czwartek, 8 maja 2014

Połogowa hierarchia

Co powinno być najważniejsze dla kobiety po porodzie? Nie zadawałam tego pytania sobie ani nikomu innemu, a odpowiedź i tak do mnie przyszła. 

Pierwsza od ordynator oddziału noworodków, która pouczała mnie przed wypisem odnośnie dbałości o siebie i dziecko. Zalecenia: karmienie naturalne. "Żeby miała pani pokarm, musi pani dobrze jeść i się nie stresować. - powiedziała. To jest taki odmienny czas dla kobiety." 

Z pustego i Salomon...

No tak, pomyślałam. To ma sens. Z zestresowanej piersi mleko nie popłynie :) Ale dlaczego nie stresowanie się ma być czymś wyjątkowym? No cóż, pewnie większość kobiet kulturowo zaprogramowanych na matki-Polki nie uważa za konieczne zatroszczenie się o siebie, gdyż całą uwagę koncentrują na dziecku. Stąd nie przyjdzie im do głowy, że odpoczynek i chwila relaksu są tak samo ważne, jak ogarnięcie wszystkich obowiązków macierzyńskich. A nawet jeśli przyjdzie, to wygospodarowanie tej odrobiny czasu może się okazać niezwykle trudne w realizacji. 

Inną sprawą są społeczne oczekiwania, że kobieta sobie zawsze ze wszystkim poradzi. Jest nawet takie powiedzenie: "Kobieta jest jak wierzba - pochyli się aż do ziemi, ale nie złamie się nigdy." Szlachetne to i wzruszające, tylko że... mnie nie przekonuje. Naprawdę nie widzę powodu, dla którego miałabym robić coś ponad moje siły tylko po to, żeby udowodnić (komu właściwie?), że sobie radzę. Patrzcie, patrzcie - padam na twarz, ale jeszcze ogarnę parę tematów. Nie! Jak padam, to pozwalam sobie paść na dobre i odpocząć, bo tego potrzebuje mój organizm. Większy będzie pożytek ze mnie, gdy będę wypoczęta i zregenerowana, niż zblazowana i sfrustrowana. Dlatego też nie zamierzam "hojraczyć" i udawać, że doszłam do formy po porodzie szybciej, niż jest w istocie. Absolutnie. Zamierzam sobie dać na rekonwalescencję tyle czasu ile będzie trzeba, bo nie staję w konkursie na jak najszybszą odnowę. 

Właściwa kolejność  
   
Drugą osobą, która uświadomiła mnie co do priorytetów młodej mamy, była położna. Powiedziała mi tak: "Najważniejsze jest teraz dziecko, potem pani, a na końcu dom." Doprecyzowała, że jak tylko uwinę się z rzeczami, które mam do zrobienia przy dziecku, przychodzi pora na zaspokojenie moich potrzeb. W tym czasie mam coś zjeść, przespać się w ciągu dnia jeśli potrzebuję (najskuteczniej wtedy, kiedy śpi dziecko), poczytać coś relaksującego (niekoniecznie gazety i książki o macierzyństwie). Wszystko inne może zaczekać. Jestem teraz tak ważna dla maluszka, że moja kondycja psycho-fizyczna bezpośrednio oddziałuje na naszą relację, dlatego inwestycja w moje samopoczucie opłaci się podwójnie. Tym samym w nielicznych wolnych chwilach mam sobie odpuścić rzucanie się w wir obowiązków domowych - te można zostawić innym członkom rodziny. 

A więc jeszcze raz: 
   1. Synuś
   2. Ja
   3. Reszta świata

Matkowanie przez delegowanie


Trzecią osobą, która podzieliła się ze mną swoją strategią przetrwania pierwszych kilku tygodni była moja sąsiadka. Jej rada była krótka i brzmiała: "Wykorzystuj do pomocy kogo tylko się da!". 

Innymi słowy - nie ma się co bawić w Zosię-samosię, bo po pierwsze to wyczerpujące :), a po drugie macierzyństwo dostarczy jeszcze wielu wyzwań, przy których będzie się można wykazać. 

Amen.


fot.www.keepcalm-o-matic.co.uk

środa, 7 maja 2014

Pierwsza życiowa podróż

Po porannym obchodzie zapadła decyzja - wychodzę ze szpitala. Musiałam jeszcze tylko zaczekać na wypis. Salowa była przeszczęśliwa, że zwalniam pokój. Uprzejmie poprosiła, żebym pozwoliła jej posprzątać jeszcze zanim opuszczę salę. Żaden problem - stwierdziłam. A niech się kobiecina uwinie z robotą i nie robi nadgodzin w piątek.

