Jeśli komukolwiek tytuł powyższy kojarzy się ze słynnym felietonem Agnieszki Chylińskiej, rozpoczynającym się od słów: "Ja wiem, że Machina to nie jest miesięcznik dla początkujących matek...", to jest to prawidłowe skojarzenie. Właściwie zamiast silić się na tekst o podsumowaniu połogu (bo tym tematem chcę się w tej chwili zająć), mogłabym podpiąć linka do owego artykułu i byłoby po sprawie. Wysilę się jednak, bo jest (nie)jedno "ale".
Zresztą link zamieszczam i tak, żeby Czytelnik wiedział do czego nawiązuję: Macierzyństwo to ściema.
Błogosławiona niewiedza
Gdy spoglądam wstecz na tych kilka pierwszych tygodni z maluchem w domu, mam ekstremalnie mieszane uczucia. Trochę nie dowierzam, że to już za mną (że przetrwałam "najgorsze"), a trochę jestem zdumiona, że tak to nieźle wyglądało.
Jeśli chodzi o kondycję fizyczną nie będę się powtarzać, bo wspominałam o niej w poprzednich wpisach. Podsumowując, uratowała mnie niewiedza. Jak człowiek nie wie, na co idzie, to się nie boi. Zastaje fakty i musi je przyjąć do wiadomości. Ja tak bardzo skupiłam się na opanowywaniu stresu przed normalnym porodem, że następstwami cesarskiego cięcia byłam kompletnie zaskoczona. Może to i lepiej, bo gdybym wcześniej wiedziała...
Cierpienie fizyczne pokazało mi jedną bardzo ważną rzecz o samej sobie: nie jestem w stanie długo go znosić. Po prostu nie. Zrobię wszystko, żeby usunąć ból lub chociażby go zredukować. Gdybym żyła w czasach torturowań, to od razu wypaplałabym wszystkie tajemnice, byle tylko nikt nie robił mi krzywdy. W podziemiu też nie mogłabym działać.
Jak śpi i jeść nie woła
A jednak do dziecka dawałam radę wstawać. Jakaś magiczna siła, coś poza mną, kazało mi podchodzić i zaspokajać kolejne potrzeby synka. Kiedy było bardzo ciężko, mówiłam sobie, że to już tylko jeden ostatni raz, na więcej nie starczy mi sił. Ale dziwnym trafem starczało.
Ściemą okazało się moje wyobrażenie na temat okresów snu i czuwania dziecka. Ludzie dookoła mówili: "taki maluszek to przecież prawie cały czas śpi". Doprawdy? Hmm... To już wiem, skąd się wzięło powiedzenie, że dziecko jest urocze jak śpi i jeść nie woła. Szkoda tylko, że nie ma czasu na przyglądanie się takiemu uroczemu śpiochowi, bo każda wolna chwila gdy maluch zmruży oko, jest na wagę złota.
Do dziś nie wiem, skąd matki mają siły do prawie 24-godzinnej aktywności na dobę. Gdy mój synek zapadał w sen na cztery godziny w nocy, to dla mnie - po odliczeniu czasu na toaletę, kolację, ogarnięcie domu - na sen zostawały dwie. I tak dzień w dzień (i noc w noc). Kto wie, może mózg jest tak inteligentnym tworem, że przy pomocy hormonów jest w stanie u młodych matek skompilować sen z ośmiu do dwóch godzin, bez utraty jego jakości?
