Dziś chyba pierwszy na blogu wpis religijny. Bo i okazja ku temu, czyli chrzciny.
Nie, nie należę do tych rodziców, którzy pozostawią decyzję o wyborze wyznania (lub nie) dziecku gdy osiągnie dojrzałość. Tak naprawdę i tak ono samo zdecyduje czy chce być wyznawcą i praktykować, czy nie. Jeśli zechce, to po prostu będzie miało wszystkie formalności za sobą, jeśli nie - nie musi niczego unieważniać, czy "wypisywać się" z kościoła.
Porównuję to do praktyk związanych z jedzeniem. Osobiście staram się wdrażać zdrowe nawyki żywieniowe, ale to dziecko w późniejszym wieku zdecyduje o kontynuacji bądź o zmianie (na przykład na żywność typu fast-food). Uważam, że zarówno w odniesieniu do religii jak i odżywiania, ja jako rodzic mogę jedynie (lub aż) uczyć, pokazywać, wyjaśniać, dawać przykład. Nie będę natomiast mieć wpływu na wybory dorosłego już dziecka i są też one poza obszarem mojej odpowiedzialności.
Skłamałabym mówiąc, że miałam pomysł na to, w jaki sposób edukować religijnie własne dziecko. Nie zastanawiałam się nad tym zakładając najpewniej, że powielę wzorzec wyniesiony z własnego domu. Choć wiedziałam, że nie był idealny, to nie wymyśliłam niczego alternatywnego.
Tak, ja nie wymyśliłam, ale zrobił to za mnie ktoś inny. Ksiądz. Na naukach dla rodziców i chrzestnych. I zrobił to w samą porę, jak sądzę.
Daleko tak daleko, daleko tak...
Najpierw podał antyprzykład, czyli "przepis" na człowieka, dla którego bierzmowanie jest bardziej pożegnaniem z kościołem niż sakramentem dojrzałości chrześcijańskiej.
Jak do tego dochodzi? Otóż od najmłodszych lat rodzice uczą dzieci różnych modlitw, które dla małego człowieka są niczym innym, jak recytowaniem wierszyków. Zmuszają do codziennego klękania i modlitwy - czyli odklepywania tychże wierszyków. I robią z tego obowiązek, taki sam jak mycie zębów. Ponieważ dla dziecka sama pozycja klęcząca jest niewygodna, złożone do modlitwy ręce zaczynają po chwili drętwieć, a treść modlitwy jest już oklepana, dziecku bardzo szybko zaczyna się nudzić. W rezultacie "zmawianie paciorka" staje się przykrym, a niekiedy znienawidzonym obowiązkiem. Należy dodać, że dziecko poniżej 5-go roku życia nie jest w stanie pojąć, kim jest Bóg i inne istoty duchowe, ponieważ jego mózg nie jest jeszcze na tyle rozwinięty, aby taką abstrakcję rozumieć. Dlatego historyjka o aniołkach w odbiorze dziecka niczym się nie różni od bajki o wilku i zającu.
Co dalej? Dziecko dorasta, do kościoła chodzi z poczucia obowiązku, posłuszeństwa rodzicom lub dla ocen z katechezy. Rozumie już wprawdzie istotę wiary i religii, ale w głowie ma obraz Boga jako wymagającego, surowego i odległego. Boga, który grozi palcem i którego trzeba się bać. A trzeba, w końcu przez całe dzieciństwo słyszy się, że "Bozia grozi", albo "Bozia będzie się gniewać". Boga, który jedynie wymaga i osądza. Któż chciałby się z takim Bogiem zaprzyjaźnić?
Zostać Bożym kumplem
Na szczęście rodzice mogą wybrać inny scenariusz. Wiedząc, że dziecko uczy się przez obserwację i naśladownictwo, mają do dyspozycji najlepsze narzędzie - własny przykład. Najlepsze - zdaniem księdza - co mogą zrobić, to samemu się modlić. Dziękować za zdrowie rodziny, prosić o opatrzność, modlić się w intencji dziecka.
Dziecko, gdy wchodzi w etap wzmożonego zainteresowania światem i zadawania pytań, zaczyna się zastanawiać: "kto to taki jest ten Pan Bóg, do którego zwracają się moi rodzice?". Bo przecież dla dziecka najważniejsi, najmądrzejsi i wszechmocni są jego rodzice. Jeśli więc nawet oni zwracają się do kogoś innego, może większego i polecają mu całą rodzinę, to znaczy że ten Pan Bóg to chyba całkiem ważny i fajny gość.