Nie znoszę pakowania, ale tego dnia poszło mi błyskawicznie. Jak nigdy pozbierałam rzeczy i bez zbytecznych ceregieli powkładałam do walizki i toreb. Wiem, wiem - brzmi, jakbym jechała na wakacje, ale wyprawka do szpitala była naprawdę spora. Zwłaszcza, że każdego dnia jeszcze mi coś dowożono (na przykład sama poducha do karmienia jest już tak pokaźnych rozmiarów, że zajęła jeden wielki worek), dlatego przy wypisie mój dobytek był o wiele większy, niż przy przyjęciu. 

Przez chwilę nie mogłam się zdecydować, jak ubrać synka w jego pierwszą podróż. Miałam dylemat, bo od czterech dni nie wychodziłam na zewnątrz, ale jedno spojrzenie przez okno wystarczyło, żeby zauważyć ludzi w krótkich rękawkach, czyli ciepło.  

Wychodząc ze szpitala czułam się tak, jakbym wkraczała do innego świata. Ludzie jacyś tacy szybko chodzący (w przeciwieństwie do kobiet po porodach), pełne słońce, świeże powietrze. Z jednej strony towarzyszyło mi poczucie, że właściwie świat pozostał taki sam, jak przed kilkoma dniami, gdy podążałam w przeciwnym kierunku. Z drugiej strony świadomość, że mój własny świat zmienił się całkowicie. 

Wsiadając do samochodu uzmysłowiłam sobie, że od teraz to MY jesteśmy w pełni odpowiedzialni za nasze dziecko. Już nie mam guzika wzywającego położną, a w razie problemów nie odwiozę małego na oddział noworodków. Teraz wszystkie decyzje należą wyłącznie do nas. To ogromne wyzwanie! 


Na tylnym siedzeniu obok fotelika z synusiem jechałam uśmiechnięta i podekscytowana. Młody przespał całą drogę do domu, co dobrze rokuje jeśli chodzi o przyszłe podróże :) A ja byłam szalenie dumna. Spoglądałam w oczy mężusia - współtwórcę tego małego cudeńka - odbite w lusterku wstecznym i po raz kolejny w życiu poczułam się szczęściarą. Teraz mam dwóch wspaniałych mężczyzn!  

Przed domem czekały znajome sąsiadki, które mocno mi kibicowały w ciąży i wspierały sms-owo w czasie pobytu w szpitalu. Powitały mnie jak zwycięzcę, wyściskały, obowiązkowo pozachwycały się malcem i w końcu "puściły" do domu. A tam... już za progiem przywitały mnie okolicznościowe dekoracje, kwiaty, balony. Poczułam się absolutnie wyjątkowo, jakbym dokonała czegoś wielkiego. Bo dokonałam! 

Teraz czas pokazać synkowi jego Dom :)


fot.www.mojniemowlak.pl
fot.www.ceneo.pl

wtorek, 6 maja 2014

Co z tym baby bluesem?

Odpowiedź na moje pytanie o baby bluesa pojawiła się szybciej, niż się spodziewałam. 

Jak można mieć jakieś załamanie w tej krainie szczęśliwości? Można. Przyszło nagle i niespodziewanie. Niespodziewanie nie dlatego, że dotychczas czułam się bejbiblusowo-nietykalna. Niespodziewanie, ponieważ uderzyło z nieoczekiwanej strony. Wcześniej wyobrażałam sobie, że poporodowe załamania dotyczą głównie poczucia własnej niekompetencji, niepewności w roli mamy, nieumiejętności zajęcia się własnym dzieckiem i tym podobne. Tymczasem z godziny na godzinę mój nastrój leciał na łeb na szyję z zupełnie innego powodu.