Ulegając propagandzie
Wracając do Chylińskiej, prawie mogłabym się podpisać pod jej tekstem. A jak wiadomo, prawie robi różnicę. Właściwie to mniej niż prawie. Różnicę między jej wrażeniami z pierwszego miesiąca macierzyństwa, a moimi jest taka, że ja od początku spodziewałam się, że będzie "rokendrol". Oczywiście nie do końca miałam pojęcie na czym on dokładnie miałby polegać, ale z góry założyłam, że łatwo nie będzie. Reklamy z bobaskami w roli głównej ani optymistyczne słowa kobiet, które zapomniały już jak to było w połogu, nie zaciemniły obrazu macierzyństwa, który przez lata powstawał w mojej głowie. Posiadanie dziecka od zawsze jawiło mi się jako ogromne wyzwanie, bo nieprzespane noce, bo wrzask, bo ciągła potrzeba zajmowania się, bo odpowiedzialność za rozwój i milion wyrzeczeń. To przecież dlatego do niedawna nie myślałam o potomku uważając, że to nie na moje siły. Czułam, co się święci :)
Z panią Agnieszką mogę sobie natomiast podać rękę w sprawie karmienia. Na komplikacje w tym temacie nie byłam przygotowana w ogóle. Ze szkoły rodzenia zapamiętałam, że karmić należy na żądanie, ale nie rzadziej niż co 3 godziny licząc od chwili rozpoczęcia karmienia. W praktyce... - temu wątkowi poświęcę już osobny wpis, bo po pierwsze mam sporo do powiedzenia, a po drugie - zasługuje na to.
Na czarnym szlaku
Próbując streścić połóg w kilku zdaniach, porównałabym go do wspinania się na wysoką górę. Mozolna wspinaczka dzień po dniu, w zasięgu wzroku jedynie najbliższy odcinek zbocza, nie widać ani szczytu, ani sąsiednich gór. Nie ma czasu na oglądanie się za siebie, trzeba oszczędzać siły. Celem wędrówki jest wierzchołek góry, jeszcze nie wiadomo jak wysokiej. I gdy w końcu noga staje na szczycie, oczom ukazuje się rozległy masyw górski, a dalsza droga wiedzie grzbietami, łącząc się z linią horyzontu.
Dokładnie takie miałam odczucie, gdy kalendarz wskazał zakończenie połogu. Wcześniej wydawało mi się, że ten pierwszy odcinek macierzyńskiej podróży to odcinek specjalny, po którym będzie już nieco z górki. Ale ze szczytu widzę wyraźnie, że dalsza ścieżka nie prowadzi w dół. Teraz już cały czas będę poruszać się na wysokości kilku tysięcy metrów, a nie - jak dotychczas - na nizinach. Jak powiedziała nam położna - nie dościgniemy niemowlęcia w rozwoju, zawsze zaskoczy nas czymś nowym. Gdy już nauczymy się go i przyzwyczaimy do pewnych zachowań, nazajutrz mogą się one okazać nieaktualne. Jak w piosence do serialu Rodzinka.pl: "(...) nie śpię już okrągły rok i zawsze za nimi o krok". A jednak chcę "więcej jeśli się da, błagam o więcej każdego dnia"...
Rozstrzygnięcie
Czy macierzyństwo to ściema? Powiedziałabym, że to zależy od punktu wyjścia, czyli poprzedzających je wyobrażeń, wiedzy oraz przygotowania. Moje macierzyństwo zrodziło się po wielu latach totalnej znieczulicy względem dzieci, a nieraz otwartej niechęci. Przez te wszystkie lata naoglądałam się, jak to inni rodzice użerają się z nimi i to wystarczyło, żebym powiedziała "to ja podziękuję".
Teraz, kiedy sama zakosztowałam jak to jest, uważam że moja niegdysiejsza awersja uchroniła mnie dziś przed bolesnym rozczarowaniem. To taka strategia na życie - nastawić się na najgorsze, żeby się potem przekonać, że nie jest aż tak źle. Powiem więcej. Jest nie tylko nieźle, ale bywa też zaskakująco dobrze. Bo przecież "bezzębny dziamdziak" nie je na okrągło, pieluchy dobrze wchłaniają wilgoć i nawet najbardziej rozwrzeszczanego zawodnika w którymś momencie zmorzy sen.
fot.www.babyonline.pl
fot.www.familie.pl
fot.www.orange.jobs
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą połóg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą połóg. Pokaż wszystkie posty
środa, 4 czerwca 2014
Macierzyństwo to ściema?
