze mnie, gdy będę wypoczęta i zregenerowana, niż zblazowana i sfrustrowana. Dlatego też nie zamierzam "hojraczyć" i udawać, że doszłam do formy po porodzie szybciej, niż jest w istocie. Absolutnie. Zamierzam sobie dać na rekonwalescencję tyle czasu ile będzie trzeba, bo nie staję w konkursie na jak najszybszą odnowę.
Właściwa kolejność
Drugą osobą, która uświadomiła mnie co do priorytetów młodej mamy, była położna. Powiedziała mi tak: "Najważniejsze jest teraz dziecko, potem pani, a na końcu dom." Doprecyzowała, że jak tylko uwinę się z rzeczami, które mam do zrobienia przy dziecku, przychodzi pora na zaspokojenie moich potrzeb. W tym czasie mam coś zjeść, przespać się w ciągu dnia jeśli potrzebuję (najskuteczniej wtedy, kiedy śpi dziecko), poczytać coś relaksującego (niekoniecznie gazety i książki o macierzyństwie). Wszystko inne może zaczekać. Jestem teraz tak ważna dla maluszka, że moja kondycja psycho-fizyczna bezpośrednio oddziałuje na naszą relację, dlatego inwestycja w moje samopoczucie opłaci się podwójnie. Tym samym w nielicznych wolnych chwilach mam sobie odpuścić rzucanie się w wir obowiązków domowych - te można zostawić innym członkom rodziny.
A więc jeszcze raz:
1. Synuś
2. Ja
3. Reszta świata
Matkowanie przez delegowanie
Trzecią osobą, która podzieliła się ze mną swoją strategią przetrwania pierwszych kilku tygodni była moja sąsiadka. Jej rada była krótka i brzmiała: "Wykorzystuj do pomocy kogo tylko się da!".
Innymi słowy - nie ma się co bawić w Zosię-samosię, bo po pierwsze to wyczerpujące :), a po drugie macierzyństwo dostarczy jeszcze wielu wyzwań, przy których będzie się można wykazać.
Amen.
fot.www.keepcalm-o-matic.co.uk
piątek, 27 grudnia 2013
Spełnienie (nie) na życzenie
Na lekcjach religii w podstawówce i corocznych roratach ksiądz zawsze powtarzał: "Adwent to czas oczekiwania na przyjście Bożej Dzieciny." i do dziś dźwięczy mi w głowie to zdanie. Oczekiwanie zakończone Bożym Narodzeniem, które tradycyjnie świętujemy jako chrześcijanie.
Właśnie mijają kolejne takie święta. Były jakieś inne, wyjątkowe. Ja czułam się wyjątkowo. Jako kobieta, która niebawem też urodzi swoje dziecko. I wyjątkowo nie krzywiłam się, gdy ktoś ciążę nazywał stanem błogosławionym, bo jak tak się dobrze zastanowić, to nie jest to zwyczajny stan. Nawet więcej, jest absolutnie nadzwyczajny, bo moje ciało jest teraz mieszkaniem dla maleńkiego człowieka!
Spodziewałam się, że podczas tegorocznego łamania się opłatkiem będą dominować życzenia związane z dzieckiem. Dość standardowo życzono mi szczęśliwego rozwiązania, zdrowia dla mnie i synka oraz stworzenia szczęśliwej rodziny. Ale jedne życzenia były nieoczekiwanie zaskakujące: "Żebyś była zadowolona z bycia matką".
Być może nie byłoby w tym nic szczególnego gdyby nie fakt, że autorem życzeń był mój ... teść. Nie dość, że mężczyzna, to jeszcze wcale nie najbliższy mi człowiek, a przebił wszystkie kobiece życzenia razem wzięte.
Byłam mile zaskoczona faktem, że ktoś (facet! jeszcze raz podkreślę) traktuje mnie podmiotowo na tyle, żeby nie postrzegać mnie jedynie w kategoriach matki swojego wnuka (nosicielki brzucha), ale przede wszystkim człowieka, dla którego macierzyństwo jest jedną z życiowych ról. Co więcej teść zdawał się mieć świadomość, że rola ta nie wszystkim kobietom daje spełnienie z automatu, że to nie żaden pewnik - więc tym więcej zyskał w moich oczach.
No dobra. Jest też wielce możliwe, że teściowi tak się po prostu powiedziało, a za tym zdaniem nie kryje się zbyt wielka empatia. Jednak tak wspaniale się czuję z moją interpretacją jego życzeń, że tak to zostawię :)
fot.www.sp2relifia.strefa.pl
Właśnie mijają kolejne takie święta. Były jakieś inne, wyjątkowe. Ja czułam się wyjątkowo. Jako kobieta, która niebawem też urodzi swoje dziecko. I wyjątkowo nie krzywiłam się, gdy ktoś ciążę nazywał stanem błogosławionym, bo jak tak się dobrze zastanowić, to nie jest to zwyczajny stan. Nawet więcej, jest absolutnie nadzwyczajny, bo moje ciało jest teraz mieszkaniem dla maleńkiego człowieka!
Spodziewałam się, że podczas tegorocznego łamania się opłatkiem będą dominować życzenia związane z dzieckiem. Dość standardowo życzono mi szczęśliwego rozwiązania, zdrowia dla mnie i synka oraz stworzenia szczęśliwej rodziny. Ale jedne życzenia były nieoczekiwanie zaskakujące: "Żebyś była zadowolona z bycia matką".
Być może nie byłoby w tym nic szczególnego gdyby nie fakt, że autorem życzeń był mój ... teść. Nie dość, że mężczyzna, to jeszcze wcale nie najbliższy mi człowiek, a przebił wszystkie kobiece życzenia razem wzięte.
