Pewna starsza znajoma, która zachorowała na terminalną chorobę i utraciła zdolność do pracy, mawiała często: "Każdy człowiek chce się czuć potrzebny". Jest dla mnie jasne, że gdy ktoś mówi ogólnikami (każdy, nikt, wszyscy itp), to mówi nie wprost o samym sobie. Wiedziałam, że miała na myśli swoją sytuację i żal z powodu braku możliwości spełniania się w pracy. A że była pielęgniarką, to akurat w swojej pracy dawała z siebie dużo, o ile nie wszystko. Taki zawód - służba, niesienie pomocy. Nieustanny kontakt z ludźmi. Duże poświęcenie, ale też sporo w zamian - ludzka wdzięczność, od której z pewnością można się uzależnić. Bo daje poczucie, że jest się w czyimś życiu kimś istotnym. Że jest się potrzebnym.
Punkt widzenia
Myśląc o tej pielęgniarce zadawałam sobie czasem pytanie, czy aby trochę za bardzo nie utożsamiała się ze swoją rolą. To znaczy miałam wątpliwość, czy warto aż tak bardzo uzależniać swoje dobre samopoczucie, a nie raz i poczucie sensu życia/pracy od tego, czy akurat czuje się komuś potrzebna. Bo co, jeśli nagle ktoś jej odbierze możliwość wykazania się pomocą, tak jak zrobiła to ciężka choroba?
Odpowiadałam sobie wtedy, że nie, nie warto opierać swojego świata na tak niepewnych filarach, jak potrzeba bycia potrzebnym, bo nie zawsze możemy ją zaspokoić. I co wtedy? Świat będzie mniej pełny, bo coś nam zabrano, wyrwano? Będziemy mniej spełnieni i szczęśliwi?
Tak właśnie myślałam. Do czasu.
Do czasu, aż pojawił się On. Synuś szybko uzależnił mnie od przyjemności jaką daje poczucie, że jestem mu baaaardzo potrzebna. Że potrzebuje właśnie mnie. I że jestem dla niego (na razie) nieporównywalnie ważniejsza od reszty świata.
Gość w dom
Jest jeszcze malutki, więc pozwalam sobie na pławienie się w tych wszystkich macierzyńskich uczuciach. I cieszę się, że jestem dla niego numerem jeden*. Ale gdzieś z tyłu głowy odzywa się głos, że dziecko jest nam dane tylko na czas wychowania, a potem oddajemy je światu. To znaczy do końca życia będziemy jego rodzicami, ale gdy nadejdzie czas, wyfrunie z gniazda pozostawiając nas z... no właśnie, z czym?
Mam nadzieję, że z poczuciem, że jako rodzice daliśmy radę. Że potraktowaliśmy go jak oczekiwanego gościa, dając mu wszystko, co najlepsze.
Mam też wielką nadzieję, że przez te wszystkie lata wspólnego życia z dzieckiem, zadbam o pozamacierzyńską część mojego życia na tyle, że gdy pierworodny fizycznie mnie opuści, moje życie nie straci sensu. Wiem, "strata sensu życia" brzmi jak lekka przesada, ale wiele matek po wyprowadzce dzieci naprawdę przechodzi trudny okres. Mówią z żalem, że nie są już nikomu potrzebne, że ich życie straciło sens.
A ja chciałabym ucieszyć się z samodzielności syna. Choć pewnie uronię niejedną łzę i doświadczę syndromu opuszczonego gniazda, to wolałabym aby to nie był dla mnie koniec świata. Realne...?
A teraz już kończę, bo syn daje właśnie sygnał, że mnie bardzo potrzebuje :)
I zostawiam Was z muzycznym komentarzem ->> Kelly Family "Every Baby"
* to miecz obosieczny, bo nie raz oddałabym palmę pierwszeństwa komuś innemu. Komukolwiek, choćby z łapanki! Ale na krótko :)
fot.www.facebook.com
fot.www.scout.cheatsheet.me
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą perspektywa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą perspektywa. Pokaż wszystkie posty
piątek, 23 maja 2014
poniedziałek, 22 lipca 2013
Z lotu nielota, czyli do historii z jajami komentarz własny
Historię, która mnie zainspirowała do niniejszych przemyśleń możecie przeczytać w poprzednim wpisie.