Etykiety:
awersja,
ból,
Chylińska,
czuwanie,
kupicha,
machina,
macierzyństwo to ściema,
podsumowanie,
połóg,
propaganda,
rodzinka.pl,
rokendrol,
rozczarowanie,
sen,
siła,
szczyt,
wspinaczka,
zmęczenie
czwartek, 8 maja 2014
Połogowa hierarchia
Co powinno być najważniejsze dla kobiety po porodzie? Nie zadawałam tego pytania sobie ani nikomu innemu, a odpowiedź i tak do mnie przyszła.
Pierwsza od ordynator oddziału noworodków, która pouczała mnie przed wypisem odnośnie dbałości o siebie i dziecko. Zalecenia: karmienie naturalne. "Żeby miała pani pokarm, musi pani dobrze jeść i się nie stresować. - powiedziała. To jest taki odmienny czas dla kobiety."
Z pustego i Salomon...
No tak, pomyślałam. To ma sens. Z zestresowanej piersi mleko nie popłynie :) Ale dlaczego nie stresowanie się ma być czymś wyjątkowym? No cóż, pewnie większość kobiet kulturowo zaprogramowanych na matki-Polki nie uważa za konieczne zatroszczenie się o siebie, gdyż całą uwagę koncentrują na dziecku. Stąd nie przyjdzie im do głowy, że odpoczynek i chwila relaksu są tak samo ważne, jak ogarnięcie wszystkich obowiązków macierzyńskich. A nawet jeśli przyjdzie, to wygospodarowanie tej odrobiny czasu może się okazać niezwykle trudne w realizacji.
Inną sprawą są społeczne oczekiwania, że kobieta sobie zawsze ze wszystkim poradzi. Jest nawet takie powiedzenie: "Kobieta jest jak wierzba - pochyli się aż do ziemi, ale nie złamie się nigdy." Szlachetne to i wzruszające, tylko że... mnie nie przekonuje. Naprawdę nie widzę powodu, dla którego miałabym robić coś ponad moje siły tylko po to, żeby udowodnić (komu właściwie?), że sobie radzę. Patrzcie, patrzcie - padam na twarz, ale jeszcze ogarnę parę tematów. Nie! Jak padam, to pozwalam sobie paść na dobre i odpocząć, bo tego potrzebuje mój organizm. Większy będzie pożytek ze mnie, gdy będę wypoczęta i zregenerowana, niż zblazowana i sfrustrowana. Dlatego też nie zamierzam "hojraczyć" i udawać, że doszłam do formy po porodzie szybciej, niż jest w istocie. Absolutnie. Zamierzam sobie dać na rekonwalescencję tyle czasu ile będzie trzeba, bo nie staję w konkursie na jak najszybszą odnowę.
Właściwa kolejność
Drugą osobą, która uświadomiła mnie co do priorytetów młodej mamy, była położna. Powiedziała mi tak: "Najważniejsze jest teraz dziecko, potem pani, a na końcu dom." Doprecyzowała, że jak tylko uwinę się z rzeczami, które mam do zrobienia przy dziecku, przychodzi pora na zaspokojenie moich potrzeb. W tym czasie mam coś zjeść, przespać się w ciągu dnia jeśli potrzebuję (najskuteczniej wtedy, kiedy śpi dziecko), poczytać coś relaksującego (niekoniecznie gazety i książki o macierzyństwie). Wszystko inne może zaczekać. Jestem teraz tak ważna dla maluszka, że moja kondycja psycho-fizyczna bezpośrednio oddziałuje na naszą relację, dlatego inwestycja w moje samopoczucie opłaci się podwójnie. Tym samym w nielicznych wolnych chwilach mam sobie odpuścić rzucanie się w wir obowiązków domowych - te można zostawić innym członkom rodziny.
A więc jeszcze raz:
1. Synuś
2. Ja
3. Reszta świata
Matkowanie przez delegowanie
Trzecią osobą, która podzieliła się ze mną swoją strategią przetrwania pierwszych kilku tygodni była moja sąsiadka. Jej rada była krótka i brzmiała: "Wykorzystuj do pomocy kogo tylko się da!".