Byłam mile zaskoczona faktem, że ktoś (facet! jeszcze raz podkreślę) traktuje mnie podmiotowo na tyle, żeby nie postrzegać mnie jedynie w kategoriach matki swojego wnuka (nosicielki brzucha), ale przede wszystkim człowieka, dla którego macierzyństwo jest jedną z życiowych ról. Co więcej teść zdawał się mieć świadomość, że rola ta nie wszystkim kobietom daje spełnienie z automatu, że to nie żaden pewnik - więc tym więcej zyskał w moich oczach.
No dobra. Jest też wielce możliwe, że teściowi tak się po prostu powiedziało, a za tym zdaniem nie kryje się zbyt wielka empatia. Jednak tak wspaniale się czuję z moją interpretacją jego życzeń, że tak to zostawię :)
fot.www.sp2relifia.strefa.pl
czwartek, 1 sierpnia 2013
Dorosnąć do dziecka
Czy wszystkie kobiety muszą być matkami? Czy wszystkie kobiety chcą być matkami? Czy każda kobieta odczuwa instynkt macierzyński? Czy można cieszyć się pełnią swojej kobiecości, nie realizując się w tej roli?
O nastoletnich matkach mówi się: "one nie dojrzały do macierzyństwa, bo same są jeszcze dziećmi". Takie myślenie zakłada, że kobieta im starsza, tym bardziej dojrzała i gotowa na bycie matką. A co z kobietami, które już dawno nastolatkami nie są, a ciągle nie odczuwają potrzeby posiadania dziecka? Też nie dorosły?
Nie znam żadnej 30- czy 40-letniej kobiety, która swą bezdzietność tłumaczyłaby niedojrzałością. W swej naturze raczej zawsze chcemy uchodzić za ludzi rozumnych, dojrzałych, odpowiedzialnych itp., więc wydawało mi się, że przyznanie się do niegotowości na dziecko w tym wieku nie wchodzi w grę. Dlaczego więc niektóre kobiety już niemal od ukończenia szkoły podstawowej nie mogą się doczekać chwili założenia rodziny, podczas gdy dla innych wszystko na świecie wydaje się być ciekawsze od posiadania potomka?
Zanim obudzi się (cię) instynkt
Wielokrotnie w latach mojej wczesnej młodości, która z biologicznego punktu widzenia była najlepszym okresem na urodzenie dziecka, zastanawiałam się jak to jest z tym instynktem macierzyńskim. Czy rzeczywiście znacznie poprzedza starania o dziecko i jest tak silny, że nie da się go przegapić? Czy może jednak o wiele więcej dzieci pojawia się z "wpadki" niż by to wynikało z publicznych deklaracji? A może wielu rodziców to ludzie wyluzowani, którzy biorą, co przynosi życie i ani specjalnie dzieci nie planują, ani też się przed nimi specjalnie nie wzbraniają?
Przez te wszystkie lata temat intrygował mnie tym bardziej, że obiektywnie rzecz biorąc miałam całkiem sporo okazji na "złapanie bakcyla". Wiem nawet, że część mojej rodziny po cichu liczyła na to, że jak tak się naoglądam cudzych dzieci (=uroczych słodziaków ich zdaniem), to zachce mi się własnego. Tymczasem były mi one zupełnie obojętne, co więcej żal było mi moich koleżanek czy kuzynek, że takie były umęczone przez wrzeszczące bachory i nie miały czasu dla siebie. Oczywiście potrafiłam zrozumieć, że tym kobietom macierzyństwo dało szczęście i spełnienie, ale nie widziałam w tym drogi dla siebie. Nie zaglądałam ludziom do wózków ani nie szukałam kontaktu z dziećmi w żadnym wieku. Wizyty u rodziców małych dzieci najczęściej bywały dla mnie męczarnią, bo nie dość że nie dało się spokojnie porozmawiać (jak spostrzegłam, matki nie mają aż tak podzielnej uwagi, żeby konwersować jednocześnie z dzieckiem i kimś jeszcze innym), to spotkanie upływało przy akompaniamencie wiecznego jazgotu (głosy dzieci, dźwięki rozrzucanych zabawek itp.). Raz po raz utwierdzałam się w przekonaniu, że to nie dla mnie.
Nawet kilka semestrów psychologii rozwoju człowieka/dziecka na studiach nie wywołało żadnego przełomu. Owszem, chętnie przeprowadzałam wszelkie programowe badania (np. dziecięcych odruchów), ale było to dla mnie interesujące bardziej jako fenomen ludzkiego rodzaju i rozwoju nauki - że każdy człowiek, od swoich narodzin, przechodzi te same etapy rozwoju. Na tym jednak moja fascynacja się kończyła.
Jednego byłam pewna - jeśli zapragnę być matką, to na pewno dowiem się o tym pierwsza. Byłam tak odporna na wszelkie "kampanie prorodzicielskie" fundowane mi w formie subtelnych, acz czytelnych aluzji, że im większe wyczuwałam naciski, tym bardziej obojętniałam. Uchwyciłam się jak rzep słów wypowiedzianych kiedyś przez słynną polską supernianię: "nie każda kobieta nadaje się na matkę" i w ten właśnie sposób zaczęłam o sobie myśleć. Skoro nie chcę, to pewnie z czegoś to wynika i nie ma się do czego zmuszać. Jednocześnie ani przez chwilę nie czułam się gorsza, czy mniej kobieca z tego powodu, bo lubiłam swoje życie. Pewnie dlatego nie robiłam nic, żeby się przekonać, że może jednak warto byłoby zmienić zdanie. Generalnie moja postawa nie stanowiła dla mnie problemu i nie widziałam powodu, żeby szukać dziury w całym.