Choć w dzisiejszych czasach ludzie wiedzą dokładnie, jak dochodzi do zapłodnienia i chyba już niewiele może nas w tej kwestii zaskoczyć, to jednak tak zwane wpadki ciągle się zdarzają. Znaczyłoby to, że “licho” nie śpi, a więc Matka Natura tylko czyha na chwilę zapomnienia, aby zrealizować swój prokreacyjny cel.
Co więcej, wygląda na to, że realizuje swoją misję nie tylko przez ludzką nieuwagę i przypadkowość zachowań seksualnych, ale również poprzez całkowicie świadome decyzje. Bo czyż fakt, że w pewnym momencie życia zaczynamy myśleć o powiększeniu rodziny, nie jest tego najlepszym przykładem?
Tak sobie myślę, że Matka Natura musi mieć niezły ubaw gdy patrzy na nas, którzy z wielką powagą nadajemy życiu sens i z rozmysłem stawiamy każdy krok sądząc, że sami jesteśmy kowalami własnych losów.
Czasem wyobrażam sobie to tak, że włącza swój ogromny telewizor i wybierając kanał mamrocze pod nosem: “to dziś sobie zobaczę, co się dzieje w Białym Domu, a jutro zajrzę do Kowalskich w Polsce…”. I raz po raz zrywa boki ze śmiechu tak, jak my zaśmiewamy się z rzeczywistości przedstawionej w kabarecie...
Homo sapiens Show
A cóż takiego zabawnego mogłaby zobaczyć? Na przykład miliardy zabieganych ludzi, z których każdy z osobna przekonany jest o swoim wyjątkowym powołaniu i życiowej misji do spełnienia. Ludzi tak do siebie podobnych, choć każdemu wydaje się, że jest jedynym w swoim rodzaju egzemplarzem. Szalenie ambitnie podchodzących do swojej kruchej egzystencji, jakby sami powołali się do życia i dokładnie wiedzieli, po co żyją. Ciągle doskonalących się w samopoznaniu, aby zrozumieć własne motywy i dotknąć istoty człowieczeństwa. Coraz większych indywidualistów odwracających się od kultur kolektywistycznych, by stać się jak najbardziej odrębnymi, niezależnymi jednostkami… Nuda.
Na koniec wyobrażam sobie, jak Matka Natura kiwa z niedowierzaniem głową, że ci wszyscy ludzie naprawdę wierzą, że wszystko w życiu zależy od nich, a kwestię istnienia sił wyższych zostawiają teologom, duchownym i fizykom.
Sama nie jestem tu wyjątkiem i też oczywiście wolę myśleć o sobie jako o człowieku wewnątrzsterownym, biorącym odpowiedzialność za swoje życie. Wolę mieć poczucie kontroli, sądzić, że istnieje związek między przyczyną i skutkiem, a w podejmowanych działaniach wykazuję się własną sprawczością. W przeciwnym razie zapewne nie miałabym motywacji do wstawania co rano i stawiania sobie jakichkolwiek celów.
Jednocześnie lubię się od czasu do czasu zdystansować i upewnić, czy aby nie gram głównej roli w kolejnej ekranizacji “Truman Show” :). Spoglądam wtedy na siebie jako element większej całości, jak na maleńki okruszek we wszechświecie. Okruch, który być może ma jakąś rolę do spełnienia na ziemi. Ale może wcale nie ma. Albo rola przydzielona mu przez ewolucję wcale nie jest tożsama z moją definicją sensu życia.
Co uzyskuję dzięki takiej perspektywie? Spokój i pokorę. Taki luz, dzięki któremu mogę pozwolić sobie na chwilę zatrzymania i odpoczynku, bo w tym czasie moje życie i tak toczy się dalej. Nie muszę być w ciągłej gotowości do działania, bo przecież o najważniejsze funkcje życiowe dba sama natura.
I patrząc na swoje życie w ten sposób trudno mi nie zgodzić się ze świętym Augustynem:
“Pracuj tak, jakby wszystko zależało od ciebie ale ufaj tak, jakby wszystko zależało od Boga.”
fot. www.spiritualnetworks.com
fot. www.tapetus.pl
fot. www.thelabrynthoflife.files.wordpress.com
Subskrybuj:
Posty (Atom)