Innymi słowy - nie ma się co bawić w Zosię-samosię, bo po pierwsze to wyczerpujące :), a po drugie macierzyństwo dostarczy jeszcze wielu wyzwań, przy których będzie się można wykazać.
Amen.
fot.www.keepcalm-o-matic.co.uk
Pierwsza od ordynator oddziału noworodków, która pouczała mnie przed wypisem odnośnie dbałości o siebie i dziecko. Zalecenia: karmienie naturalne. "Żeby miała pani pokarm, musi pani dobrze jeść i się nie stresować. - powiedziała. To jest taki odmienny czas dla kobiety."
Z pustego i Salomon...
No tak, pomyślałam. To ma sens. Z zestresowanej piersi mleko nie popłynie :) Ale dlaczego nie stresowanie się ma być czymś wyjątkowym? No cóż, pewnie większość kobiet kulturowo zaprogramowanych na matki-Polki nie uważa za konieczne zatroszczenie się o siebie, gdyż całą uwagę koncentrują na dziecku. Stąd nie przyjdzie im do głowy, że odpoczynek i chwila relaksu są tak samo ważne, jak ogarnięcie wszystkich obowiązków macierzyńskich. A nawet jeśli przyjdzie, to wygospodarowanie tej odrobiny czasu może się okazać niezwykle trudne w realizacji.
Inną sprawą są społeczne oczekiwania, że kobieta sobie zawsze ze wszystkim poradzi. Jest nawet takie powiedzenie: "Kobieta jest jak wierzba - pochyli się aż do ziemi, ale nie złamie się nigdy." Szlachetne to i wzruszające, tylko że... mnie nie przekonuje. Naprawdę nie widzę powodu, dla którego miałabym robić coś ponad moje siły tylko po to, żeby udowodnić (komu właściwie?), że sobie radzę. Patrzcie, patrzcie - padam na twarz, ale jeszcze ogarnę parę tematów. Nie! Jak padam, to pozwalam sobie paść na dobre i odpocząć, bo tego potrzebuje mój organizm. Większy będzie pożytek ze mnie, gdy będę wypoczęta i zregenerowana, niż zblazowana i sfrustrowana. Dlatego też nie zamierzam "hojraczyć" i udawać, że doszłam do formy po porodzie szybciej, niż jest w istocie. Absolutnie. Zamierzam sobie dać na rekonwalescencję tyle czasu ile będzie trzeba, bo nie staję w konkursie na jak najszybszą odnowę.
Właściwa kolejność
Drugą osobą, która uświadomiła mnie co do priorytetów młodej mamy, była położna. Powiedziała mi tak: "Najważniejsze jest teraz dziecko, potem pani, a na końcu dom." Doprecyzowała, że jak tylko uwinę się z rzeczami, które mam do zrobienia przy dziecku, przychodzi pora na zaspokojenie moich potrzeb. W tym czasie mam coś zjeść, przespać się w ciągu dnia jeśli potrzebuję (najskuteczniej wtedy, kiedy śpi dziecko), poczytać coś relaksującego (niekoniecznie gazety i książki o macierzyństwie). Wszystko inne może zaczekać. Jestem teraz tak ważna dla maluszka, że moja kondycja psycho-fizyczna bezpośrednio oddziałuje na naszą relację, dlatego inwestycja w moje samopoczucie opłaci się podwójnie. Tym samym w nielicznych wolnych chwilach mam sobie odpuścić rzucanie się w wir obowiązków domowych - te można zostawić innym członkom rodziny.
A więc jeszcze raz:
1. Synuś
2. Ja
3. Reszta świata
Matkowanie przez delegowanie
Trzecią osobą, która podzieliła się ze mną swoją strategią przetrwania pierwszych kilku tygodni była moja sąsiadka. Jej rada była krótka i brzmiała: "Wykorzystuj do pomocy kogo tylko się da!".
Innymi słowy - nie ma się co bawić w Zosię-samosię, bo po pierwsze to wyczerpujące :), a po drugie macierzyństwo dostarczy jeszcze wielu wyzwań, przy których będzie się można wykazać.