Gdy w pewnym momencie zaczęły we mnie kiełkować pierwsze myśli o własnym dziecku, z ciekawością obserwowałam zmiany, które zachodziły w mojej głowie. Dojrzewały powoli, niewymuszone i niepoganiane przez nikogo, choć początkowo trudno było mi uwierzyć, że one pochodzą z mojego wnętrza – były tak niepodobne do wszystkich poprzednich! Nie raz nawet rozglądałam się, czy nie ma obok mnie jakiegoś suflera podpowiadającego, co mam myśleć :) Jednak gdy każdorazowe przyłapanie się na wyobrażaniu sobie siebie jako matki maluszka, wywoływało we mnie radość, o jaką nigdy się nie posądzałam, był to dla mnie wyraźny sygnał, że nie mam omamów słuchowych, a głos jaki słyszę jest wyłącznie moim wewnętrznym głosem.
Dlatego dziś jestem z siebie maksymalnie dumna. Jestem dumna, ponieważ uszanowałam siebie, zaufałam sobie i dałam sobie prawo do własnych wyborów. I choć zawsze wierzyłam, że wierność sobie się opłaca, to w tym przypadku przekonałam się o tym dobitnie. Dzięki temu udało mi się poczuć autentyczne pragnienie dziecka z tak wielką mocą, z jaką kiedyś odczuwałam niechęć, a może nawet większą. I naprawdę niczyja zewnętrzna perswazja nie miała takiej siły.
Muszę przyznać, że zachowanie postawy asertywnej w tym temacie nie zawsze było proste. Tym bardziej teraz cieszy fakt, że pozwoliłam sobie spokojnie dojrzeć do tej ważnej, a może najważniejszej, życiowej decyzji. To ogromnie budujące, gdy ma się poczucie, że jest się swoim najlepszym doradcą i że dobrze się na tym wychodzi, gdy działa się spójnie ze swoimi wartościami i przekonaniami.
Ostatecznie jestem nie mniej zaskoczona rozwojem zdarzeń, niż moja rodzina i znajomi. Kto by pomyślał... Na pewno nie ja :)
Życzę wszystkim kobietom w wieku rozrodczym cierpliwości w oczekiwaniu na instynkt macierzyński lub akceptacji w przypadku jego braku (ponieważ uważam, że kobieta nie-matka jest tak samo pełnowartościowym człowiekiem), a osobom z otoczenia wyrozumiałości i szacunku dla cudzych wyborów życiowych, jakkolwiek nieszablonowe by one były.
fot. www.mcl.as.uky.edu
fot. www.layoutsparks.com
O nastoletnich matkach mówi się: "one nie dojrzały do macierzyństwa, bo same są jeszcze dziećmi". Takie myślenie zakłada, że kobieta im starsza, tym bardziej dojrzała i gotowa na bycie matką. A co z kobietami, które już dawno nastolatkami nie są, a ciągle nie odczuwają potrzeby posiadania dziecka? Też nie dorosły?
Nie znam żadnej 30- czy 40-letniej kobiety, która swą bezdzietność tłumaczyłaby niedojrzałością. W swej naturze raczej zawsze chcemy uchodzić za ludzi rozumnych, dojrzałych, odpowiedzialnych itp., więc wydawało mi się, że przyznanie się do niegotowości na dziecko w tym wieku nie wchodzi w grę. Dlaczego więc niektóre kobiety już niemal od ukończenia szkoły podstawowej nie mogą się doczekać chwili założenia rodziny, podczas gdy dla innych wszystko na świecie wydaje się być ciekawsze od posiadania potomka?
Zanim obudzi się (cię) instynkt
Wielokrotnie w latach mojej wczesnej młodości, która z biologicznego punktu widzenia była najlepszym okresem na urodzenie dziecka, zastanawiałam się jak to jest z tym instynktem macierzyńskim. Czy rzeczywiście znacznie poprzedza starania o dziecko i jest tak silny, że nie da się go przegapić? Czy może jednak o wiele więcej dzieci pojawia się z "wpadki" niż by to wynikało z publicznych deklaracji? A może wielu rodziców to ludzie wyluzowani, którzy biorą, co przynosi życie i ani specjalnie dzieci nie planują, ani też się przed nimi specjalnie nie wzbraniają?
Przez te wszystkie lata temat intrygował mnie tym bardziej, że obiektywnie rzecz biorąc miałam całkiem sporo okazji na "złapanie bakcyla". Wiem nawet, że część mojej rodziny po cichu liczyła na to, że jak tak się naoglądam cudzych dzieci (=uroczych słodziaków ich zdaniem), to zachce mi się własnego. Tymczasem były mi one zupełnie obojętne, co więcej żal było mi moich koleżanek czy kuzynek, że takie były umęczone przez wrzeszczące bachory i nie miały czasu dla siebie. Oczywiście potrafiłam zrozumieć, że tym kobietom macierzyństwo dało szczęście i spełnienie, ale nie widziałam w tym drogi dla siebie. Nie zaglądałam ludziom do wózków ani nie szukałam kontaktu z dziećmi w żadnym wieku. Wizyty u rodziców małych dzieci najczęściej bywały dla mnie męczarnią, bo nie dość że nie dało się spokojnie porozmawiać (jak spostrzegłam, matki nie mają aż tak podzielnej uwagi, żeby konwersować jednocześnie z dzieckiem i kimś jeszcze innym), to spotkanie upływało przy akompaniamencie wiecznego jazgotu (głosy dzieci, dźwięki rozrzucanych zabawek itp.). Raz po raz utwierdzałam się w przekonaniu, że to nie dla mnie.
Nawet kilka semestrów psychologii rozwoju człowieka/dziecka na studiach nie wywołało żadnego przełomu. Owszem, chętnie przeprowadzałam wszelkie programowe badania (np. dziecięcych odruchów), ale było to dla mnie interesujące bardziej jako fenomen ludzkiego rodzaju i rozwoju nauki - że każdy człowiek, od swoich narodzin, przechodzi te same etapy rozwoju. Na tym jednak moja fascynacja się kończyła.