Gdy w ten sposób wzbudzi się w dziecku ciekawość, a następnie w przystępny sposób odpowie na nurtujące pytania, są spore szanse na to, że spodoba mu się taka wizja Boga.
Boga dobrego, pomocnego, kochającego, opiekuńczego. Takiego, z którym chce się pogadać jak z przyjacielem, któremu można zawierzyć, którego chce się odwiedzać. Wówczas chodzenie do kościoła nie jest przykrym obowiązkiem. Nie jest nawet obowiązkiem, a oczekiwanym spotkaniem.
Który scenariusz wybieracie?
Zamiast podsumowania - piosenka T.Love - "Bóg"
fot.www.pdsh.wikia.com
fot.www.ccclincolnshire.com
wtorek, 30 września 2014
poniedziałek, 29 września 2014
Magia karmienia na żądanie. Czarna magia.
Niespełna kilka miesięcy temu byłam o włos od rezygnacji z karmienia piersią, a właściwie od rezygnacji z prób. Kosztowało mnie to dużo bólu, stresu, a przede wszystkim niepewności, czy dziecko się najada.
Dziś jestem z siebie dumna, że mimo ogromnego zniechęcenia kontynuowałam próby i w końcu zaskoczyło. Od jakiegoś czasu karmię już bez osłonek (a jednak nawet moja oporna skóra się hartuje!), nie odczuwam dyskomfortu wiążącego się z samym pobieraniem przez dziecko pokarmu jak i jego napływem. A co najważniejsze (i wielce zaskakujące jednocześnie), czerpię z tego naprawdę dużą przyjemność. I aż się łezka w oku kręci na myśl o tym, że niebawem czeka mnie rozszerzanie diety maluszka, czyli stopniowe zastępowanie porcji mleka innymi produktami. Ehh, kto by pomyślał, że tak mi się odmieni...
I choć za nami już przeszło tysiąc mlecznych posiłków, to ciągle nie wiem, na czym ma polegać karmienie na żądanie. Niezupełnie odróżniam rodzaje płaczu, raczej działam instynktownie. Jednocześnie staram się nie utrwalać nawyku, że przystawienie do piersi służy uspokojeniu, wynagrodzeniu czegokolwiek, czy usypianiu (tego ostatniego najmniej udaje mi się przestrzegać, bo jak już zaśnie to przecież się cieszę, a nie budzę :)).
I to by było tyle na dziś, bo właśnie słyszę synka, który chyba komunikuje swe żądania...
PS. Już po :)
PS'. Acha, zmieniło się jeszcze coś: w czasie karmienia nie jestem już obłożona książkami czy gazetami, aby jak najefektywniej ten "siedzący" czas wykorzystać. Teraz mały je już o wiele szybciej, więc po pierwsze nie zdążyłabym otworzyć lektury na pożądanej stronie, a po drugie - zwyczajnie żal mi się rozpraszać! Synuś karmi się mlekiem, a ja - jego widokiem :)
fot.www.demotywatory.pl
Dziś jestem z siebie dumna, że mimo ogromnego zniechęcenia kontynuowałam próby i w końcu zaskoczyło. Od jakiegoś czasu karmię już bez osłonek (a jednak nawet moja oporna skóra się hartuje!), nie odczuwam dyskomfortu wiążącego się z samym pobieraniem przez dziecko pokarmu jak i jego napływem. A co najważniejsze (i wielce zaskakujące jednocześnie), czerpię z tego naprawdę dużą przyjemność. I aż się łezka w oku kręci na myśl o tym, że niebawem czeka mnie rozszerzanie diety maluszka, czyli stopniowe zastępowanie porcji mleka innymi produktami. Ehh, kto by pomyślał, że tak mi się odmieni...
I choć za nami już przeszło tysiąc mlecznych posiłków, to ciągle nie wiem, na czym ma polegać karmienie na żądanie. Niezupełnie odróżniam rodzaje płaczu, raczej działam instynktownie. Jednocześnie staram się nie utrwalać nawyku, że przystawienie do piersi służy uspokojeniu, wynagrodzeniu czegokolwiek, czy usypianiu (tego ostatniego najmniej udaje mi się przestrzegać, bo jak już zaśnie to przecież się cieszę, a nie budzę :)).