Bolesna rzeczywistość

Nie miałam pojęcia, że środki przeciwbólowe stosowane po cesarskim cięciu mają za zadanie jedynie złagodzić ból, a nie znieść go zupełnie. A biorąc pod uwagę fakt, że mój próg bólu jest prawie równy zeru, była to dla mnie naprawdę nieprzyjemna niespodzianka. Znieczulenie przestawało działać, a ja z każdą chwilą coraz bardziej zaczynałam odczuwać negatywne konsekwencje zabiegu. Zabiegu, który przebiegł przecież bez komplikacji, a więc wszelkie dolegliwości mieściły się w normie, czyli występowały u chyba każdej kobiety w mniejszym lub większym stopniu. Nie działo się więc nic nieprawidłowego czy niepokojącego, co wymagałoby lekarskiej interwencji. Jednak mnie intensywność bólu i jego umiejscowienie w różnych częściach ciała po prostu przerosły. Zupełnie nie byłam na to przygotowana. Nikt mnie nie uprzedził, że nawet łagodny ruch będzie sprawiał ból, a już nagły i intensywny zryw jak np. kichanie, będzie odczuwalne jak rozrywanie wnętrzności z utrzymującym się jeszcze chwilę później uczuciem pieczenia.

W tym całym zdumieniu nie umiałam sobie poukładać w głowie, że nowonarodzonym, maleńkim i bezbronnym dzieckiem, całkowicie zdanym na opiekuna ma się zajmować ktoś, kto sam ciągle wymaga opieki! Jak ja mogę brać odpowiedzialność za tego człowieczka, jeśli sama z trudem się poruszam i nie jestem pewna żadnego swojego ruchu? Bo przecież głowy nie dam, że nagłe ukłucie bólu nie sprawi, że upuszczę dziecko... (możliwe, że w takiej sytuacji jednak stery przejąłby instynkt macierzyński czy choćby samozachowawczy, ale pewności nie mam). 

Najgorzej wspominam poranek, kiedy położna o 5:50 przywiozła mi synka do sali i poleciła: "proszę nakarmić dzidziusia". Zanim zdążyłam odwrócić głowę w stronę drzwi i jakkolwiek zareagować, już jej nie było. Jedyna myśl, która kłębiła mi się wtedy w głowie, poza ogromnym poczuciem niemocy, było pytanie: "ale jak to?!". Poprzedniego dnia przywieziono mi małego w czasie odwiedzin rodziny, więc ktoś mi mógł go podać do karmienia. A teraz? W ułamku sekundy wyobrazilam sobie całą akcję: zanim podniosę się z łóżka i spionizuję tak ostrożnie, jak się tylko da, żeby nie dodawać sobie bólu przy każdym ruchu, minie kilka dobrych kilka chwil. Potem zanim podejdę do łóżeczka i podniosę dziecko, wrócę do łóżka, usiądę z dzieckiem na rękach i wymanewruję nim tak, żeby je optymalnie przystawić przy jednoczesnym podkładaniu sobie poduszki pod plecy, miną wieki... 

Zdawałam sobie sprawę z tego, że w interesie szpitala leży jak najszybsze uruchomienie położnic i wypis do domu. Przedtem jednak personel choć w małym stopniu chce mieć pewność, że młoda matka potrafi się zająć dzieckiem i zrobić przy nim podstawowe rzeczy. Zgoda, przy takim założeniu tak wczesne zmuszanie kobiet do pełnej aktywności ma sens. Niestety było to ponad moje siły. Oczywiście nie miałam wyjścia, więc zaczęłam zwlekać się z łóżka przy coraz głośniejszym akompaniamencie płaczu malucha. W dodatku byłam już tak zrezygnowana, że nawet mi nie przyszło do głowy, żeby przycisnąć przycisk i poprosić o pomoc...    

Lewe oko nie wie, co czyni prawe


W chwili mojej największej słabości, kiedy zapłakana pochylalam się nad dziecięcym łóżeczkiem, nakryła mnie znajoma z niespodziewaną wizytą. A niech to - myślałam - za wcześnie odkręciłam kurki... Ale już po chwili nie żałowałam, że zastała mnie w takim stanie, bo jej ramię okazało się najlepszym lekarstwem. Trochę czasu zajęło mi wytłumaczenie, iż nie dlatego się mazgaję, że coś nie tak z dzieckiem, albo że jestem nieszczęśliwa, czy rozczarowana. Przeciwnie, ciągle byłam poruszona pojawieniem się tej małej istoty w moim życiu i chyba jedno oko płakało ze wzruszenia, podczas gdy z drugiego łzy wyciskał fizyczny ból. 