Jednego byłam pewna - jeśli zapragnę być matką, to na pewno dowiem się o tym pierwsza. Byłam tak odporna na wszelkie "kampanie prorodzicielskie" fundowane mi w formie subtelnych, acz czytelnych aluzji, że im większe wyczuwałam naciski, tym bardziej obojętniałam. Uchwyciłam się jak rzep słów wypowiedzianych kiedyś przez słynną polską supernianię: "nie każda kobieta nadaje się na matkę" i w ten właśnie sposób zaczęłam o sobie myśleć. Skoro nie chcę, to pewnie z czegoś to wynika i nie ma się do czego zmuszać. Jednocześnie ani przez chwilę nie czułam się gorsza, czy mniej kobieca z tego powodu, bo lubiłam swoje życie. Pewnie dlatego nie robiłam nic, żeby się przekonać, że może jednak warto byłoby zmienić zdanie. Generalnie moja postawa nie stanowiła dla mnie problemu i nie widziałam powodu, żeby szukać dziury w całym.
Gdy w pewnym momencie zaczęły we mnie kiełkować pierwsze myśli o własnym dziecku, z ciekawością obserwowałam zmiany, które zachodziły w mojej głowie. Dojrzewały powoli, niewymuszone i niepoganiane przez nikogo, choć początkowo trudno było mi uwierzyć, że one pochodzą z mojego wnętrza – były tak niepodobne do wszystkich poprzednich! Nie raz nawet rozglądałam się, czy nie ma obok mnie jakiegoś suflera podpowiadającego, co mam myśleć :) Jednak gdy każdorazowe przyłapanie się na wyobrażaniu sobie siebie jako matki maluszka, wywoływało we mnie radość, o jaką nigdy się nie posądzałam, był to dla mnie wyraźny sygnał, że nie mam omamów słuchowych, a głos jaki słyszę jest wyłącznie moim wewnętrznym głosem.
Dlatego dziś jestem z siebie maksymalnie dumna. Jestem dumna, ponieważ uszanowałam siebie, zaufałam sobie i dałam sobie prawo do własnych wyborów. I choć zawsze wierzyłam, że wierność sobie się opłaca, to w tym przypadku przekonałam się o tym dobitnie. Dzięki temu udało mi się poczuć autentyczne pragnienie dziecka z tak wielką mocą, z jaką kiedyś odczuwałam niechęć, a może nawet większą. I naprawdę niczyja zewnętrzna perswazja nie miała takiej siły.
Muszę przyznać, że zachowanie postawy asertywnej w tym temacie nie zawsze było proste. Tym bardziej teraz cieszy fakt, że pozwoliłam sobie spokojnie dojrzeć do tej ważnej, a może najważniejszej, życiowej decyzji. To ogromnie budujące, gdy ma się poczucie, że jest się swoim najlepszym doradcą i że dobrze się na tym wychodzi, gdy działa się spójnie ze swoimi wartościami i przekonaniami.
Ostatecznie jestem nie mniej zaskoczona rozwojem zdarzeń, niż moja rodzina i znajomi. Kto by pomyślał... Na pewno nie ja :)
Życzę wszystkim kobietom w wieku rozrodczym cierpliwości w oczekiwaniu na instynkt macierzyński lub akceptacji w przypadku jego braku (ponieważ uważam, że kobieta nie-matka jest tak samo pełnowartościowym człowiekiem), a osobom z otoczenia wyrozumiałości i szacunku dla cudzych wyborów życiowych, jakkolwiek nieszablonowe by one były.
fot. www.mcl.as.uky.edu
fot. www.layoutsparks.com
niedziela, 20 kwietnia 2014
Blaski i odcienie ciąży
Kilka dni przed terminem porodu uważam za dobry czas na podsumowanie ciąży. Właściwy tytuł powinien brzmieć "blaski i cienie", bo przecież ostatnich 9 miesięcy nie było nieustającą sielanką. Jednak na razie skupię się na jasnych stronach. Po pierwsze dlatego, że jeszcze je pamiętam :). Po drugie negatywy wydają mi się dość oczywiste i związane są głównie ze zmianami samopoczucia, wyglądu, kondycji, stylu życia. Co więcej pozytywne aspekty były tymi, które mnie w dużej mierze zaskoczyły, bo za czasów, gdy uważałam, że macierzyństwo jest nie dla mnie, nie potrafiłam się doszukać ani jednego plusa bycia w ciąży. Jak pamiętacie z poprzednich wpisów, kobiet w ciąży było mi najczęściej żal ze względu na konieczność dźwigania ciężaru fizycznego i emocjonalnego...
Dziś mogę z całą pewnością powiedzieć, że tych 9 miesięcy było czasem wyjątkowym. I wcale nie dlatego, że mogłam być rozkapryszoną księżniczką, wokół której wszyscy skakali i spełniali zachcianki (tak na dobrą sprawę ani razu nie obudziłam męża w środku nocy z poleceniem przywiezienia mi ze sklepu czegoś specjalnego do zjedzenia). Też nie dlatego, że mogłam wymigiwać się od różnych obowiązków pod pretekstem gorszego samopoczucia. Jakoś nie miałam potrzeby "nadużywania" swojego stanu. Różne humory, jeśli już mnie dopadały, nie odbiegały swoim natężeniem od tych sprzed ciąży, więc raczej nie umęczyłam otoczenia (chyba :)). Jeśli już musiałam się wygadać, szczęśliwie udawało mi się znaleźć odpowiedniego adresata, albo odpowiednią aktywność do rozładowania napięcia.