I to by było tyle na dziś, bo właśnie słyszę synka, który chyba komunikuje swe żądania...
PS. Już po :)
PS'. Acha, zmieniło się jeszcze coś: w czasie karmienia nie jestem już obłożona książkami czy gazetami, aby jak najefektywniej ten "siedzący" czas wykorzystać. Teraz mały je już o wiele szybciej, więc po pierwsze nie zdążyłabym otworzyć lektury na pożądanej stronie, a po drugie - zwyczajnie żal mi się rozpraszać! Synuś karmi się mlekiem, a ja - jego widokiem :)
fot.www.demotywatory.pl
niedziela, 28 września 2014
Moc słowa móc
Gdy pewnego razu zwróciłam uwagę, a właściwie poprosiłam jednego z członków rodziny, żeby trzymał mojego synka w trochę inny sposób, usłyszałam w odpowiedzi:
- "Daj spokój, nie możesz być taka przewrażliwiona!".
Zamiast wdawać się w polemikę i przepraszająco tłumaczyć się z mojej "nadwrażliwości", odpowiedziałam krótko:
- "Mogę".
I jakoś tak mojemu rozmówcy zamknęły się usta.
Gorąco polecam tą niewyszukaną i uprzejmą ripostę, nie tylko w odniesieniu do dzieci. Mina rozmówcy - bezcenna.
fot.www.usatoday.com
- "Daj spokój, nie możesz być taka przewrażliwiona!".
Zamiast wdawać się w polemikę i przepraszająco tłumaczyć się z mojej "nadwrażliwości", odpowiedziałam krótko:
- "Mogę".
I jakoś tak mojemu rozmówcy zamknęły się usta.
Gorąco polecam tą niewyszukaną i uprzejmą ripostę, nie tylko w odniesieniu do dzieci. Mina rozmówcy - bezcenna.
fot.www.usatoday.com
sobota, 27 września 2014
"Fajna" jednostka pomiaru zmian rozwojowych
Przed paroma laty podśmiewałam się cichaczem z mojego teścia, gdy ten przy każdej możliwej okazji rozentuzjazmowany mówił o swoim pierwszym wnuku: "on jest już teraz coraz fajniejszy!". To był jednak zaledwie wstęp do barwnych i szczegółowych opowieści o zmianach, jakie (od dnia poprzedniego najczęściej) zaszły w dzieciaku.
Powiedzmy sobie szczerze, 8 lat temu temat dzieci był dla mnie...hmm.. co najmniej odległy :) Mówiąc wprost - nudny i nieciekawy. I naprawdę nie byłam godnym słuchaczem, a już na pewno rozmówcą dla teścia - dumnego dziadka. Dlatego ilekroć podejmował wątek wnuka, uśmiechałam się sztucznie i kiwałam głową potakując, że faktycznie mały jest już coraz fajniejszy. Jednocześnie obmyślałam rychłą zmianę tematu.
Entuzjazm na kontinuum
Nie lubiłam tego swojego udawactwa, ale autentycznie nie miałam pojęcia, czym się facet ekscytował. Wydawało mi się oczywiste, że dzieci dorastają, zmieniają się bardzo szybko i stawanie się "fajniejszym" jest naturalną konsekwencją rozwoju. Ale żeby codziennie to tak przeżywać??
Gdy pewnego dnia teść powiedział: "on jest już coraz fajniejszy" ale tym razem o swoim kolejnym wnuku, czyli naszym synu - spojrzeliśmy na siebie z mężem uśmiechając się porozumiewawczo. Acha, historia się powtarza.
To znaczy dla niego historia się powtarza - dla dziadka. Ale dla nas, zupełnie niespodziewanie, jego reakcja wcale nie była przesadzona! Dokładnie tak! Zachwyt rodziców nad własnym dzieckiem jest tak wszechpotężny, że każde pochlebstwo z ust innych ludzi pod adresem ich pociechy, jest odbierane jak najbardziej obiektywna prawda.
Fajny skrót myślowy
Tymczasem słynne hasło teścia weszło już do rodzinnego słownika i jest przez nas używane średnio raz na trzy dni. Dzięki temu, gdy mąż wraca z pracy i pyta, jakimi to nowymi umiejętnościami popisał się synek, wystarczy że powiem "on jest już coraz fajniejszy", aby wszystko stało się jasne.