Wylanie żalu przyniosło ulgę. Dosłownie. Czułam, że jakiś ciężar ze mnie spłynął. Nie dałam się jednak przekonać, że z dnia na dzień będzie coraz lepiej, a ból jest tylko przejściowy. W tamtych chwilach naprawdę w to nie wierzyłam. Po prostu nie byłam w stanie wyjść poza tu i teraz. I szczerze powiedziawszy nawet nie chciałam wybiegać w przyszłość przytłoczona teraźniejszą rzeczywistością. Znajoma jednak nie dała za wygraną i nazajutrz przyniosła inny "pocieszacz".  

"Synku"


Odtwarzacz mp3 był już ustawiony na konkretną piosenkę. Podała mi słuchawki i zostawiła mnie sam na sam z dzieckiem, muzyką i ... Grażyną Łobaszewską. Podejrzewam, że wyszła celowo, bo spodziewała się, że nagranie rozklei mnie do reszty. 

>> PLAY

Utwór przecudny. I jak bardzo trafiony! Nie odrywając wzroku od synka pomyślałam, że tekst musiała napisać osoba która jest rodzicem. Bo jakoś nie chciało mi się wierzyć, że osoba która nie ma dzieci, mogłaby aż tak pięknie wyobrazić sobie uczucia rodzicielskie, żeby przełożyć je na tekst tak wzruszającej piosenki. 


W jednej chwili zapragnęłam doświadczyć tego wszystkiego, co wyśpiewała Łobaszewska. Jednocześnie uświadomiłam sobie, że aby móc to przeżyć, muszę mieć dużo sił, których nie będą w stanie osłabić drobne przeszkody na macierzyńskiej drodze. A więc muszę się pozbierać. Co nas nie zabije.... 

Jeszcze raz spojrzałam na malutkiego i postanowiłam: dam radę, dla ciebie synku. 


fot.www.thedetoxdiva.com
fot.www.hawkinshearing.com

poniedziałek, 5 maja 2014

Od pierwszego wejrzenia

Gdybym miała w kilku słowach opisać wrażenie, jakie zrobiły na mnie pierwsze chwile z synem (te dłuższe, gdy przywieziono syna do sali), najchętniej poszłabym na skróty i przywołała słowa jakiejś tkliwej piosenki o macierzyństwie i odesłała do posłuchania. Ale nie ma takiej piosenki, bo nikt nie napisał piosenki o mnie i moim dziecku. Uważam, że choć doświadczenia wielu mam są bardzo podobne, to jednak każda przeżywa je na swój sposób. Dlatego jedyne, co mi pozostaje, to napisać moją własną piosenkę... Na razie jednak może lepiej zostanę przy prozie :) 

Ciekawość - pierwszy stopień do poznania

Pierwsze wrażenie? Nie zapomnę jak przyglądałam się małemu opatulonemu w pieluchy uformowane w rożek i mówiłam do siebie w myślach: "A więc to Ty... Czyli tak właśnie wyglądasz!". Nie wiem ile mogła trwać ta chwila. Nie wiem, co działo się wtedy w okół. Spał spokojnie, a ja nie mogłam uwierzyć, że ten maleńki człowieczek jeszcze nie dawno był u mnie w brzuchu! Że powstał z połączenia komórek dwojga różnych ludzi. I że to w moim ciele takie małe nasionko dorosło do postaci, w której jest w stanie żyć na świecie. I w końcu, że zupełnie nic o nim nie wiem! Nie rozpoznawałam nawet jego płaczu wśród innych dzieci... Jedyne, co wyglądało znajomo, to profil jego buźki - identyczny jak na kilku ostatnich zdjęciach USG. Nie spodziewałam się tylu włosów na głowie, długich paluszków ani tego, że noworodek jest... taki malutki! (pomimo swojej słusznej wagi ponad 4 kg). 

Gdy się poruszył, zaczęłam się zastanawiać, co zrobię, jak się obudzi i zacznie płakać. Może zajrzę mu do pieluszki i przewinę? Może się przedstawię? Może...

Nie zdążyłam udzielić sobie odpowiedzi, bo gdy w końcu zakwilił, zalałam go moją mową powitalną odmieniając jego imię przez wszystkie formy i zdrobnienia, dziwiąc się, skąd mi to w ogóle przyszło do głowy. Bo przyszło. I do głowy i do serca. Jakoś nie bałam się go podnieść, przewinąć (tu mi się otworzyły różne klapki z instruktarzem ze szkoły rodzenia), wszystko przyszło naturalnie. Umacniało mnie przekonanie, że nie da się zrobić krzywdy własnemu dziecku, nawet jeśli coś robię niepoprawnie.  