Plusy dodatnie
Plusy dodatnie
Do czynników ułatwiających przetrwanie ciąży, choć zupełnie ode mnie niezależnych, zdecydowanie zaliczam porę roku i warunki pogodowe. Gdyby zachodzenie w ciążę odbywało się na życzenie, polecałabym każdemu wakacje, tak by ostatni trymestr przypadał na przełom zimy i wiosny, kiedy temperatury nie są nieznośnie wysokie (brak obrzęków i lejącego się potu z czoła). Ja miałam dodatkowo to szczęście, że tegoroczna zimna była wyjątkowo mało zimowa, więc nie było ryzyka poślizgnięcia się na lodzie, czy poważnego przemarznięcia. Przeciwnie, miałam do dyspozycji wiele bardzo ciepłych dni już w lutym, a marzec i kwiecień były już prawdziwie wiosenne. To dawało okazję do spędzania czasu na świeżym powietrzu i pozytywnie wpływało na moje samopoczucie. Warunki drogowe były bardzo dobre, dzięki czemu mogłam przemieszczać się samochodem praktycznie bez ograniczeń (z adapterem na pas) do samego końca.
Okres ciąży był dla mnie okazją do przewartościowania wartości. Od momentu, gdy postawiłam na pierwszym miejscu dbałość o siebie ze względu na noszone pod sercem dziecko, cała reszta spraw ważnych i ważniejszych ułożyła się we właściwej kolejności już sama. Dobro dziecka okazało się dla mnie tak silnym punktem odniesienia, że właściwie nie miałam większych wątpliwości odnośnie podejmowanych decyzji. Nagle wiedziałam, w co warto inwestować czas i energię, a co sobie podarować (choćby tymczasowo) i o dziwo z czasem coraz mniej buntowałam się przeciwko ograniczeniom, jakie ten stan nakłada. Z tego doświadczenia biorę sobie wniosek, że jeśli w przyszłości postawię sobie inny - równie ważny - cel, to jestem w stanie wiele w życiu przemeblować, żeby go zrealizować. I zrobię to z poczuciem, że naprawdę warto.
Innym moim okołociążowym spostrzeżeniem jest fakt, że nauka świadomego oddychania i skupienia się na ciele doprowadziła do zwiększenia samoświadomości. Stopniowo stawałam się coraz bardziej asertywna i wiedziałam, czego chcę. Szczytem determinacji było poszukiwanie w 8 miesiącu ciąży wody w atomizerze (albowiem wyczytałam, że przydaje się na porodówkę do spryskiwania twarzy), a gdy nie upolowałam jej w kilku drogeriach, postanowiłam zadowolić się samym spryskiwaczem, do którego po prostu wlewa się wodę. Ale i zdobycie tegoż akcesorium nie przyszło mi łatwo (w marketach rozglądałam się za czymś takim pomiędzy sprzętami fryzjerskimi, a ogrodowymi), jednak szukałam aż do skutku, aby z dumą wreszcie wykreślić tą pozycję z listy wyprawkowej. Nie miałam pojęcia, że taki ze mnie uparciuch :)

W czasie tych kilku miesięcy odkryłam w sobie spokój. To taki rodzaj pewności, że wszystko tocząc się swoim rytmem zmierza we właściwym kierunku. I że nie muszę niczego popędzać, przyjdzie w swoim czasie. Jak choćby faza wicia gniazda, która dopadła mnie dość późno. Dzięki temu coraz lepiej potrafię cieszyć się stanem obecnym i dniem dzisiejszym bez zbytecznego zamartwiania się o jutro, albo o to, co za rok. To dla mnie niezwykła przemiana, ponieważ dawniej bardziej zajmowało mnie to, co jeszcze przede mną, co niezrealizowane, niż bycie tu i teraz. Nie znaczy to, że teraz już nie robię planów na przyszłość albo że niczym się nie martwię. Różnica polega na tym, że mając milion spraw do załatwienia potrafię się wyłączyć i nie myśleć o nich non stop. Robię stop-klatkę i korzystam z uroków chwili bieżącej.
Obok spokoju rozwinęłam też w sobie elastyczność. Mam na myśli zgodę na nieoczekiwane zwroty akcji bez poczucia rozczarowania, że "przecież nie tak miało być!". Jestem bardziej otwarta na wydarzenia losowe, czyli wszelkie miłe i mniej miłe niespodzianki, co jest u mnie kompletną nowością, jako że zwykle lubiłam być panią sytuacji i mieć poczucie kontroli nad wszystkim w swoim życiu. Jestem mile zaskoczona tą otwartością, gdyż kurczowe trzymanie się swoich własnych wytycznych niejednokrotnie wpędzało mnie w poczucie nieskuteczności i zwątpienia, że coś idzie nie po mojej myśli. A w życiu nie wszystko jest takie, jak chcemy, dlatego z im większym luzem uda mi się do niego podejść, tym mniejsze koszty psychiczne poniosę.
Przez cały okres ciąży w przeważającej większości cieszyłam się względnie dobrym nastrojem. Mogę więc śmiało powiedzieć, że ta rzekoma ciążowa humorzastość nie dopada wszystkich bez wyjątku. Oczywiście postronni obserwatorzy mogą mieć inne zdanie w tym temacie, ale piszę jak jest z mojego punktu widzenia. Bo tak się składa, że gdy miewam okresy emocjonalnej chwiejności, to jest to dla mnie samej nie mniej uciążliwe niż dla otoczenia (dokładnie tak, nie mogę wtedy ze sobą wytrzymać!).
I jeszcze słówko o mojej formie fizycznej. Z dumą mogę powiedzieć, że udało mi się zachować taką sprawność ciała, która pozwoliła mi na robienie sobie samodzielnego pedicure i innych zabiegów kosmetycznych nawet w 9 miesiącu. Nie powiem, że była to bułka z masłem, bo obcinanie paznokci stóp było dłuuugim rytuałem, ale byłam zadowolona z tego zakresu samodzielności przy dużym już brzuchu (mogło być przecież znacznie gorzej). A jeśli już z rzadka prosiłam o pomoc w założeniu skarpetek, to raczej z lenistwa, niż z fizycznej niemożliwości. Za to nie było "zmiłuj" jeśli chodzi o poruszanie się, bo klatka schodowa w domu wymusza bycie w ciągłym ruchu, a przebiegów w dół i w górę każdego dnia robi się sporo (im bardziej zaawansowana skleroza, tym więcej :)).