Bo tak naprawdę, między nami mówiąc, to on jest już coraz fajniejszy :)))
fot.www.blog.tagesanzeiger.ch
Powiedzmy sobie szczerze, 8 lat temu temat dzieci był dla mnie...hmm.. co najmniej odległy :) Mówiąc wprost - nudny i nieciekawy. I naprawdę nie byłam godnym słuchaczem, a już na pewno rozmówcą dla teścia - dumnego dziadka. Dlatego ilekroć podejmował wątek wnuka, uśmiechałam się sztucznie i kiwałam głową potakując, że faktycznie mały jest już coraz fajniejszy. Jednocześnie obmyślałam rychłą zmianę tematu.
Entuzjazm na kontinuum
Nie lubiłam tego swojego udawactwa, ale autentycznie nie miałam pojęcia, czym się facet ekscytował. Wydawało mi się oczywiste, że dzieci dorastają, zmieniają się bardzo szybko i stawanie się "fajniejszym" jest naturalną konsekwencją rozwoju. Ale żeby codziennie to tak przeżywać??
Gdy pewnego dnia teść powiedział: "on jest już coraz fajniejszy" ale tym razem o swoim kolejnym wnuku, czyli naszym synu - spojrzeliśmy na siebie z mężem uśmiechając się porozumiewawczo. Acha, historia się powtarza.
To znaczy dla niego historia się powtarza - dla dziadka. Ale dla nas, zupełnie niespodziewanie, jego reakcja wcale nie była przesadzona! Dokładnie tak! Zachwyt rodziców nad własnym dzieckiem jest tak wszechpotężny, że każde pochlebstwo z ust innych ludzi pod adresem ich pociechy, jest odbierane jak najbardziej obiektywna prawda.
Fajny skrót myślowy
Tymczasem słynne hasło teścia weszło już do rodzinnego słownika i jest przez nas używane średnio raz na trzy dni. Dzięki temu, gdy mąż wraca z pracy i pyta, jakimi to nowymi umiejętnościami popisał się synek, wystarczy że powiem "on jest już coraz fajniejszy", aby wszystko stało się jasne.
Bo tak naprawdę, między nami mówiąc, to on jest już coraz fajniejszy :)))
fot.www.blog.tagesanzeiger.ch
piątek, 26 września 2014
Z przymrużeniem photoshopa
Ponad rok temu powiedziałam mojej ukochanej Babci, że jestem w ciąży. Kilka dni później zmarła. Żałowałam, że nie doczekała narodzin prawnuka, ale w tamtych chwilach bardzo mocno chciałam wierzyć w to, że starsi ludzie odchodzą, aby zrobić miejsce młodszym.
Gdy wybrałam się na cmentarz - po raz pierwszy z wózkiem, zrozumiałam po co ludzie stawiają ławki przy grobach swoich bliskich. Gdyby przy miejscu wiecznego spoczynku mojej Babci stała taka ławeczka, spędziłabym u Niej "w odwiedzinach" dużo więcej czasu.
Przedstawiłam Jej Synka. Małemu też opowiedziałam o mojej Babci - jego prababci. Wzruszająca chwila. I byłoby mi jeszcze smutniej, gdyby nie TO zdjęcie. Zdjęcie, które - gdyby Babcia je widziała, niejeden raz by się w grobie przewróciła.
Niepodobizna
Kobieta na zdjęciu była uśmiechnięta i pogodna - taka, jaką zapamiętałam. Ale pod szyją widniało coś, co do niej kompletnie nie pasowało. Broszka. Zwykła babcina broszka, w stylu retro. Tyle, że moja Babcia nigdy takiej broszki nie nosiła, bo jej po prostu nie miała. Zresztą nie lubiła takich ozdóbek.
Skąd więc wzięła się na zdjęciu? Prawdopodobnie dziadek, który zanosił zdjęcie do firmy pogrzebowej, nie zauważył zmiany. Może nawet był pytany o zgodę, ale w tamtych emocjach...
Domyślam się, że celem zmian graficznych było przedstawienie zmarłej jako osoby bardziej dostojnej, poważnej. Tyle tylko, że moja babcia ubrana w tą powagę wygląda teraz znacznie mniej poważnie, a wręcz komicznie.
Ma to jednak swoje plusy.
Do tańca i do kuksańca
Ilekroć spoglądam na to zdjęcie, wydaje mi się, że uśmiech Babci jest szerszy niż w rzeczywistości, a jej oczy zdają się mówić: "no i popatrzcie w co mnie do grobu poubierali".