Brzuszek do brzuszka

Pierwsze przystawienie do piersi, choć nieporadne (z mojej strony, bo dziecko wiedzione instynktem doskonale wiedziało, gdzie chwycić :)), zrobiło na mnie ogromne wrażenie. Tym bardziej, że upłynęło sporo czasu, zanim przyniesiono mi małego do karmienia i nie byłam pewna, czy skoro już posmakował butelki (po cesarce dzieci w pierwszej dobie są często dokarmiane, zanim mama dojdzie do siebie), będzie miał ochotę jeszcze spróbować mojego pokarmu. Nie mogłam się nadziwić patrząc na maleńkie usteczka "poszukiwacza skarbów", który z zamkniętymi oczami dobrał się do celu i przyssał jak mała pijawka. Widok małej główeczki zatopionej w moim ramieniu i twarzyczki mocno przytulonej do mojego ciała był dla mnie tyleż niesamowity, co niespodziewany. A więc zaiskrzyło między nami! - cieszyłam się w duchu. 

Nie wiem, na ile to sprawka szalejących hormonów, na ile wpływ środków znieczulających, ale byłam maksymalnie oszołomiona sytuacją. Czy pozytywnie? Tak, jak najbardziej! Pomyślałam wtedy, że ten cały baby blues jest zdecydowanie przereklamowany. Bo jak można mieć jakieś załamanie, gdy ogarnia człowieka tak obezwładniające poczucie szczęścia...? 


fot.www.seven-seas.com

Bo ludzie są ważni

Są w życiu takie chwile, kiedy to, jacy ludzie nas otaczają, ma niebagatelne znaczenie. Choć współcześnie promuje się całkowitą wewnątrzsterowność i samowystarczalność, a wraz z nimi niezależność od cudzych opinii i zachowań, to zdarza się, że czyjaś przychylność lub antypatia bywa kluczowa dla naszego dobrostanu. Zwłaszcza w sytuacjach nowych, kiedy nie czujemy się pewnie, nie potrafimy się odnaleźć albo gdy jesteśmy w pełni zdani na czyjąś pomoc. 

W cudzych rękach 


Nigdy bym nie przypuszczała, że w czasie pobytu w szpitalu jednymi z najbardziej stresujących wydarzeń będą zmiany położnych. Gdy tylko skończył się dyżur porannej zmiany, z niepokojem wypatrywałam osoby, która zastąpi poprzednią. W pierwszej dobie po cesarce miałam szczęście trafić na dwie kolejne sympatyczne położne, serdeczne i empatyczne. Cieszyłam się, że co jakiś czas do mnie zaglądają zapytać, jak się czuję i czy czegoś nie potrzebuję. Mogłoby się wydawać, że nie robiły nic wyjątkowego, po prostu wykonywały swoją pracę. Tyle, że w moim odczuciu dawały od siebie dużo więcej. Coś, co nie jest ujęte w zakresach obowiązków i z czego pracodawca z pewnością ich nie rozlicza. Chodzi o rodzaj szacunku dla człowieka-pacjenta i zrozumienia jego położenia (dosłownie). A czasem tylko o uśmiech czy dobre słowo.  

W drugiej dobie karta się odwróciła i kolejne dwie położne były niemal przeciwieństwem poprzednich. Na wezwania reagowały późno i zawsze dawały mi odczuć, że niepotrzebnie zawracam im głowę. Każdą najmniejszą prośbę kwitowały komentarzem, który skutecznie zniechęcał do dalszego kontaktu. W rezultacie zaczęłam czuć się winna, że zakłócam paniom cenny spokój, a w skrajnych przypadkach - widząc ich niepocieszone miny - zastanawiałam się, czy aby rzeczywiście nie przesadzam z częstotliwością naciskania na dzwonek. Szczerze powiedziawszy chętnie bym zrezygnowała z ich usług, gdyby to tylko było możliwe. Niestety naprawdę potrzebowałam ich pomocy, więc trzeba było jakoś się dogadać. Znaczyło to mniej więcej tyle, co przekonać je, że przychodzą do mnie nie na darmo. To stawiało mnie w niekomfortowej pozycji znienawidzonego "petenta", który istnieje tylko po to, żeby uprzykrzać komuś życie, albo dopomina się o coś, co mu się nie należy. No bo kto to widział wzywać położną w środku nocy, jeśli ta wolałaby się wyspać na dyżurze?