Amen.
fot.www.keepcalm-o-matic.co.uk
sobota, 15 lutego 2014
Zanim złapię baby bluesa
Przed paroma dniami zrobiło się głośno w mojej okolicy za sprawą matki małego (ok. półrocznego) dziecka, która popełniła samobójstwo wyskakując nocą z okna własnego mieszkania. Niestety jest to przypadek autentyczny, a nie jedna z wielu mrożących krew w żyłach plotek, niewiele mających wspólnego z rzeczywistością.
Ocenia się, że to najprawdopodobniej skutek nieleczonej depresji poporodowej, którą (wcale się nie dziwię) ciężarne raczej się nie chwalą - trudno więc takie zaburzenie zdiagnozować. Z drugiej strony wielu lekarzy na oddziałach ginekologiczno-położniczych niespecjalnie interesuje się stanem psychicznym swoich pacjentek - oni już swoją robotę wykonali: przyjęli poród, reszta należy już do położnicy. Ich zdaniem każda kobieta jakoś sobie radzi z wyzwaniami macierzyństwa, może trochę się pomazgai, ale ostatecznie stanie na nogi i nie ma co się doszukiwać wielkich depresji.
Między porodówką a resztą życia
Rozmawiałam o tym ze znajomą ginekolożką. Przyznała, że wielu lekarzy tak właśnie myśli. Jednak po ostatnim incydencie niektórzy nieco złagodnieli w poglądach. Są skłonni przyjąć do wiadomości, że jedne kobiety radzą sobie lepiej, inne gorzej, ale są też niestety i takie, które nie dają rady wcale. Oczywiście nie jest całkowitą prawdą, że nie dają rady, ale problem w tym, że tak właśnie swoją sytuację postrzegają. A to wystarczy, by się załamać, jeśli na czas nie otrzymają wsparcia. Bo wsparcie niestety nie przybędzie, jeśli udaje się, że wszystko jest w porządku i z dobrą miną do złej gry obmyśla się strategię popełnienia samobójstwa...
Dowiedziałam się, że depresja poporodowa dotyka w większym stopniu kobiet, które rozwiązały ciążę przez cesarskie cięcie. Wiąże się to najpewniej z mniejszą więzią z dzieckiem, którą kobiety rodzące naturalnie mają szansę nawiązać już w czasie porodu. Tego, że poród nie skończy się cesarką akurat nie można sobie zagwarantować, ze względu na możliwość wystąpienia komplikacji w czasie porodu drogami natury. Ale jeśli kobieta wie, że taki właśnie będzie jej poród (ze wskazań medycznych wiadomych wcześniej, lub własnej decyzji), warto uczulić bliskie osoby, by szczególną troską objęły kobietę w połogu i nie bagatelizowały dłużej utrzymującego się baby bluesa. Co ważne, objawy poważnej depresji mogą wystąpić znacznie później, niż w samym szpitalu, czy zaraz po powrocie do domu.
Sama wielokrotnie zastanawiałam się, jak zareaguję na nową sytuację, na sam poród, na spotkanie z dzieckiem, pierwsze wspólne dni i w dalszej kolejności na nową rzeczywistość w domu. Niewykluczone, że tak jak ok. 80% młodych mam, załapię za sprawą hormonów jakiegoś nieszkodliwego baby bluesa, który minie sam po pewnym czasie. Mam nadzieję, że będę w stanie sobie wtedy przypomnieć o tym, żeby możliwie o siebie zadbać, nie obwiniać się o brak formy i dać sobie tyle czasu ile będzie trzeba, żeby przyzwyczaić się do funkcjonowania w nowych warunkach i w nowej roli.
Moja osobista prośba
Kto przeczytał ten wpis, jest proszony o skontaktowanie się ze mną jakiś miesiąc po porodzie celem sprawdzenia, czy wszystko u mnie w porządku.
Z góry dziękuję!
fot.www.healthforher.org
fot.www.babyblues.com
Subskrybuj:
Posty (Atom)