Do fizycznych aspektów dobrego samopoczucia zaliczam też zdrowie jako takie. Mimo jesieni i zimy w ogóle nie chorowałam, co cieszyło mnie szczególnie, gdyż podobno w ciąży miewa się obniżoną odporność. Nie sądzę jednak, że w moim przypadku odporność wzrosła, po prostu zdrowie musiało być efektem większej dbałości o siebie (np. w zimie ubierałam czapkę, bo ciepło było ważniejsze niż nienaruszona fryzura). Liczę na to, że ta troska o zdrowie zostanie mi na dłużej, bo jako matka muszę być podwójnie zdrowa, aby móc się zajmować delikatnym i wrażliwym maluszkiem.
Po 9 miesiącach z zadowoleniem podsumowuję, że ciąża upłynęła mi naprawdę sympatycznie. Była okresem licznych zmian, odkryć, doznań, doświadczeń. Niezależnie od tego, czy odczucia te były spowodowane zmianami hormonalnymi czy jakimikolwiek innymi czynnikami, cieszę się, że stały się moim udziałem. Dzięki temu jestem żywym przykładem na to, że ciąża nie musi ciążyć!
Rekomendacji brak
Czy polecam bycie w ciąży? Nie :) Nie mogę polecić, bo nie mogę zagwarantować, że każdej kobiecie ciąża upłynie tak radośnie jak mnie. Ja po prostu jestem szczęściarą, której los pozwolił cieszyć się tym stanem w takim stopniu. Ten blog też nie służy(ł) reklamowaniu ciąży, jako doświadczenia, które koniecznie warto zdobyć. Jest po prostu spisem subiektywnych odczuć, które w takiej kombinacji przydarzyły się akurat mnie. Przypomnę, że mi nikt nie był w stanie skutecznie "sprzedać" ciąży. Musiałam sama się do niej przekonać, dorosnąć, zapragnąć. I oto niepostrzeżenie jestem już na finiszu!
Pozdrawiam serdecznie wszystkich moich Czytelników!
fot.www.mediacontour.com
fot.www.overgroundonline.com
fot.www.homegymz.com
fot.www.4hdwallpapers.com
Okres ciąży był dla mnie okazją do przewartościowania wartości. Od momentu, gdy postawiłam na pierwszym miejscu dbałość o siebie ze względu na noszone pod sercem dziecko, cała reszta spraw ważnych i ważniejszych ułożyła się we właściwej kolejności już sama. Dobro dziecka okazało się dla mnie tak silnym punktem odniesienia, że właściwie nie miałam większych wątpliwości odnośnie podejmowanych decyzji. Nagle wiedziałam, w co warto inwestować czas i energię, a co sobie podarować (choćby tymczasowo) i o dziwo z czasem coraz mniej buntowałam się przeciwko ograniczeniom, jakie ten stan nakłada. Z tego doświadczenia biorę sobie wniosek, że jeśli w przyszłości postawię sobie inny - równie ważny - cel, to jestem w stanie wiele w życiu przemeblować, żeby go zrealizować. I zrobię to z poczuciem, że naprawdę warto.
Innym moim okołociążowym spostrzeżeniem jest fakt, że nauka świadomego oddychania i skupienia się na ciele doprowadziła do zwiększenia samoświadomości. Stopniowo stawałam się coraz bardziej asertywna i wiedziałam, czego chcę. Szczytem determinacji było poszukiwanie w 8 miesiącu ciąży wody w atomizerze (albowiem wyczytałam, że przydaje się na porodówkę do spryskiwania twarzy), a gdy nie upolowałam jej w kilku drogeriach, postanowiłam zadowolić się samym spryskiwaczem, do którego po prostu wlewa się wodę. Ale i zdobycie tegoż akcesorium nie przyszło mi łatwo (w marketach rozglądałam się za czymś takim pomiędzy sprzętami fryzjerskimi, a ogrodowymi), jednak szukałam aż do skutku, aby z dumą wreszcie wykreślić tą pozycję z listy wyprawkowej. Nie miałam pojęcia, że taki ze mnie uparciuch :)

W czasie tych kilku miesięcy odkryłam w sobie spokój. To taki rodzaj pewności, że wszystko tocząc się swoim rytmem zmierza we właściwym kierunku. I że nie muszę niczego popędzać, przyjdzie w swoim czasie. Jak choćby faza wicia gniazda, która dopadła mnie dość późno. Dzięki temu coraz lepiej potrafię cieszyć się stanem obecnym i dniem dzisiejszym bez zbytecznego zamartwiania się o jutro, albo o to, co za rok. To dla mnie niezwykła przemiana, ponieważ dawniej bardziej zajmowało mnie to, co jeszcze przede mną, co niezrealizowane, niż bycie tu i teraz. Nie znaczy to, że teraz już nie robię planów na przyszłość albo że niczym się nie martwię. Różnica polega na tym, że mając milion spraw do załatwienia potrafię się wyłączyć i nie myśleć o nich non stop. Robię stop-klatkę i korzystam z uroków chwili bieżącej.
Obok spokoju rozwinęłam też w sobie elastyczność. Mam na myśli zgodę na nieoczekiwane zwroty akcji bez poczucia rozczarowania, że "przecież nie tak miało być!". Jestem bardziej otwarta na wydarzenia losowe, czyli wszelkie miłe i mniej miłe niespodzianki, co jest u mnie kompletną nowością, jako że zwykle lubiłam być panią sytuacji i mieć poczucie kontroli nad wszystkim w swoim życiu. Jestem mile zaskoczona tą otwartością, gdyż kurczowe trzymanie się swoich własnych wytycznych niejednokrotnie wpędzało mnie w poczucie nieskuteczności i zwątpienia, że coś idzie nie po mojej myśli. A w życiu nie wszystko jest takie, jak chcemy, dlatego z im większym luzem uda mi się do niego podejść, tym mniejsze koszty psychiczne poniosę.