Szczytem "zawracania głowy" była moja prośba o środek przeciwbólowy. Położna ciężko westchnęła i wymamrotała: "to będę musiała zadzwonić po lekarza..." i stała tak jeszcze chwilę jakby czekając, że na widok jej zdegustowanej miny natychmiast się wycofam i powiem coś w stylu: "A to jak po lekarza aż trzeba dzwonić, to nie... proszę się nie fatygować". Zamiast tego gryzłam się w język, żeby nie palnąć: "A to będzie dla pani jakiś problem? jeśli tak, to proszę dać numer do tego doktora, to sobie sama zadzwonię". 


Pomyślicie może, że jestem superupierdliwym pacjentem i ewentualne współczucie należy się właśnie położnym, które się ze mną musiały "użerać". W moim odczuciu jednak byłam pacjentem, który po prostu zna swoje prawa. Innymi słowy nie zamierzałam zwijać się z bólu tylko dlatego, żeby nie dodawać paniom położnym pracy. Czy to jakieś nadużycie? 

Win-win?

Komunę znam głównie z opowieści, ale relacja położna-pacjent trochę mi przypominała układ urzędnik-petent, w której ten drugi, jeśli nie kłaniał się w pas, niczego nie załatwił. Na szczęście czasy się zmieniły, ale jeszcze gdzieniegdzie zostało "po staremu", w urzędach czy szpitalach właśnie.

Z ciekawostek, osoba z którą wymieniłam opinię na temat tej jednej "mniej fajnej" położnej, powiedziała o niej krótko: "ta pani chyba nie lubi swojej pracy". Wow, pomyślałam, cóż za genialny eufemizm!

Piszę o tym dlatego, że narodziny dziecka są dla kobiety jednym z ważniejszych życiowych wydarzeń - pięknym i bolesnym zarazem. I byłoby idealnie, gdyby przy pomocy personelu medycznego dało się zminimalizować negatywne skutki porodu na tyle, żeby kobieta mogła się maksymalnie skupić na opiece nad dzieckiem. Tymczasem w praktyce bywa różnie. Można trafić na lekarza, położną czy nawet salową(!) z powołania, którzy wiedzą jakim typem pacjentek są położnice i jakiego rodzaju wsparcia potrzebują. I są też ich przeciwieństwa - ludzie, którzy swój zawód wykonują z musu albo przypadku i nie ma co liczyć na jakąkolwiek uprzejmość z ich strony. Sami sprawiają wrażenie bardziej pokrzywdzonych przez los od obolałych pacjentów i proszenie akurat ich o pomoc wydaje się wielce niestosowne. A pacjentom czasami potrzeba naprawdę niewiele - poprawić poduszkę czy przygasić światło, kiedy po zabiegu znieczulenie ciągle przykuwa nogi do łóżka...   

Miłość bliźniego 

I tym sposobem zawracam do wątku o ludziach, których spotykamy na naszej drodze. Nie zawsze możemy wybrać, kto będzie nam towarzyszył w ważnych momentach życia. Mamy też znikomy wpływ na to, kto nam sprzeda paliwo na stacji, kto zarejestruje do lekarza albo obsłuży w banku. Ale zawsze mamy wpływ na to, jak my zapiszemy się w czyimś życiu. Bo w większości przypadków sami decydujemy o tym, czy zdobędziemy się na uprzejmość, dobre słowo, odrobinę zrozumienia. Nawet jeśli nie lubimy swojej pracy albo wybitnie nie podoba nam się miejsce, w którym się znaleźliśmy to nie zwalnia to nas obowiązku bycia człowiekiem. To kosztuje naprawdę niewiele, a może być promykiem rozpromieniającym czyjeś doświadczenie. 

Moje doświadczenie, poza drobnymi :) wyjątkami, było na szczęście okraszone wieloma pozytywnymi spotkaniami. Pozwoliły mi one przejść przez trudne momenty z poczuciem, że pobyt w szpitalu oraz wszelkie cierpienia są jedynie chwilowe i miną tak szybko, jak się pojawiły. 


fot.www.photl.com
fot.www.identity-mag.com
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...