Miała genialne poczucie humoru, w lot łapała wszelkie aluzje, a z dowcipów śmiała się głośno i szczerze. Pochwalała minimalizm, kwitując wszelkie nadwyżki dóbr słowami "i na co mi to?". Wyobrażam sobie jak pyta: "no i na co mi ta broszka?", kręcąc przy tym głową z niedowierzaniem i rozbawieniem. Albo jak mówi: "głupi dziadek, dał mi domalować takie byle co".
Ostatni żart
Z biegiem czasu moje podejście do jej zmienionej podobizny ewoluowało. Od oburzenia, że "jak mogli coś takiego zrobić mojej babci, ona by sobie tego nie życzyła" do akceptacji, a w porywach nawet do pochwały.
Dziś myślę sobie, że może dobrze się stało. Babcia uwielbiała robić ludziom niespodzianki, zaskakiwać, sprawiać radość, zdrowo się pośmiać. Lubię myśleć, że nawet pośmiertnie zachowała dystans do siebie, do życia i śmierci "ubierając" broszkę, która zupełnie nie współgrała z jej doczesnością. Tak dla żartu.
I dla odwiedzających. Żeby przychodząc na cmentarz skupiali się na tej (nie)szczęsnej broszce i uśmiechali zamiast posępnieć i poddawać się poczuciu tęsknoty i przygnębienia.
I dla mnie. Żebym nie oglądała się za siebie, tylko patrzyła wprzód - na to maleństwo w wózeczku, któremu zrobiła miejsce.
[*]
fot.www.sklepy24.pl
Niepodobizna
Kobieta na zdjęciu była uśmiechnięta i pogodna - taka, jaką zapamiętałam. Ale pod szyją widniało coś, co do niej kompletnie nie pasowało. Broszka. Zwykła babcina broszka, w stylu retro. Tyle, że moja Babcia nigdy takiej broszki nie nosiła, bo jej po prostu nie miała. Zresztą nie lubiła takich ozdóbek.
Skąd więc wzięła się na zdjęciu? Prawdopodobnie dziadek, który zanosił zdjęcie do firmy pogrzebowej, nie zauważył zmiany. Może nawet był pytany o zgodę, ale w tamtych emocjach...
Domyślam się, że celem zmian graficznych było przedstawienie zmarłej jako osoby bardziej dostojnej, poważnej. Tyle tylko, że moja babcia ubrana w tą powagę wygląda teraz znacznie mniej poważnie, a wręcz komicznie.
Ma to jednak swoje plusy.
Do tańca i do kuksańca
Ilekroć spoglądam na to zdjęcie, wydaje mi się, że uśmiech Babci jest szerszy niż w rzeczywistości, a jej oczy zdają się mówić: "no i popatrzcie w co mnie do grobu poubierali".
Miała genialne poczucie humoru, w lot łapała wszelkie aluzje, a z dowcipów śmiała się głośno i szczerze. Pochwalała minimalizm, kwitując wszelkie nadwyżki dóbr słowami "i na co mi to?". Wyobrażam sobie jak pyta: "no i na co mi ta broszka?", kręcąc przy tym głową z niedowierzaniem i rozbawieniem. Albo jak mówi: "głupi dziadek, dał mi domalować takie byle co".
Ostatni żart
Z biegiem czasu moje podejście do jej zmienionej podobizny ewoluowało. Od oburzenia, że "jak mogli coś takiego zrobić mojej babci, ona by sobie tego nie życzyła" do akceptacji, a w porywach nawet do pochwały.
Dziś myślę sobie, że może dobrze się stało. Babcia uwielbiała robić ludziom niespodzianki, zaskakiwać, sprawiać radość, zdrowo się pośmiać. Lubię myśleć, że nawet pośmiertnie zachowała dystans do siebie, do życia i śmierci "ubierając" broszkę, która zupełnie nie współgrała z jej doczesnością. Tak dla żartu.
I dla odwiedzających. Żeby przychodząc na cmentarz skupiali się na tej (nie)szczęsnej broszce i uśmiechali zamiast posępnieć i poddawać się poczuciu tęsknoty i przygnębienia.
I dla mnie. Żebym nie oglądała się za siebie, tylko patrzyła wprzód - na to maleństwo w wózeczku, któremu zrobiła miejsce.
[*]
fot.www.sklepy24.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)