Przez cały okres ciąży w przeważającej większości cieszyłam się względnie dobrym nastrojem. Mogę więc śmiało powiedzieć, że ta rzekoma ciążowa humorzastość nie dopada wszystkich bez wyjątku. Oczywiście postronni obserwatorzy mogą mieć inne zdanie w tym temacie, ale piszę jak jest z mojego punktu widzenia. Bo tak się składa, że gdy miewam okresy emocjonalnej chwiejności, to jest to dla mnie samej nie mniej uciążliwe niż dla otoczenia (dokładnie tak, nie mogę wtedy ze sobą wytrzymać!).
I jeszcze słówko o mojej formie fizycznej. Z dumą mogę powiedzieć, że udało mi się zachować taką sprawność ciała, która pozwoliła mi na robienie sobie samodzielnego pedicure i innych zabiegów kosmetycznych nawet w 9 miesiącu. Nie powiem, że była to bułka z masłem, bo obcinanie paznokci stóp było dłuuugim rytuałem, ale byłam zadowolona z tego zakresu samodzielności przy dużym już brzuchu (mogło być przecież znacznie gorzej). A jeśli już z rzadka prosiłam o pomoc w założeniu skarpetek, to raczej z lenistwa, niż z fizycznej niemożliwości. Za to nie było "zmiłuj" jeśli chodzi o poruszanie się, bo klatka schodowa w domu wymusza bycie w ciągłym ruchu, a przebiegów w dół i w górę każdego dnia robi się sporo (im bardziej zaawansowana skleroza, tym więcej :)).

Do fizycznych aspektów dobrego samopoczucia zaliczam też zdrowie jako takie. Mimo jesieni i zimy w ogóle nie chorowałam, co cieszyło mnie szczególnie, gdyż podobno w ciąży miewa się obniżoną odporność. Nie sądzę jednak, że w moim przypadku odporność wzrosła, po prostu zdrowie musiało być efektem większej dbałości o siebie (np. w zimie ubierałam czapkę, bo ciepło było ważniejsze niż nienaruszona fryzura). Liczę na to, że ta troska o zdrowie zostanie mi na dłużej, bo jako matka muszę być podwójnie zdrowa, aby móc się zajmować delikatnym i wrażliwym maluszkiem.
Po 9 miesiącach z zadowoleniem podsumowuję, że ciąża upłynęła mi naprawdę sympatycznie. Była okresem licznych zmian, odkryć, doznań, doświadczeń. Niezależnie od tego, czy odczucia te były spowodowane zmianami hormonalnymi czy jakimikolwiek innymi czynnikami, cieszę się, że stały się moim udziałem. Dzięki temu jestem żywym przykładem na to, że ciąża nie musi ciążyć!
Rekomendacji brak
Czy polecam bycie w ciąży? Nie :) Nie mogę polecić, bo nie mogę zagwarantować, że każdej kobiecie ciąża upłynie tak radośnie jak mnie. Ja po prostu jestem szczęściarą, której los pozwolił cieszyć się tym stanem w takim stopniu. Ten blog też nie służy(ł) reklamowaniu ciąży, jako doświadczenia, które koniecznie warto zdobyć. Jest po prostu spisem subiektywnych odczuć, które w takiej kombinacji przydarzyły się akurat mnie. Przypomnę, że mi nikt nie był w stanie skutecznie "sprzedać" ciąży. Musiałam sama się do niej przekonać, dorosnąć, zapragnąć. I oto niepostrzeżenie jestem już na finiszu!
Pozdrawiam serdecznie wszystkich moich Czytelników!
Psycholożka (jeszcze) w ciąży
fot.www.mediacontour.com
fot.www.overgroundonline.com
fot.www.homegymz.com
fot.www.4hdwallpapers.com
czwartek, 2 października 2014
Tetrowa prostota

Gdy wymieniam z moją Mamą doświadczenia na temat macierzyństwa, widzę że trochę nie mieści jej się w głowie ilość atrakcji i narzędzi, jakie mają do dyspozycji współcześni młodzi rodzice. Wspomina, że kiedyś nie było tylu "bajerów", jak pieluchy jednorazowe, gryzaczki, kubki-niekapki, nie mówiąc już o wszystkorobiących zabawkach, więc wiele aspektów życia z małym członkiem rodziny było ograniczonych. Ale czy ktokolwiek narzekał?...
Dziś mamy wszystko. Spece od branży dziecięcej dobrze wiedzą jak sprzedać młodym rodzicom gotowe rozwiązania, by wychować inteligentne i wszechstronnie uzdolnione dziecko. Nie dajemy więc dziecku przypadkowej zabawki - musi być edukacyjna. Nie pozwalamy dziecku zajmować się sobą - przecież musimy ciągle stymulować. W procesie wychowywania młodego człowieka zupełnie pomijamy Matkę Naturę, wydaje nam się, że bez naszej ingerencji nic się nie zadzieje, że dziecko stanie w miejscu i przestanie rosnąć...
