- "Ile ma?" - zagadnęła mnie na plaży kobieta, gdy pokazywałam 3-miesięcznemu synkowi morze. Patrzyła z czułością i wspominała: - "Mówię pani, to najpiękniejszy czas! Jak sama miałam takiego niemowlaka i widziałam starsze, biegające dzieci, to chciałam już takie mieć, odrośnięte. A teraz... patrzę na tego pani maluszka i wszystko sobie przypominam! To był dla mnie najpiękniejszy czas, z takim maleństwem". - powiedziała z rozrzewnieniem matka 2-letniej córki. Często słyszę od kogoś znajomego czy z rodziny: "za rok mały będzie ci już tu biegał" albo "poczekaj jeszcze kilka miesięcy, a zobaczysz jaki się zrobi komunikatywny". I buntuję się wewnętrznie przeciwko takim tekstom, bo ja... wcale nie potrzebuję niczego przyspieszać. Co będzie, to będzie - naturalna kolej rzeczy. Jak dla mnie, fajnie jest już teraz. Nie jutro, ani za rok. Teraz, w tej chwili, która jest. Bo jak śpiewał Maciek Balcar: "chwila która trwa może być najlepszą z twoich chwil", najlepszą z moich chwil. PS. >>Dżem "Do kołyski"
Jaki kochany! - myślę nie raz, patrząc na brzdąca który właśnie zaprezentował jeden ze swoich najbardziej chwytających za serce uśmiechów. Pędzę po aparat, aby uwiecznić tą chwilę i... Już nieaktualne. Najważniejsze jest niewidoczne dla obiektywu. fot.www.groupon.pl
Po niezwykle trudnym fizycznie i emocjonalnie tygodniu zaczęłam się zastanawiać nad pewną kwestią: czy rok urlopu macierzyńskiego to naprawdę samo dobro dla dziecka? Specjaliści twierdzą, że rok z dzieckiem to absolutne minimum dla nawiązania więzi, zapewnienia poczucia bezpieczeństwa, zadbania o podstawowe potrzeby maluszka. Niektórzy rozciągają ten okres aż na pierwsze trzy lata ponieważ to, co się w tym czasie wypracuje, będzie rzutowało na resztę życia dziecka. Dlatego byłoby idealnie, żeby to rodzic zadbał o najważniejsze aspekty wychowawcze, traktując je jako najlepszą inwestycję. Teoria teorią, ale gdy jest się przez kilka dni z rzędu ciągle niewyspanym i tylko czeka się na to, aż dziecko łaskawie opadnie z sił i się zdrzemnie, to rodzi się wątpliwość, czy taka jakość relacji jest na pewno tą, o jaką w świadomym rodzicielstwie chodzi. Jaki dziecko ma pożytek z matki, która wygląda jak zombie, nie ma pomysłu na zabawy ani sił na uśmiech? Dziś po raz pierwszy pomyślałam, że kobiety wracające do pracy wcześniej, nie tylko nie krzywdzą swoich dzieci, ale może robią dla nich coś dobrego. Bo czym innym jest przebywanie z dzieckiem 24 h/dobę, a czym innym powrót po kilku godzinach nieobecności. Wtedy do głosu ma szansę dojść tęsknota, która przekłada się na autentyczne pragnienie pobycia z własnym dzieckiem i danie z siebie wszystkiego... To też oczywiście tylko teoria, bo przecież praca zawodowa tak samo potrafi wyssać energię do zera, więc nie ma się co łudzić, że do domu wraca się z pełną baterią. Hmm, wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma?... :) fot.www.mompossible.net
Dumnie kroczą środkiem osiedlowej drogi i za nic mają chodniki przeznaczone dla ruchu pieszych. Słysząc nadjeżdżający pojazd leniwie schodzą na bok ustawiając się gęsiego (a jednak się da!). Trochę to trwa, bo jedna z drugą muszę skończyć rozpoczęty wątek rozmowy, zanim na sekundę stracą się z oczu. Kierowcy samochodów nie próbują nawet zwracać im uwagi, bo te natychmiast powołają się na znak D-40 ustawiony przy wjeździe na osiedle. Czasami tylko za przednią szybą widać twarz wykrzywioną przez zdegustowaną minę i ręce bezsilnie opadające na kierownicę.
Ale po co te nerwy? Matki z wózkami to też kierowcy. Prowadzą te swoje czterokołowe (nie licząc kilku trójkołowców) pojazdy i robią to przepisowo. Przykładowo zachowują bezpieczną odległość od innych uczestników ruchu, nieobce im również manewry omijania, wyprzedzania czy cofania. Tor jazdy jest dokładnie zaplanowany i nie bez kozery uwzględnia jezdnie samochodowe. Ciągłe wjazdy i zjazdy z chodnika przez wysokie krawężniki obudziłyby przecież śpiące maluchy jeszcze przed pierwszym okrążeniem osiedla! Żadna matka nie podejmie takiego ryzyka, to oczywiste. Wszystkich poirytowanych kierowców pragnę uspokoić, że pewnego dnia każde dziecko wyrasta ze swojego wózka i... przesiada się do spacerówki. A wtedy jest tylko gorzej, bo taki chodzący już maluch lubi opuścić na trochę swój pojazd i uciec od mamy. Na przykład na drugą stronę ulicy. Wtedy dopiero jest kogo omijać... Pozdrawiam wszystkich zmotoryzowanych! :) fot.www.rodzinkanatak.blogspot.com