Zazdroszczę mojej Mamie tego, że jej macierzyństwo przypadało na czas pozbawiony presji "wydobywania z dziecka potencjału". Jak mówi prof. Anna Giza-Poleszczuk*, kiedyś wystarczyło dziecko nakarmić, ubrać, odprawić do szkoły, dopilnować przyzwoitych ocen - i już matka mogła być z siebie dumna. Dziś powiedzielibyśmy, że tego typu zabiegi przy dzieciach są podstawą podstaw i żadna kobieta się z tym nie obnosi, bo to żadne osiągnięcie. Wręcz konieczność, by nie otrzeć się o patologię. To taki poziom "elementary" w macierzyństwie, a my mamy ambicje na "advanced". Bo kto się nie rozwija, ten się zwija. Bo dziecko koleżanki już tyle potrafi. Bo takie czasy, że trzeba od małego... I gonimy niedościgniony ideał matki, która zawsze o krok wyprzedza potrzeby dziecka, która stwarza mu optymalne warunki rozwoju emocjonalno-poznawczo-motoryczno-jakiegośtam. Bo specjaliści różnej maści nawołują, by bacznie obserwować i niczego nie przegapić. I oczywiście w porę reagować, co oznacza bycie przy dziecku cały Boży dzień, spychając na drugi plan siebie i resztę świata. Nie może się ta pogoń skończyć inaczej niż głęboką frustracją co najmniej. Bo fizycznie nie ma takiej możliwości, żeby sprostać tak postawionym wymaganiom.
Gdy przeglądałam "Zwierciadło" moje dziecko akurat bawiło się pieluszką. Nic specjalnego - nakrywało się, czasem odkrywało, a czasami ja musiałam pomóc. Trwało to ładnych kilkadziesiąt (!) minut. Zerkałam z niedowierzaniem, że zwykła tetra może zająć na tak długo. Może za długo? - pomyślałam. Może powinnam mu ją już zabrać i podsunąć inną zabawkę, taką która bawi i uczy od razu? Przyłapałam się na tym, że myślę dokładnie w sposób opisany w artykule. Też daję się od czasu do czasu wpędzić w poczucie winy i wątpliwości, zupełnie niepotrzebnie i najczęściej bezpodstawnie. Bo tetra to przecież tylko pozornie nudna pielucha. To też okrycie, śliniak, ściereczka, imitacja maminej bluzki, ciekawa faktura, kształt, wzór, jak również nauka chwytania, składania, wiązania supła itp. I jak przy tej mnogości zastosowań wypada superchłonny pampers?
Czytam, że "kiedyś bycie matką było proste" i znów trochę zazdroszczę. Kiedyś w ogóle życie było proste. Dziś wszystkiego mamy pod dostatkiem, ale ten dostatek ciąży, bo jest nadmiarowy. Na szczęście do nas należy decyzja, jak nim zarządzamy.
A niech się bawi tą pieluchą ile chce...
* artykuł z magazynu Zwierciadło: "Nie bój się toksycznej matki"
fot.www.misjamilosci.blogspot.com
środa, 9 października 2013
Szczęśliwa mama = szczęśliwe dziecko
Nie odwrotnie. Choć wiele osób twierdzi, że jest inaczej, ja się tego trzymam rękami i nogami.
Zawsze szczerze było mi żal tych kobiet, które dały sobie wmówić, że odkąd stały się matkami powinny zadowolić się spełnieniem w macierzyństwie i zapomnieć o reszcie świata. Skoro jednak zdecydowały się podjąć tej jakże odpowiedzialnej roli, to teraz muszą konsekwentnie pchać ten wózek - dosłownie i w przenośni, 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu.
Bycie matką jest ważną, a dla wielu kobiet najważniejszą rolą w życiu. Ale nie jedyną. Wciąż pozostajemy kobietami, partnerkami, pracownicami, przedsiębiorcami itd. Macierzyństwo nie przekreśla pozostałych funkcji, choć z pewnością jest na tyle absorbujące, że wymaga niemałych zdolności organizacyjnych, żeby pogodzić je z innymi sprawami.
Zdaję sobie sprawę, że to dość niepopularne stanowisko wśród kobiet, które wyznają zasadę, że dziecku trzeba się poświęcić bez reszty. Że dziecko jest najważniejsze, potrzeby matki są drugorzędne, a właściwie nigdy nie realizowane, bo nie dopuszczane do głosu.
Tak długo, jak życie mnie nie przekona, że jest inaczej, będę zwolenniczką podejścia, że im matka jest szczęśliwsza, tym bardziej dziecko na tym korzysta. Dlatego chcę być zadowoloną z siebie kobietą, spełniającą się na różnych polach po to, aby dziecko widziało mnie uśmiechniętą i szczęśliwą.
fot.www.relationalmentalhealth.wordpress.com
Zawsze szczerze było mi żal tych kobiet, które dały sobie wmówić, że odkąd stały się matkami powinny zadowolić się spełnieniem w macierzyństwie i zapomnieć o reszcie świata. Skoro jednak zdecydowały się podjąć tej jakże odpowiedzialnej roli, to teraz muszą konsekwentnie pchać ten wózek - dosłownie i w przenośni, 24 godziny na dobę, 7 dni w tygodniu.
Bycie matką jest ważną, a dla wielu kobiet najważniejszą rolą w życiu. Ale nie jedyną. Wciąż pozostajemy kobietami, partnerkami, pracownicami, przedsiębiorcami itd. Macierzyństwo nie przekreśla pozostałych funkcji, choć z pewnością jest na tyle absorbujące, że wymaga niemałych zdolności organizacyjnych, żeby pogodzić je z innymi sprawami.
Zdaję sobie sprawę, że to dość niepopularne stanowisko wśród kobiet, które wyznają zasadę, że dziecku trzeba się poświęcić bez reszty. Że dziecko jest najważniejsze, potrzeby matki są drugorzędne, a właściwie nigdy nie realizowane, bo nie dopuszczane do głosu.
Tak długo, jak życie mnie nie przekona, że jest inaczej, będę zwolenniczką podejścia, że im matka jest szczęśliwsza, tym bardziej dziecko na tym korzysta. Dlatego chcę być zadowoloną z siebie kobietą, spełniającą się na różnych polach po to, aby dziecko widziało mnie uśmiechniętą i szczęśliwą.
fot.www.relationalmentalhealth.wordpress.com
Subskrybuj:
Posty (Atom)















